02 czerwca, 2015

#10 Cień wiatru

„niewiele rzeczy ma na człowieka taki wpływ, jak pierwsza książka, która od razu trafia do jego serca”


„Cień wiatru” to pierwsza część cyklu „Cmentarza zapomnianych książek”, napisana przez Carlosa Ruiza Zafóna w 2001r. Chociaż jest stosunkowo „młoda”, to zdobyła ogromną popularność zarówno wśród młodszych, jak i starszych czytelników z wygórowanymi wymaganiami wobec autora, a także tych, dla których ważne jest tylko to, żeby „książka się dobrze czytała”.
Akcja toczy się na przestrzeni dwudziestu dwóch lat, od momentu kiedy Daniel w wieku dziesięciu lat zastaje wprowadzony przez ojca w magiczny, nieprzenikniony, w pewnym sensie także groteskowy, chociaż bez wątpienia cudowny świat książek. 
Chłopiec znajduje się w „bibliotece” z pozycjami, o których nikt nie pamięta, one zostały porzucone i zebrane w to jedno miejsce. Może wybrać jedną z nich, aby zaadoptować ją na całe życie. Daniel długo błądzi wśród niekończących się korytarzy i półek, aż znajduje „Cień wiatru” Juliana Caraxa.


„I może ta myśl lub przypadek, czy też los, powinowaty przypadku, sprawiły, że w tej samej chwili już byłem przekonany i właśnie wybrałem książkę do adopcji. A raczej książkę, która mnie usynowi. Wystawała niepozornie ze skraju jednego z regałów, oprawiona w skórę barwy czerwonego wina, i wyszeptywała swój tytuł złotymi literami płynącymi w spływającym spod kopuły świetle.”

Po przeczytaniu jej, Daniel stwierdza, że jest wspaniała i postanawia przeczytać więcej pozycji tego autora. Dowiaduje się jednak, że na świecie został tylko ten egzemplarz, a reszta spłonęła. Utrzymały się jedynie pojedyncze wydania, jednak bardzo trudno do nich dotrzeć. Dla kolekcjonerów, i nie tylko, mają wielką wartość. Nikt nie potrafi powiedzieć, dlaczego reszta tomów spłonęła, ani co stało się z samym Julianem Caraxem. Daniel postanawia podążać za nikłym śladem, aby odkryć tajemnicę pisarza i jego powieści.
Książkę można zakwalifikować do kilku gatunków, np. książka przygodowa, romans, horror, ale dla mnie to będzie po prostu (lub AŻ) książka Zafóna. Jego dzieł nie da się określić w żaden bliższy sposób, bo charakteryzują się przede wszystkim niepowtarzalnością i oryginalnością. Na razie nie spotkałam drugiego autora, który tak by mnie ujął, jak właśnie Zafón. Od momentu skończenia „Więźnia nieba” moim celem i marzeniem stało się przeczytanie wszystkich jego pozycji.
W tą powieść trzeba się wczytać. Nie wolno pominąć żadnego zdania, po pierwsze dlatego, że byłoby to marnotrawstwo wielkiego talentu autora, a po drugie, w tej historii żadne słowo nie pojawia się bez powodu. Cała fabuła, zagmatwana i skomplikowana, składa się z tych pojedynczych zdań, które tworzą piękną całość. Każdy zwrot akcji, czyn danej postaci, przedmiot pojawiający się na wystawie sklepu, został dokładnie przemyślany, a potem napisany metaforami, niekonwencjonalnymi epitetami i hiperbolami przez autora.  Niech was nie zniechęca trudna fabuła! Połapiecie się bez problemu, ponieważ Zafón, jako mistrz pióra, wie, czego potrzebuje czytelnik. My nie musimy się martwić, że w książce będzie nam niewygodnie, autor przygotował dla nas prawdziwą ucztę słowa, możemy bez skrępowania rozsiąść się w świecie przedstawionym, zostaniemy obsłużeni przez gospodarza jako goście honorowi.
Według mnie, największym atutem w tej powieści jest język. Carlos Ruiz Zafón to, moim zdaniem, geniusz literacki. Do tej pory nie spotkałam osoby, która się ze mną nie zgodziła. Taką książkę przeczytać na pewno warto, bogactwo słownictwa świetnie wprowadza w nastrój Barcelony przed- i powojennej, poza tym wzbogaca także nas samych. Najbardziej podobały mi się wypowiedzi Fermina, bezdomnego, który został zatrudniony w księgarni. W samej treści ordynarne, czasem wręcz prostackie, ale podane w formie godnej kunsztownego poety. Razem tworzyło co całość pozytywnie zaskakującą, nawet zabawną. Dzięki temu Fermin stał się jedną z moich ulubionych postaci, uległam całkowicie jemu ekstrawaganckiemu urokowi.

„Przeznaczenie zazwyczaj czeka tuż za rogiem. Jakby było kieszonkowcem, dziwką albo sprzedawcą losów na loterię: to jego najczęstsze wcielenia. Do drzwi naszego domu nigdy nie zapuka. Trzeba nim ruszyć.”

Ostatnim, wątpliwym, ale może chociaż chwytającym za serce argumentem jest to, że zaczynając tą książkę, mimowolnie się uśmiechałam. (Wiedziałam, że będzie to cudowne przeżycie, ponieważ wcześniej czytałam „Więźnia nieba” z tej samej serii.) Natomiast kiedy ją kończyłam, płakałam. Ze smutku, właśnie dlatego że ją kończę (tak, tak bardzo byłam nią zachwycona, nie chciałam, żeby odchodziła…), ale też ze szczęścia, że mogłam poznać Barcelonę widzianą oczami Zafóna i wcielić się w tak genialnie napisane postaci.


Książka jest absolutnie konieczna do przeczytania, polecam ją dosłownie każdemu. Teraz piszę wciąż pod jej urokiem, więc nadal jakąś częścią siebie jestem między kartkami „Cienia wiatru”. Sądzę, że ten urok nie minie zbyt szybko, jeśli w ogóle. Bo na pewno do książki będę wracać, mam nadzieję, że nie raz.


2 komentarze:

  1. Od kilku lat intryguje mnie ta książka ale...nie mogę się przekonać do jej przeczytania.
    http://life-ishappiness.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. naprawdę warto, nie będziesz żałować gwarantuję ;)

      Usuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)