12 października, 2015

#34 Bellagrand

„Byli całkowicie spłukani, materialnie i emocjonalnie, i nie mieli sobie nic do powiedzenia.”

 „Bellagrand”, czyli książka o młodzieńczym i namiętnym zakochaniu, niosącym za sobą nieodwracalne skutki. Książka pełna przygód, kipiących aż od prawdziwych emocji. Książka o sile przyjaźni, o wierności, o relacjach rodzinnych, o polityce i o starciu kultur. Paullina Simons opowiedziała historię dwójki ludzi, których obdarzyła czasem niezmierzonych cierpień i problemów, ale i chwilami sielanki. Przedstawiła czytelnikom parę tak skrajną, jak tylko można sobie wyobrazić – ona, imigrantka z Włoch, on, niezadowolony ze swojego pochodzenia Amerykanin. Czy możliwe jest, aby z dwóch tak sprzecznych nie tylko kultur, przekonań, ale i osobowości, powstała tak epatująca pożądliwością pełna miłość?

Widocznie tak, skoro małżeństwo Giny i Harry’ego potrafi przetrwać życie w nędznych warunkach, wciąż pod dachem Mimoo, matki kobiety. Mąż, zbyt dumny, aby podjąć się pracy jakiejkolwiek poza wykładaniem na Harvardzie, nie może utrzymać żony, która zarabia w przędzalni, aby związać koniec z końcem. Dodatkowo, mężczyzna wielbi teorię socjalistyczne oraz w ogóle wszystko związane z Rosją radziecką, co w Ameryce lat 20. jest bardzo ryzykowne.  Gina z biernie zezwala ukochanemu na wszystkie niekonwencjonalne poglądy, byleby zatrzymać go przy sobie, nawet ceną problemów na tle politycznym.

„Nigdy się nie bój, delitto mio. Jesteśmy tacy, jak marzyliśmy. Czasem oddaleni, ale zawsze razem.”

Przyrzekam, że dawno żadna książka nie wprawiła mnie w taką konsternację. Sprzeczności nie występują tylko w bohaterach, ale i w stylu autorki. Po przeczytaniu jej genialnego „Jeźdźca miedzianego”, nastawiałam się na najlepsze i najlepsze otrzymałam. Niestety, autorka postawiła mnie w trudnej sytuacji, wtrącając między fragmenty naprawdę wysokiej klasy, coś co w ogóle do niej nie pasuje – elementy tandetnego romansu. Naprawdę, niektóre sceny (często zajmujące sporo miejsca) mocno trąciły myszką i nie wierzyłam własnym oczom, że Paullina Simons to pisała. Gdy w pewnym momencie Ginie i Harry’emu zaczęło się bardzo powodzić, można by powiedzieć, że trafili w sam środek raju i żyli w błogiej bezczynności, nie martwiąc się zbytnio o daleką przyszłość. Takie wyrwanie z koszmaru było potrzebne bohaterom i fabule, aby nabrała pełniejszego kształtu, stała się bardziej interesująca, zaskakująca i wartościowa i różnorodna. Jednak ta idylla trwała za długo! Podczas połowy książki praktycznie nic się nie działo, totalne zawieszenie akcji. Wszystko stanęło i przez zbyt długi czas ani myślało ruszyć. Przerażała mnie nie tyle sama stagnacja, a brak dążenia do jakiegoś celu u bohaterów. Równocześnie z pozbawieniem głównych postaci motywu istnienia, sama fabuła stała się bezsensowna.

