05 września, 2015

#29 Życie to nie bajka

Biorąc do ręki „Życie to nie bajka” miałam raczej negatywne przeczucia i nie stawiałam książce zbyt wysokich wymagań. Co mi kazało tak myśleć? Po pierwsze tytuł, który troszkę zalatuje tandetą – typowy frazes i nic poza tym. Po drugie, opis, który przypominał mi te z pozycji non fiction niskich lotów. Chociaż bywają naprawdę dobre historie z tego gatunku, ja się parę razy zraziłam i do nieznanych autorów podchodzę z rezerwą, ponieważ sztuka polega na tym, aby stworzyć piękną prozę na suchych faktach nie zmieniając ich ani nie ubarwiając. Na szczęście, Joanne Greenberg podołała zadaniu.

Deborah jako szesnastolatka zostaje przyjęta do szpitala psychiatrycznego na intensywną opiekę z powodu narastającej w niej od kilku lat choroby psychicznej. Pacjentka podejmuje się wyczerpującej walki z przeciwnościami, w których przez tyle czasu znajdowała jedyne wytchnienie. Ma świadomość trudu, z jakim będzie musiała się zetknąć, jednak to tylko czubek góry lodowej. Wspólną drogę przez proces leczenia przebywa z nią lekarka – pani Fried, doświadczona, bardzo empatyczna i wyrozumiała.

Schizofrenia traktowana jest na ogół jako coś odległego, co nas nie dotyczy, a schizofrenicy to według większości świry nadające się tylko do wariatkowa. Ludzie nic nie wiedzą o tej chorobie, a Joanne Greenberg stara się jak najlepiej przybliżyć im świat, z którym musi zmierzyć się osoba chora psychicznie. Autorka bazuje na własnych wspomnieniach, a więc o autentyczność tekstu nie musimy się martwić, w końcu interesem Greenberg było ukazanie choroby z jak najbliższej perspektywy. To, co zmartwiło mnie na początku, to że w książce ze wszystkich obaw, wrogów i omamów został po prostu stworzony świat, logiczny, z własną hierarchią, językiem, kodeksem. Odebrałam to jako coś absurdalnego, ponieważ nie sądziłam, żeby schizofrenik mógł wytworzyć „świat chorobowy”, jakby była zwyczajnie inna planeta na której żyje symultanicznie. Jednak później zrozumiałam, że taka osoba faktycznie mogła, nawet dla ułatwienia samej sobie życia ze schizofrenią, wytworzyć sobie oddzielną przestrzeń życiową. Interpretując to jeszcze inaczej, mogło być tak, że autorka dodała ten element, bądź co bądź ubarwienia, aby to czytelnik był w stanie wyobrazić sobie z czym na co dzień przebywa chory.

„U podłoża objawów, choroby i tajemnic leży wiele rzeczy. Wszystkie poszczególne elementy wzajemnie się podtrzymują i wzmacniają. W przeciwnym razie zaaplikowalibyśmy ci pierwszy lepszy lek (…)i byłoby po wszystkim. Lecz te objawy są wytworem wielu pragnień i służą wielu celom – właśnie dlatego pozbycie się ich sprawia ci tyle cierpienia.”

Zakładając, że stworzenie takiego świata w głowie Deborah faktycznie miało miejsce, zrobiła coś niewyobrażalnego i nierealnego dla „zdrowych” ludzi. Wszystko w pełni logiczne, pasujące i bez żadnych niedociągnięć, wszystko przemyślane. Własny język, Kolektywa, prawa i zasady członkowstwa. Ur zamiast świata obłędu przedstawiało czasem obraz sekty czy tajnego zgromadzenia sekciarskiego, co nie zmienia faktu, że dla Deborah było największym utrapieniem życiowym.

„Chorobą nie jest język ani bogowie, lecz ich moc, która odciąga cię od świata.”

