24 września, 2015

#31 Służące

„To tylko miejsca jakie się zajmuje, jak pionki w warcabach. Kto dla kogo pracuje, to wszystko jedno.”

„Służące” Kathryn Stockett, świetna powieść obyczajowa, której akcja toczy się w latach 50.-60. w Jackson w stanie Missisipi, bezapelacyjnie zasługuje na przyzwoitą ocenę. Nic dziwnego, że zdobyła serca czytelników na całym świecie i stała się bestsellerem „New York Timesa”. W końcu to historia właśnie taka, jakiej pragnie kultura masowa. Tylko czy w tym wypadku stanowi to problem i nie pozwala ustawić książki na wyższym poziomie? Tzw. „masówka” zwyczajowo kojarzy nam się z pracą „po łebkach”, produktem fabrycznym raczej na niskim poziomie i łatwym w odbiorze dla ludzi mało wymagających. Część się sprawdza i tutaj, np. przystępność dla każdego bez względu na wykształcenie, płeć, wiek. Jednak nie śmiałabym powiedzieć o powieści Kathryn Stockett, że została niedopracowana i nieprzemyślana. Rzadko mamy do czynienia z faktem, iż tak dobrze skonstruowany obyczaj znajduje się na początku listy bestsellerów literatury popularnej.

Na podstawie książki, wydanej w 2009r. powstał film pod tym samym tytułem, który obejrzałam i również gorąco polecam. Same kadry bardzo zachęcają, ponadto genialna kolorystyka, ciekawa obsada, wspaniała gra aktorska. W reprodukcji filmowej ominięto wiele historii, które pojawiły się w książce, a więc lepszym wyborem będzie najpierw poznać pierwowzór. Jednak jedna rzecz w adaptacji zwróciła moją uwagę, a mianowicie, nacisk położony na aspekt wiary w Boga, w powieści nie tak bardzo wyeksponowany, chociaż też obecny. To argument, który przemawia za tym, aby zapoznać się z obydwoma wersjami "Służących".

Jackson w Missisipi stanowiło do lat 70. synonim wszelkiej nietolerancji i rasizmu absolutnego. Cały stan był miejscem, gdzie kolorowi przeżywali piekło wyłącznie ze względu na swoją „odmienność”. Niektóre fragmenty książki obrazujące rozmiary awersji do Murzynów, jakimi dysponowali „biali arystokraci” mnie przerażały. W czasach, w których żyjemy nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji, w której ktoś z mojego otoczenia traktowałby osoby innej narodowości jako „nie-człowieka”. Kogoś stworzonego po to, aby wykonywać ciężką pracę, ponieważ nie jest dość inteligentny ani uspołeczniony, aby żyć na równi z białą nad-rasą. Czy Wam też przypomina to historię Żydów podczas panowania Hitlera?

„W tamto rano wróciłam po tym, jak mnie wywalili, i tak stałam przed domem w nowych butach do pracy. W butach, za które mama zapłaciła tyle, że starczyłoby na miesięczny rachunek za światło. Wstyd nie jest czarny jak brud, chociaż wcześniej tak myślałam. Wstyd ma kolor nowego białego mundurka, co na jego kupno Twoja matka prasowała rzeczy przez całe noce. Jest biały bez smużki ani plamy.”

Rasizm był tematem tabu tamtych lat. Ludzie pragnęli o tym słyszeć, ale bali się pytać. Wśród znajomych woleli udawać, że nie mają z Czarnymi nic wspólnego. Byli jednak tacy, którzy wyłamywali się z tego kanonu, oczywiście kosztem utraty przyjaciół i czasem zniesmaczenia rodziny oraz rozpaczliwych prób zatrzymania wszelkich kontaktów z „nieludźmi” w sekrecie. Przykładem takiej osoby w „Służących” jest Eugenia Phelan, dla bliskich – Skeeter. Skeeter to uosobienie, wydawałoby się, wszelkich wykroczeń poza normy społeczne, jakie można by znaleźć w latach 60. Kobieta po dwudziestce, bez stałego związku, nie dbająca o wygląd, pragnąca zostać niezależną dziennikarką i, co najgorsze, konszachtująca z Murzynami. W sekrecie postanawia stworzyć książkę opisującą przeżycia pomocy domowych, oparte na bezpośrednim źródle, czyli wywiadach z czarną służbą. Nic dziwnego, że koleżanki szybko wykluczyły ją ze swojego grona, kiedy zaczęły ledwo podejrzewać, że coś jest nie tak. Nawet mama Skeeter wpadała w przerażenie i zamartwiała się, czy aby jej córka nie jest homoseksualna. Zaczęła wmuszać w nią ziołowe herbatki, aby uleczyć potencjalną „chorobę”.