Skoro wady powieści mamy już za sobą, teraz czas na jej zalety, których na szczęście jest o wiele więcej. Paullina Simons, poza tymi drobnymi wykroczeniami, nadal potrafiła mnie zadziwić i sprawić, że niesamowicie wciągnęłam się w pełne niespodzianek życie Giny i Harry’ego. Co bardzo cenię w autorce, potrafi wpleść bezkonkurencyjny romans w wydarzenia historyczne. Tutaj akcja dzieje się w latach 1911-1929, a więc w czasach ciężkich, niewdzięcznych i wymagających poświęcenia. Są to zupełnie inne realia, niż w naszym wieku XXI, a więc autorka przybliżyła czytelnikowi charakterystykę epoki i zrobiła to bezbłędnie. Żywię do Simons bardzo duży szacunek za tak wierne oddanie ducha wojennego wśród zwykłych ludzi. Tego klimatu, który został oddany w „Bellagrand” czy jej poprzednich książkach, nie da się powtórzyć. Poparte rzetelną wiedzą oraz talentem pisarskim fakty historyczne Simons przedstawiła w zupełnie innym wymiarze, niż ten, który większość z nas zna z podręczników szkolnych. Poza wartością w literaturze, jest to ciekawe doświadczenie, w którym możemy wejść w historię głębiej i pomyśleć o nich w niekonwencjonalny sposób.

W „Bellagrand” zaciekawił mnie dobór postaci. Różnorodność charakterologiczna bohaterów prowadzi do ostrych starć osobowości. Te z kolei mogą być fatalne w skutkach lub, wręcz przeciwnie, owocować dobrym rezultatem. Powieść pełna sprzeczności i kontrastów nie może być mdła, także autorka sprytnie się wybroniła i nawet wprowadzając przydługie momenty stagnacji, wciąż bazowała na wielorakości postaci. Myślę, że najbardziej niedorzeczną, to znaczy sprzeczną postacią był Harry – dumny, wręcz pyszny, skrajny w swoich poglądach sceptyk odznaczał się niemożliwą czułością wobec żony. Kiedy znajdowała się przy nim, potrafił stać się wulkanem namiętności i sypać czułościami jak z rękawa. W głębi duszy mężczyzna chował swoją spokojną naturę, wrażliwość i współczucie. Mimo tego że bez pracy, to wciąż bardzo wykształcony i oczytany, zatopiony we własnych myślach wieczny marzyciel. Jednak jego porywczość nie pozwalała mu wieść spokojnego żywota. Harry to postać nieobliczalna, tak naprawdę gwiazdka „Bellagrand”, ponieważ Ginę odebrałam jako szarą myszkę, chowającą się przed wszystkim i każdym, byleby tylko nikt nie odgadł, że jest Włoszką. Skrywała w sobie włoski temperament, a razem z nim swoje przekonania tak długo, że stała się zbyt… amerykańska, podczas gdy Harry zaskakiwał nas impulsywnością właściwą Włochom.

Na szczególną uwagę zasługują przedstawione w powieści więzi rodzinne. Mamy tu do czynienia z problemem aktualnym od lat, czyli z kłótniami, zatargami i niedopowiedzeniami w gronie familii. Sprzeczki rodzinne  odegrały bardzo ważną rolę w fabule, stały się przyczyną i skutkiem wszystkiego oraz splatały się z każdym innym wątkiem.

Akcja toczyła się wartko, głównie dzięki dialogom, które dynamizowały tekst. Książka podzielona jest na części, w których występują albo same dialogi, albo same opisy. Osobiście wolałam te fragmenty z dialogami, gdyż nakręcały całą fabułę i wnosiły wiele nowych informacji. Właściwie, to rozmowy pomiędzy bohaterami podtrzymywały „Bellagrand” i dzięki nim powieść stała się interesująca, ponieważ przydługie opisy raczej nieekonomicznie zajmowały tylko miejsce na kartkach.

„Wszystko działo się natychmiast. Zawsze było za gorąco albo za zimno.”

„Bellagrand” to książka, którą warto przeczytać, szczególnie dla tych, którzy polubili trylogię o Tatianie i Aleksandrze, ponieważ żołnierz we własnej osobie występuje właśnie tutaj. Jest to pozycja, którą można czytać na kilku płaszczyznach. Bohaterowie na pewno nas nie zawiodą, będziemy razem z nimi przeżywać rozterki i uniesienia, których tu nie brak. Poza usterkami, które niestety mocno rzucają się w oczy i lekką tandetnością, „Bellagrand” określiłabym jako interesującą i wartościową lekturę.

„-On jest statkiem. My tylko pasażerami. –A jeśli statek zatonie? –Zatoniemy razem z nim.”




1 komentarz:

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)