U głównej bohaterki istnieją tak naprawdę nie dwa, a trzy światy. Chorobowy, szpitalny i ten zupełnie zewnętrzny, czyli rodzina. Dla Deborah najbardziej skomplikowanym staje się ten ostatni – nie potrafi żyć wśród bliskich, nie krzywdząc ich i nie „zatruwając ich swoją esencją”. Czytając opisy spotkań rodzinnych mamy świadomość napięcia, które tam istnieje. Razem z Deborah mamy wrażenie, że rodzice to obce istoty, próbujące naruszyć prywatną przestrzeń. I właśnie dlatego wiele chorych osób pragnie chronić się w bezpiecznych od wszelkich niebezpiecznych i ostrych rzeczy oraz właśnie przed „intruzami” wśród białych sal szpitalnych.
Kolejnym przywilejem szpitalnym według autorki zdaje się być paradoksalna wolność. Bo chociaż stopień zagrożenia dla zdrowia pacjenta ma być koniecznie ograniczony do absolutnego minimum poprzez wydzielanie papierosów, ołówków i nożyczek oraz zakaz używania perfum, lakierów do paznokci i tym podobnych, to właśnie tam „wariat” może być wariatem z krwi i kości. Tam może wyzwolić się zupełnie i nie przejmować się tym, co pomyślą inni. W końcu dlatego został umieszczony w szpitalu.

„Szorstkość i brutalność były ważnymi przywilejami szpitalnymi, które każdy maksymalnie wykorzystywał. Dla tych, którzy nigdy przedtem nie śmieli myśleć o sobie (…) jako o kimś ekscentrycznym i dziwnym, wolność polegała na tym, że mogli być wariatami, czubkami, świrniętymi, stukniętymi, a poważniej – szaleńcami, chorymi na umyśle, psychicznymi, obłąkanymi.”

Autorka przedstawia całą sytuację nie tylko dość niekonwencjonalnie, ale i bardzo obiektywnie, starając się przedstawić czytelnikowi nie tylko zepsuty i zniekształcony obraz rzeczywistości schizofreniczki, ale również przemyślenia lekarki, emocje rodziny czy historie innych pacjentek. To wszystko sprawia, że książka nie przytłacza monotonnością i nie narzuca subiektywnej oceny pochodzącej od głównej bohaterki. W takim razie powstało pytanie, co odczuwają rodzice Deborah. Rodzice siedzący bezczynnie w domu i niemający kontaktu z córką. Faktycznie, Esther i Jacob po oddaniu Deborah w ręce lekarzy, nie mieli nic do powiedzenia. Odradzano im spotkania z dzieckiem, przesyłano jedynie oficjalne i lakoniczne raporty o stanie zdrowia pacjentki. Natomiast młodsza siostra, która sprawia pozory niedoinformowanej i neutralnej, cierpi na brak uwagi.  W ten sposób choroba podstępnie atakuje całą rodzinę, jak trafnie zauważa Greenberg. Negatywne emocje wiążą jej członków w patologiczny sposób, a to tylko po to, aby prowizorycznie i mimo wszystkich starań, nieudolnie, zapełnić powstałą dziurę.

Znam niewiele książek, które tak trafnie oddałyby clou choroby czytelnikowi. Jeżeli koś byłby zainteresowany, polecam „Schizofrenia. Moja droga przez szaleństwo” Elyn R. Sacks. Swoją drogą, dobrze, że powstają takie powieści, które niosą za sobą nie tylko wzruszającą i prawdziwą historię ubraną w odpowiednie słowa, ale przy okazji edukują, to znaczy tworzą w głowie czytelnika obraz osoby chorej psychicznie nie jako świra i wariata, ale jako kogoś potrzebującego uwagi, uczuć i wsparcia. Joanne Greenberg stanęła na wysokości zadania i wspaniale opowiedziała historię Deborah. Warto przeczytać „Życie to nie bajka”, aby trochę skupić się i zebrać myśli (niektóre fragmenty wymagają mocnego zastanowienia) oraz poszerzyć swoje horyzonty.

„Sieją ziarno w żyznej glebie. Nie szczędzą słońca, wody i pożywienia. Wywabiają ziarno z łupiny, wołając: <<Chodź do nas!>> Słodkie śpiewy i odczucie ciepła. Wschodzą pierwsze zielone pędy, a oni już czekają z zakraplaczem pełnym kwasu.”


„Żyć to walczyć”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)