„I nie mówię, że spotkanie z panienką Skeeter to dla mnie frajda (…). Utyskuję, wściekam się i dostaję szału przy drażliwych tematach. Ale liczy się jedno: lubię opowiadać te swoje historie, mam poczucie, że nie siedzę z założonymi rękami. Jak wychodzę, beton zalegający w piersiach jest rozluźniony, pokruszony i parę dni idzie oddychać.”

Oprócz Eugenii są także tytułowe służące. Dwie główne to Aibileen oraz Minny – kobiety o dwóch zupełnie odmiennych charakterach i każda z bogatymi, często smutnymi, historiami przeżytymi podczas kilkudziesięcioletniej pracy przy sprzątaniu w domach oraz opieki nad dziećmi białych pań.
Bardzo spodobał mi się powrót do lat 60. oraz ich całej irracjonalności. Poza tym, że był to czas wychodzenia np. poza ścisły schemat roli kobiety. Mam na myśli m.in. feminizm oraz wcześniej wspomniany homoseksualizm, na który zaczęto poświęcać więcej uwagi i zastanawiać się głębiej nad tym zjawiskiem. Absurdy pojawiały się wszędzie. Bogate białe panie, żyjące w luksusach na utrzymaniu męża i powierzające swoje dziecko pod opiekę pomocy domowej, są jednym z najlepszych przykładów takich właśnie paradoksów. Hilly – jedna z tych, które bez skrupułów wyrażają swoje zdanie o niskiej wartości osób kolorowych, a jednocześnie osoba najzacieklej walcząca o pomoc humanitarną dla dzieci głodujących w Afryce.


Poruszona również została kwestia przemocy domowej, ujęta w bardzo stereotypowy sposób, w książce pojawiła się w biednej rodzinie wielodzietnej. Jej ofiarą akurat była Minny, jedna ze służących, bita nagminnie przez swojego męża. Mimo tego, że wątek nie zajął zbyt dużo miejsca w powieści, to i tak daje do myślenia. Postawienie właśnie Minny na miejscu poszkodowanej, sprowadza czytelnika na ziemię. Pokazuje, że nawet najbardziej harde osoby, te które nie mają oporów, aby wykrzyczeć przeciwnikom prosto w twarz własnego zdania, również mogą być tępione. Portret psychologiczny postaci pogłębia się właśnie w ten sposób – twarda i nieustraszona wśród koleżanek i w pracy, a w domu pokorna żona, nie mogąca się odezwać. Oczywiście każdej z trzech głównych postaci – Aibileen, Minny i Skeeter, autorka poświęciła tyle samo uwagi i postarała się o jak najpełniejszy zarys charakterologiczny każdej z kobiet.

Czytając „Służące” nie mamy wątpliwości, że rzecz dzieje się w latach 60. w USA. Charakter tych czasów został bardzo zgrabnie ujęty i przewijając się w tle naprawdę sprawia wrażenie mocno dopracowanego. Te lata były bardzo charakterystyczne – mentalność ludzi przede wszystkim, a poza tym kosmetyczne szczegóły: ubrania, samochody, bankiety i bale dobroczynne, język, którym się posługiwano. Niby nic nie znaczące i nie dostrzegalne na co dzień, a tworzą właśnie tą niepowtarzalną dla każdego czasu aurę, cudownie uchwyconą przez autorkę. Zwłaszcza wśród służby, która w mowie używała stylu potocznego, a duża część książki była pisana właśnie z perspektywy Minny i Aibileeen narracją pierwszoosobową.

„Służące” to książka, którą zdecydowanie trzeba przeczytać. Główny poruszany wątek, rasizm, który być może dziś już nie jest ani tematem tabu, ani pierwszorzędną plotką na pierwsze strony gazet, jednak nadal się o nim mówi. Warto też poznać zupełnie inny punkt widzenia na sytuacje, przed którymi stawali ludzie 50 lat temu. Dodatkowo, powieść czyta się bardzo przyjemnie. Dotyka przede wszystkim świata kobiet, a więc polecam szczególnie płci pięknej – bohaterki na pewno zostaną zrozumiane.

„Czy nie taki był sens książki? Czy nie chodziło o to, żeby kobiety zrozumiały: <<Jesteśmy tylko dwiema istotami ludzkimi, nie tak znowu wiele nas dzieli. Znacznie mniej niż sądziłam>>”


2 komentarze:

  1. Uwielbiam Służące, zarówno książkę jak i ekranizację. pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam w planach tę książkę. Widziałam ekranizację, nieświadoma że powstała na podstawie powieści.

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)