31 lipca, 2015

#24 Coraz mniej milczenia

„Coraz mniej milczenia” Marty Fox jest zdecydowanie moim ulubionym gatunkiem literatury. Non‑fiction to historie pozbawione koloryzowanych treści, cenzury zasłaniającej co ostrzejsze akcenty, a czasem i szczęśliwych zakończeń. Już na początku, czytając pierwsze zdania doznałam mocnego szoku. Poczułam się tak, jakby ktoś wylał mi na głowę wiadro zimnej wody. Chociaż niektóre fragmenty bywają makabryczne, to szczerość bijąca od nich przemawia do mnie w stu procentach. Już od dawna zaczytuję się w takich książkach, ponieważ łączą się bezpośrednio z moim zainteresowaniem psychologią, zwłaszcza dziecięcą.
Marta Fox stworzyła zbiór opowiadań z autentycznych relacji dorosłych na podstawie ich wspomnień z dziecięcych lat. Korespondowała z nimi, spotykała się, a na podstawie rozmów wykreowała cztery mini kroniki w różnych formach. Wszystkie je łączy dzieciństwo zatrute rygorystycznymi wymaganiami przez despotycznych rodziców czy opiekunów. Przyglądając się temu z bliska, możemy łatwo zauważyć, że skoro wymagali, to chcieli przez to osiągnąć lepszy byt dla dziecka w przyszłości, większe posłuszeństwo, a przede wszystkim, chcieli wzmocnić swój autorytet. Niestety, robili to w sposób bardzo nieudolny i odbiegający od wzorca najdalej, jak to możliwe. Skutki były różne.

 „Myślę, że zgodziłabym się na wszystko za odrobinę czułości, serdeczności, bliskości, przytulenia, pogłaskania. Zgodziłabym się na wszystko za odrobinę miłości. Wówczas nie potrafiłam odróżnić dobrej miłości od złej.”

Jeżeli już jesteśmy przy skutkach – nie pozostańmy tylko przy siniakach, płaczu, bezgranicznym strachu i lęku przed kolejnym potępieniem. To wszystko to tylko składniki – wychodzi z nich suma niemożności trwania w stałych relacjach, poczucie porażki, niechęć do życia, potrzeba odgrodzenia się od świata i wiele innym poważnych konsekwencji ciągnących się długimi latami, właściwie dekadami…

„Wszędzie węszę podstęp, nikomu nie ufam, nie jestem spontaniczna. Tak sobie kiedyś powiedziałam, na pocieszenie: życie to nasz obowiązek, więc i ja będę obowiązkowa, perfekcyjna, będę od siebie dużo wymagać.”

Trzy pierwsze części składają się z opowiadania, po którym następuje wywiad z głównym bohaterem, a właściwie bohaterką. Ostatni paragraf to tylko rozmowa mailowa, ponieważ mężczyzna, który opowiadał swoją historię, nie zgodził się na spotkanie z Martą Fox. Jednak po przeczytaniu każdego rozdziału dało się dostrzec pewne prawidłowości, wspólne dla każdej z czterech osób. Odniosłam wrażenie, że Danuta, M., Beata oraz Marcin stwarzają wokół siebie kokon, dzięki któremu pozostają niedostępni dla świata. Charakteryzują się pewną surowością, są rzeczowi, spięci i ostrzy, chociaż nie żywią negatywnych uczuć do swojej rozmówczyni.

Książka powstała w (jeśli się nie mylę) 2003r., a osoby opowiadające o swoich przeżyciach to ludzie dorośli, z własnymi rodzinami, dziećmi, nawet wnukami. Także akcja opowiadań toczy się w latach 50./60., a to pretekst, żeby uświadomić czytelników, iż historia wciąż się powtarza. Myślę, że statystyki nic nie potwierdzą, ani też nie zaprzeczą. Bo, pomyślmy realnie, któżby zdołał zrobić statystyki gwałtów i torturowania dzieci? Oczywiście istnieją przybliżenia i domysły, ale one nie dadzą nam żadnej pewności. Sytuacja wygląda o tyle inaczej, że teraz więcej osób skłania się ku skorzystaniu z pomocy psychoterapeuty bądź psychologa (i bardzo dobrze!), nawet jeśli to mały odsetek (z aktualnych badań wynika, że w Polsce z osób, które mają problemy psychiczne, tylko 5% decyduje się na konsultację z odpowiednim lekarzem). I tak widzę wielki progres w społeczeństwie, ponieważ nawet w szkołach, nauczyciele odważniej proponują rodzicom poradę od psychologa czy chociażby pedagoga dla dziecka. Niekoniecznie osoba będąca pod nadzorem specjalisty musi być traktowana jako „wariat”. Jedynym uczestnikiem z książki, który po latach zdecydował się na psychoterapię był Marcin. Opowiada też o tym, co dzięki temu zyskał i dlaczego w ogóle się na nią zdecydował.

„Moja przeszłość jest jak ciężar, który dźwigam codziennie. W tej przeszłości jest właśnie wina, wstyd, złość. W teraźniejszości jest już więcej walki.”

Marta Fox przy „Coraz mniej milczenia” uświadomiła mi dwie ważne dla mnie rzeczy – jak bardzo tęskniłam za dobrą literaturą faktu, ponieważ ostatnio czytałam książki o nieco innej tematyce i  to, że muszę wrócić do czytania poezji, bo i to w minionych miesiącach zaniedbałam. Każdy rozdział w książce jest poprzedzony oraz zakończony wyrazistym, można by nawet powiedzieć, że zatrważającym i bardzo jednoznacznym akcentem poetyckim nawiązującym do tematyki opowiadania. Przytoczono również fragmenty ze „Zniewolonego dzieciństwa” Alice Miller.
Dzięki tym wtrąceniom, i nie tylko, pozycja stała się dla mnie źródłem wielu inspiracji. Po pierwsze, spodobała mi się sama konwencja stworzenia zbioru opowiadań na podstawie wspomnień. Marta Fox wykorzystała ten zamysł rówież w swoich innych książkach (np. Magda.doc, Paulina.doc). Autorka jest dobrze przygotowana do pisania i to widać, np. po występujących w „Coraz mniej milczenia” analizach charakteru bohaterów. Portret psychologiczny może nie został bardzo rozbudowany, jednak pewne elementy, niezbędne do zrozumienia postaci były zawarte. Jeżeli kiedyś zabrałabym się za pisanie swojej książki, zdecydowałabym się właśnie na literaturę faktu. Być może poszłabym w ślady Marty Fox i rozmawiała z autentycznymi świadkami brutalności w dzieciństwie.

Tak naprawdę, w „Coraz mniej milczenia” nie stwierdziłam żadnych poważnych błędów. Możliwe, że byłam zbyt wstrząśnięta wydarzeniami i nie wychwyciłam uchybień. Bo, przyznaję się bez bicia, podczas czytania płakałam wiele razy i myślę, że książka pozostanie przez jakiś czas w mojej pamięci, przede wszystkim jako zapis historii, które wydarzyły się naprawdę.

„To wszystko działo się w imię miłości, dla mojego dobra i po to, bym wyrosła na porządnego człowieka.”



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)