18 października, 2015

#35 Pianistka

Austriaczka Elfriede Jelinek „Pianistką” zapewniła sobie Literacką Nagrodę Nobla w 2004r. Ta informacja widnieje na obwolucie i dumnie zapowiada wysoki poziom książki. Oczywiście przede wszystkim to właśnie ten fakt mnie przyciągnął i zainteresował, a po przeczytaniu mogę z ręką na sercu powiedzieć, że dokonałam słusznego wyboru sięgając właśnie po tą pozycję. Dlaczego?



Tytułowa pianistka, Erika, to kobieta przed czterdziestką, zwana tak ze względu na swoją profesję – naucza gry na pianinie, sporadycznie też na innych instrumentach. Po szkole muzycznej, zamiast sprawdzać się w zawodzie jako zawodowa wirtuozka i zaszczycać swoją obecnością światowe orkiestry, musi borykać się z młodocianymi uczniami, zazwyczaj o wątpliwej przyszłości artystycznej. Pomimo swojego wieku, nadal mieszka wraz z matką w mikroskopijnej kawalerce i zbiera grosz do grosza, aby kiedyś wynieść się z klaustrofobicznego półświatka na przestronne gale, bankiety i przede wszystkim – do własnego pokoju. Bo póki co, dzieli łoże małżeńskie ze swoją rodzicielką. Jej sytuacja rodzinna sprawia niemałe kłopoty na tle zawodowym i psychicznym oraz powoduje turbulencje uniemożliwiające poprawne życie.

Erika jest o tyle ciekawą postacią, że jej zgłębianie daje dostatnią satysfakcję. Jej osobowość można poznawać na wielu płaszczyznach, zastanawiać się co, jak i dlaczego, po co, w jaki sposób. Tutaj pole do popisu mają psychoanalitycy, i mówię to nie tylko ze względu na swoją słabość do tego zagadnienia. Panna Kohut to bohaterka niesamowicie ambiwalentna, sama nie do końca umiejąca siebie określić, ale nic w tym dziwnego, skoro w domu od co najmniej od trzydziestu pięciu lat otrzymuje tak sprzeczne sygnały od matki, jedynego boga we własnej osobie. Pragnie wyzwolić się z dotychczasowych pęt i wreszcie żyć własnym życiem, a jednocześnie nie ma możliwości uciec – nie wie nawet gdzie, musi szukać na oślep, bo nigdy nie zaznała innej miłości niż tej, której fundamenty stanowią kary (często cielesne).

„Obowiązkiem matki jest pomagać w podejmowaniu decyzji i zapobiegać decyzjom niewłaściwym. Nie trzeba potem mozolnie opatrywać ran, bo w ogóle nie dopuszczono do skaleczenia. Matka woli sama kaleczyć Erikę i potem doglądać procesu gojenia.”

W pierwszej części utworu na pierwszy plan wysuwają się więzi rodzinne, podchodzące pod patologiczne, jednak wcale nie tak rażące jakby się na pozór mogło wydawać. W naszych czasach wiele rodziców widzi w swoich dzieciach materiał na uosobienie niespełnionych marzeń. Tak i w „Pianistce”, pani Kohut tłamsi Erikę i stwarza jej jak najlepsze warunki, aby mogła osiągnąć cel swojej matki: zostać sławną artystką. Odejmując sobie każdy grosz od ust, skrupulatnie zbiera na specjalistyczne kursy, koncerty znanych twórców, nowy większy dom. A to wszystko po to, by uszczęśliwić córkę SIEBIE. Tak gładko główny temat przeskakuje z Eriki na jej rodzica, szczególnie na jego niedowartościowanie. W ogóle ciekawym wątkiem stała się tutaj znana wszystkim (najbliżej pewnie z domu rodzinnego) rywalizacja matki z córką – problem odwieczny i nikogo nie dziwiący, będący jedynie częścią natury psychicznej człowieka. Tutaj konflikt międzypokoleniowy Jelinek postawiła jako clou programu, pewnego rodzaju bazę, na której wszystko się zaczyna i kończy.

