12 czerwca, 2015

#13 Dziennik Bridget Jones

„Dziennik Bridget Jones” Helen Fielding to pełna humoru oraz dramatów mniejszych i większych książka w postaci pamiętnika głównej bohaterki. Na podstawie powieści w 2001r. przez Sharon Maguire został wyreżyserowany film o tym samym tytule. W roli Bridget obsadzono Renée Zelweger, chociaż ja, nie wiem czemu, czytając książkę, przed oczami miałam Jennifer Lawrence. Pozycja znalazła się na 68. miejscu zestawienia 100 książek, które trzeba przeczytać według BBC.
Akcja toczy się przez równy rok – od 1 stycznia do 31 grudnia. Na ten czas czytelnik zmienia swój punkt widzenia na rzecz poglądów głównej bohaterki i jednocześnie narratorki. Bridget to trzydziestoparoletnia kobieta uzależniona od papierosów i Krwawej Mary, wiecznie na diecie i wiecznie samotna, chociaż zarówno jej rodzina jak i część znajomych stanowczo naciska na nią, aby w końcu sobie kogoś znalazła. Niestety dla niej nie jest to zbyt łatwe i pozostaje w sferze przelotnych związków z „emocjonalnymi popaprańcami”, którzy porzucają ją bez wyrzutów sumienia.

Od strony „technicznej”, jak mówi sam tytuł, książka ma postać dziennika, ale nie przeszkadza to absolutnie w stworzeniu fabuły. Każdy rozdział poprzedza informacja:

„16 MARCA, CZWARTEK
57,5kg, jedn. alkoholu: 2, papierosy: 3(bdb), kalorie: 2140 (ale gównie owoce), minuty poświęcone na układanie listy gości: 237 (źle)*”



Ponieważ główna bohaterka wypiera się braku kontroli swojego życia i obsesyjnie liczy wszystko, co się da, aby nie stracić władzy do ostateczności. I nawet te informacje wprowadzają niekiedy odrobinę humoru. Komiczny jest także sposób myślenia Bridget – karykatury samotnej kobiety po trzydziestce. Wszystko co robi wydaje się pozbawione jakiejkolwiek logiki, nawet dla niej, ale sposób, w jaki Fielding to opisała sprawia, że to nie irytuje, a bawi.
Co do fabuły – według mnie bardzo dobrze odwzorowuje klimat, w jakim ma być utrzymana historia, ponieważ została stworzona z zamysłem przedstawienia realizmu życia kobiety. Rok to i dużo i mało, wiele się zmienia wokół postaci, a w niej samej tak naprawdę pozostają wciąż te same przekonania, słabości i opory. Akcja nie kumuluje w sobie zaskakujących zwrotów co rozdział, ani zmian w bohaterach, zewnętrznych czy wewnętrznych, za to stąpa ostrożnie i bez pośpiechu po kartkach. Życie Bridget toczy się powoli, mimo usilnych starań bohaterki wcale nie daje się ujarzmić i również spokojnie unosi się na falach przeznaczenia lub przypadku – losowo. Chociaż może się tak wydawać – główna bohaterka wcale nie przedstawia obrazu nędzy i rozpaczy, oczywiście ma też swoje mocne strony. Robi karierę w wydawnictwie, ma dobre stosunki ze swoim szefem, ale co z tego później wynika przekonacie się sami. Obraca się też w gronie zaufanych i wyrozumiałych przyjaciół, którzy zawsze służą jej swoją pomocą.


Helen Fielding ma talent pisarski – udało się jej mnie rozbawić i zaskoczyć, poza tym w niektórych aspektach widziałam w Bridget trochę siebie. Koncepcja postaci narratorki wymagała, aby słownictwo było proste, bezpruderyjne, czasem wulgarne. Perfekcyjnie pasowało do postaci. Główną zaletą „Dziennika Bridget Jones” wydaje mi się być jej długość. Z całym szacunkiem, ale czytało się ją dobrze i krótko oraz dobrze, bo krótko. W moim absolutnie rozkosznym wydaniu z okładką w biedroneczki pamiętnik miał 233 strony. Uważam, że gdyby fabuła ciągnęła się dalej, ewidentnie na siłę, nie polubiłabym książki tak bardzo, bo byłabym nią zmęczona. Niestety do wad zalicza się główna postać, ponieważ wybitnie nie przypadła mi do gustu. Chociaż (jak pisałam wcześniej) mamy cechy wspólne, to mimo tego, sporo nas różni, a niektóre jej zachowania przyprawiały mnie o mdłości. Dla przykładu: zakładanie czarnej minispódniczki z lycry, aby rozkochać w sobie szefa. Po przełożeniu na świat realny oraz w zestawieniu z innymi „dysfunkcjami” Bridget, uznałam, że bardzo jej nie lubię.

Czytając między wierszami, nie sposób nie zauważyć tutaj bardzo ważnej cechy, mianowicie kwestii feminizmu. Jedna z przyjaciółek Bridget – Sharon przedstawia typowy obraz „kobiety wyzwolonej”. Uważa, że już za 50 lat gospodarstwa domowe będą zdominowane przez kobiety, a mężczyznom nie przyjdzie do głowy zanegować ich zdania. Według niej, żaden osobnik płci męskiej nie jest wart porzucenia równowagi wewnętrznej kobiety… I tego typu poglądy, dość radykalne. Główna bohaterka natomiast przedstawia mniej skrajny obraz emancypantki, wykorzystując to tylko czasem jako wytłumaczenie dla swojej samotności po trzydziestce.
Podsumowując, polecam jeśli macie w planach przeczytanie wszystkich pozycji z listy BBC lub jeśli macie ciągoty feministyczne/ jesteście po zerwaniu i uważacie, że „wszyscy mężczyźni to egoistyczni więźniowie własnych popędów”. Nie polecam, jeśli aspirujecie do ambitnych powieści. Książkę uznam za dobrą, zważając przede wszystkim na kwestię emancypacyjnej rewolucji i niekonwencjonalną budowę (co się wiąże z ciekawym pomysłem).

* - Bridget akurat przygotowywała przyjęcie urodzinowe


3 komentarze:

  1. Super notka. Obsesję bo ciekawy blog

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słyszałam o tym sporo, ale... to raczej nie mój typ literatury. Albo inaczej, źle mi się ten tytuł kojarzy, dlatego nie sięgam xD A że raczej jestem przeciwniczką feminizmu, to już na pewno czytałabym tylko po to, aby wytykać bohaterce "błędy w myśleniu" ;p
      drewniany-most.blogspot.com

      Usuń
  2. Czytałam.Bardzo zabawna książka z niesamowitą bohaterką. :)

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)