04 sierpnia, 2015

#25 Hannibal

„Hanibal” to kontynuacja Milczenia owiec, w zasadzie 3. tom z serii o Hannibalu Lecterze. Po moich wcześniejszych doświadczeniach z twórczością Thomasa Harrisa (link do recenzji „Milczenia owiec”) chętnie sięgnęłam po jego następną książkę. Jednak już po pierwszych 50 stronach wiedziałam, ze niepotrzebnie zaufałam obiecującym opisom z tyłu książki i sławie zdobytej dzięki zekranizowaniu poprzedniej części.

Temat powieści skupia się na zbiegłym z więzienia dla psychopatów Hannibalu Lecterze – zaskakująco wybitnym psychologu o zaskakująco ekstrawertycznych upodobaniach żywieniowych. Nie mówię tutaj o białych truflach, kawiorze, winie za 130$ (bo to oczywiście też włączało się do jego stałej diety), ale o wątrobie ludzkiej, chrząstkach z twarzy i tym podobnych. Na swoim sumieniu doktor miał już wiele zabójstw i aktów kanibalizmu, jednak udało mu się wydostać się z więzienia i mógł dalej mnożyć kolejne ofiary.  

Z początku miałam wrażenie, że ktoś inny zamiast Thomasa Harrisa pisał tą powieść. Krótkie zdania, historie bez polotu, wszystko oderwane od siebie, niepasujące, wielki chaos, a z treści nie byłam w stanie nic poskładać. Przypominałam sobie wtedy, jak „Milczenie owiec” wciągnęło mnie w wir wydarzeń prawie od początku, a tutaj… z każdą stroną coraz gorzej!
Zbyt wiele zupełnie niepotrzebnych szczegółów denerwowało mnie okropnie, kiedy marzyłam tylko o tym, aby rozdział tak się nie dłużył. Czy naprawdę trzeba rozwijać wątki takie jak pochodzenie i stan (w każdym tego słowa pojęciu) Rumunki, która miała pozbyć się doktora Lectera? De facto jej się nie udało, więc szczerze, w ogóle nie pojęłam tej akcji. Czy naprawdę trzeba było wymieniać wszystkie eksponaty znajdujące się w pałacu we Florencji? Czytałam dalej, myśląc, ze później te informacje okażą się cenne w śledztwie, ale tak się nie stało.
W połowie książki miałam dość i wiedziałam, że nie ma sensu zmuszać się do czytania na siłę, ponieważ szło mi to bardzo opornie. Ale jestem z tych, którzy nie praktykują oceniania pozycji niedokończonej, toteż przerzuciłam się na audiobooka. W wersji czytanej „Hannibal” wydawał mi się nieco przyjaźniejszy, tym bardziej, że aktualnie mam urwanie głowy i wiem, ze ciężko byłoby mi usiąść nawet przy dobrej książce. Generalnie nie jestem zwolenniczką audiobooków, cenię sobie tradycję papierowej książki, lubię czuć dotyk kartek i ten ich przyjemny ciężar. Jednak w takich sytuacjach – absolutny brak czasu oraz monotonność książki, wersja słuchana wygrywa. Poza tym, dzięki niej udało mi się dotrwać do końca.

Na koniec, jedyny plus, wskazany przeze mnie już w „Milczeniu owiec” – niesamowita precyzja w wątkach wymagających znajomości specjalistycznego słownictwa oraz w ogóle biegłości w temacie. Tym Thomas Harris się u mnie ratuje.


Przyznaję, żałuję, że przeczytałam „Hannibala” ze względu na to, iż ten i tak bardzo okrojony czas mogłam poświęcić na coś fajniejszego. 

1 komentarz:

  1. Tylko książkowej wersji Hannibala nie znam. Na półce mam "Czerwonego smoka" więc zobaczymy jak będzie. Mimo to, trochę mnie zmartwiłaś. :(

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)