08 czerwca, 2015

#11 Pewnego dnia, w grudniu

Martyna Ochnik , autorka powieści, z wykształcenia jest biologiem, z zawodu kobietą udomowioną. Pisze w wolnych chwilach i wychodzi jej to całkiem efektownie. Na książkę natrafiłam w bibliotece, przeszukując półkę z nowościami. Zawsze to robię, kiedy nie mam inspiracji czytelniczych i, szczęśliwie, jakimś sposobem zawsze trafiam na takie tomy, które w danym momencie mi bardzo odpowiadają. Po prostu jestem typem czytelnika, który nie planuje i idzie na żywioł.

„Polcia to dobre dziecko było. Ale trochę dziwna. Tak jakby nikogo nie potrzebowała.”




Historia Poli, opowiadaną przez jej ciocię, macochę oraz dwójkę przyjaciół, została przedstawiona od momentu poczęcia bohaterki do jej tajemniczego zniknięcia. Powoli, rozdział po rozdziale, poznajemy szczegóły z jej życia, dowiadujemy się więcej o życiu szkolnym, potem służbowym i prywatnym. Mimo że posiadamy już tyle informacji, nadal nie możemy rozwiązać zagadki – kim tak naprawdę Pola była, ponieważ jej postać kryje wiele tajemnic, np. w jaki sposób udaje się jej poruszać przedmiotami bez użycia rąk i dlaczego nic nie mówi. Cicha, ułożona, miła dziewczynka została zupełnie sama i nieśmiało szuka swojej drogi życiowej. Cała mistyczność naszej głównej bohaterki fantastycznie wprowadza w nastrój i wieloznaczność książki. Wielkie tajemnice oraz wartka akcja nie pozwalają nam oderwać się od kolejnego rozdziału. Autorka ma lekkie pióro i cudownie czyta się jej historię niesamowitą, a jednak bardzo człowieczą, bo tak naprawdę to wszystko się dzieje. Niby nie wokół nas, ale mimo wszystko codziennie i wszędzie.
Co do minusów, to nie podobał mi się pomysł z pokazaniem całej historii jako artykułu pisanego przez dziennikarkę. Historia Poli wpleciona jest w rozdziały dziejącymi się w czasie właściwym – dziennikarka pokazuje szefowi swoje dzieło. Opis całego spotkania dwóch postaci trochę rozprasza, nie pozwala się skupić na głównym problemie. O ile zamysł to urozmaicenie fabuły (zupełnie niepotrzebne), to efekt minął się z celem. Podobną konstrukcję przedstawił Stephen King w „Zielonej Mili”, jednak tam wątki życia piszącego rozbudowywały nasz punkt widzenia, a tutaj zostały wrzucone niepotrzebnie i tylko gmatwają w głowie.
Chętnie przeczytam inne pozycje Martyny Ochnik, ponieważ przypadł mi do gustu jej styl – dużo metafor, a literatura w jej rękach nie poprzestaje na byciu literaturą, ale pozwala sobie na odwiedziny innych dziedzin (np. biologia – wyraźnie widać zainteresowanie autorki tym tematem). Polecam na spokojne i słoneczne chwile, kiedy możecie bez wyrzutów sumienia zatopić się w lekturze, bo ja dla „Pewnego dnia, w grudniu” porzuciłam naukę do sprawdzianu całorocznego z historii, co może mieć niemiłe skutki. Mimo tego, chyba było warto ;)


2 komentarze:

  1. Świetna recenzja, chyba powinnam niedługo sięgnąć po tą pozycję :D

    http://books-world-come-in.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Brzmi... inaczej :) jak będę miała okazję, to przeczytam :)

    naczytane.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)