W drugiej części czytelnik razem z główną bohaterką dojrzewa do poznania miłości nie tylko rodzicielskiej, ale też tej zakazanej. Wtapia się w tło obserwując kochanków – Erikę i Klemmera, którzy dość nieporadnie podchodzą do tak zwanej „miłości”, nie bardzo wiedzą jak i z czym to ugryźć. Ta groteska zapewnia dobrą zabawę przy lekturze, oczywiście nie szczędząc obrzydliwości. Wszystko zależy od perspektywy, czytelnik ma spore pole do popisu przy takich tragikomediach i sam wybierze, czy woli się śmiać czy bulwersować. Mnie relacja między nauczycielką a uczniem faktycznie śmieszyła, obydwoje byli tak nieporadni jak małe dzieci stawiające swoje pierwsze kroki, jeszcze nie umiejące się obyć bez sprzętów pomocniczych. Obydwoje niezdecydowani i wstydzący się samych siebie, a przy tym bardzo emocjonalni i impulsywni. Para co najmniej nietuzinkowa i zawierająca wszelkie ukrywane przez społeczeństwo słabostki, stawiająca wyzwanie dzisiejszej hipokryzji dotyczącej spraw seksualnych.

„Teczka z nutami jak zwykle ściśnięta pod pachą, zamek błyskawiczny szczelnie zasunięty. Wszystko, co w Erice ma jakieś zamknięcia, jest zamknięte.”

W książce zostały przedstawione tematy tabu, ważne dla społeczeństwa, ale omijane szerokim łukiem, wśród „normalnych ludzi” wstydliwe i gorszące. A przez Jelinek podane ładnie w sposób godny szacunku, zupełnie obiektywny i neutralny.

Fabuła „Pianistki” jest bardzo rozciągnięta w czasie, tak naprawdę składa się z kilku ledwo ledwo połączonych ze sobą cienką nicią wydarzeń, także treści bezpośredniej tutaj niewiele. Ale to właśnie pozwala nam skupić się na pięknej formie, w jakiej została podana. Jelinek reprezentuje bardzo charakterystyczną stylistykę, osobiście przypomina mi trochę naszego polskiego Gombrowicza. Niekonwencjonalne porównania, zaskakujące zestawienia, liczne metafory i odważne epitety. Dla czytelnika być może trudne i momentami uciążliwe, ale spróbujcie kiedyś sami coś takiego napisać! Nie każdy to potrafi, bardzo trudno jest odkrywać w tak przyziemnych czynnościach tak niesamowite zależności. Zmysł obserwatora i talent pisarski nie wystarczą, konieczny jest otwarty , skupiony i wytrenowany umysł. Widać, że autorka dogłębnie zbadała poruszane tematy, uważnie obserwowała i dopięła wszystko na ostatni guzik. Za to bardzo duży plus dla powieści.

„Brudna fala klasyki wylewa się wszystkimi otworami domu i spływa po zboczach w dolinę.”

W związku z takim specyficznym stylem pisania, prawdopodobnie bardzo ciężko było przełożyć na inne języki tą powieść. Zresztą w kilku miejscach pojawia się adnotacja od tłumacza: „nieprzetłumaczalna gra słów”, czy „Erika – imię znaczące”. Szczególnie trudne wyzwanie dla interpretatorów zazwyczaj stanowi właśnie gra słów, a gdy dokładamy jeszcze tą stylistykę, w której tak naprawdę każde słowo ma znaczenie, ze względu na swoją wartość emocjonalną i układ liter, sylab… właściwie wszystko, to mam ochotę składać niskie pokłony translatorom. Mam nadzieję, że Ryszard Turczyn rzeczywiście jak najwierniej przełożył treść „Pianistki”.



„Zaufanie to dobra rzecz, ale kontrola jest wskazana.”

Czytanie „Pianistki” to czysta przyjemność i dla wytrawnego czytelnika prawdziwa uczta. Natomiast jeśli ktoś woli sięgnąć po coś niezobowiązującego i „lżejszego”, ta pozycja raczej nie będzie dobrym wyborem. Zachwyca kunsztownym wykonaniem, dopracowaniem i przede wszystkim cudowną formą, ale aby wyciągnąć z niej całą jej wartość, należy porządnie się wczytać i trochę pogłówkować.


1 komentarz:

  1. Na razie nie mam ochoty na tę książkę. Po ciężkim dniu wolę sięgać po lżejsze lektury ;)

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)