14 czerwca, 2015

#14 Corpus delicti

„Człowiek, który nie dąży do zachowania zdrowia, nie staje się chory, lecz już nim jest.”

„Corpus delicti” – z łaciny przestępcze, zbrodnicze ciało oraz tytuł książki autorstwa niemieckiej pisarki Juli Zeh. Świat przedstawiony to antyutopia z widocznym nawiązaniem do tej w „Roku 1984” Orwella, jednak z kilkoma różnicami.
Główna antynomia obydwu utworów to pryncypia, którymi kieruje się władza, a za tym cały naród. Dla tych, którzy nie czytali (przy okazji namawiam gorąco do uczynienia tego jak najszybciej)„Rok 1984” przestawia jedynego i niezaprzeczalnego (choć być może wyimaginowanego) władcę – Wielkiego Brata. Natomiast jego marionetkowy rząd to karykatura skrajnej komuny. Za „hasło przewodnie” obrali sobie słowa „Wojna to pokój. Wolność to niewola. Ignorancja to siła”. Natomiast w „Corpus delicti” niepodważalną prawdą wyznawaną przez METODĘ jest czystość, sterylność i zdrowie. „Zdrowie to normalność” – widnieje jako pierwsze zdanie w preambule do konstytucji.

W obywatelskich obowiązkach wobec państwa zawiera się składanie comiesięcznych raportów o zdrowiu oraz uprawianie sportu. Zakazane zostały wszelkie używki – nikotyna, kofeina, teina (nie można pić nawet herbaty). Ludziom za jedzenie służą białka, czy węglowodany w tubkach. Wyobrażacie sobie taki świat? Odebranie wszelkiej przyjemności, twierdzenie, że usatysfakcjonowanie i zadowolenie jest możliwe tylko dzięki działaniu na rzecz METODY. I to wszystko ze względu na „podtrzymanie humanitaryzmu”. Gdzie tutaj widać humanitaryzm?

„Nauki przyrodnicze rozwiązały wielowiekowy związek między człowiekiem, a tym, co nadludzkie. Dusza, latorośl tego związku, została oddana do adopcji. Pozostało ciało, które czynimy ośrodkiem wszystkich naszych usiłowań. Ciało jest dla nas świątynią i ołtarzem, bożkiem i ofiarą. Zostało uświęcone i zniewolone. Ciało to wszystko. Ewolucja nieuchronnej logiki.”

Cała wizja antyutopii tak naprawdę została przekazana świetnie, niestety nie miałam pewności, co do tego, czy autorka uważa, że do tego faktycznie zmierza ludzkość, czy w swojej głowie stworzyła świat równoległy. Z punktu widzenia socjologicznego, geograficznego, czy jakiego tam jeszcze, realizm raczej nie będzie tak wyglądał, zwłaszcza w 2. połowie XXI wieku (wtedy dzieje się akcja). Chociaż można też przyznać, że to tylko karykatura przyszłości.
I tutaj zalety się kończą (chociaż ciężko i to uznać za zaletę, ale coś dobrego napisać musiałam). Postaci to jedno wielkie nieporozumienie. Nie rozumiem, nie potrafię, po prostu NIE ŁAPIĘ logiki tych ludzi. Zaczynając od głównej bohaterki – deklaruje się jako zwolenniczka METODY, jednak robi wszystko, aby wyjść przeciwko niej – pali papierosy, nie składa badań, nie uprawia sportu, ucieka w miejsca nieobjęte ochroną dezynfekcyjną. Ale nadal utrzymuje się przy zdaniu, że pochwala system i mówiąc to, nie kłamie.

„Nikt nie potrafi zrozumieć tego, co przeżywam. Nie rozumiem tego nawet ja sama. Gdybym była psem, szczekałabym sama na siebie, nie pozwalając sobie podejść bliżej.”

Jej brat – Moritz również stał się dla mnie niepojętym istnieniem. Ten akurat przedstawiał obraz zagorzałego i konserwatywnego przeciwnika władz. Robił wszystko, aby im przeszkodzić, łamał wszelkie zasady. Ale dlaczego? To byłoby zrozumiałe, jeśliby oświadczył, co w METODZIE mu nie pasuje, jednak on uzasadnia to swoją wolnością. Nie należy Nawet do żadnej partii opozycjonistów, gdyż, jak i jakakolwiek inna organizacja, ograniczyłaby jego człowieczeństwo. Czytając jego wypowiedzi miałam nieodparte wrażenie, że buntuje się jak rozkapryszony nastolatek – dla samej zasady i bez żadnego celu. Co do bohaterów drugoplanowych, nawet nie do końca wiedziałam, w jakiej „roli” zostali obsadzeni. Czy są przeciwnikami, czy zwolennikami, w czyjej sprawie działają? Na te pytania, mimo usilnych starań, nie znalazłam odpowiedzi.
Autorka zaprzecza sama sobie, a dokładniej rzecz biorąc, wypowiedzi bohaterów są ze sobą zupełnie niezgodne. Wplatanie na siłę filozoficznych rozmyślań, wzniosłe i patetyczne dialogi, zupełnie nie na miejscu, to wszystko przeszkadza w odbiorze i okropnie przeszkadza w rozumieniu powieści. Zwłaszcza sprzeczne wnioski, do których ciągle dochodzi Mia. W pewnym momencie zaczęłam się modlić w duchu, żeby nie doszło do konfrontacji Mia-Kramer (nie dowiedziałam się, kim był Kramer…) – niespełnionych poeto-filozofów.

„Jak można znieść to, że mózg, jedyny nasz instrument postrzegania i rozumienia, składa się z tych samych cegiełek jak wszystko co widzimy i rozumiemy? Co to niby jest (…), materia gapiąca się sama na siebie?”

Zakończenie odebrało mi resztkę wiary w autorkę, ponieważ było beznadziejnie banalne. Nie użyłabym tutaj słowa „przewidywalne”, ale uważam, że Juli Zeh poszła po linii najmniejszego oporu. Na deser otrzymałam coś, co nijak pasuje do sedna problemu, nie wyjaśnia niczego i pozostawia mnie zirytowaną, zniesmaczoną i ogólnie w nieprzyjemnym nastroju.
Muszę, ze smutkiem, stwierdzić, że dałam się zwieść okładce (piękna) oraz opisowi (bardzo intrygujący), ale książkę umieszczam na drugim miejscu wśród najgorszych w tym roku (na pierwszym znajduje się „Nic” Dawida Bieńkowskiego). Nie traćcie czasu, nie czytajcie jej, jeśli nie jesteście masochistami.


2 komentarze:

  1. Wow zachęciłaś mnie do przeczytania jej. Masz cudownego bloga. Też zaczęłam prowadzić bloga książkowo-filmowego. :D Może Ci się spodoba.
    Zapraszam do mnie! ;)
    http://books-filmsreviews.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Wydaje się z opisu ciekawa, ale nie wiem czy to jest książka dla mnie.

    http://isareadsbooks.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)