01 listopada, 2015

#38 Gwiazd naszych wina

„Gwiazd naszych wina”, czyli książka, którą, jak sądzę większość z Was kojarzy zdobyła popularność wśród czytelniczek przede wszystkim za sprawą głośnej ekranizacji w 2014 r. John Green pisze powieści skierowane głównie do płci pięknej, myślę że w wieku raczej 11-14 niż 15 i wzwyż. Mimo tego, historia dla mnie była trochę wciągająca, chociaż fabułę i tak znałam wcześniej.



Jak zwykle zdecydowanie odradzam wam oglądanie adaptacji filmowej przed przeczytaniem papierowego pierwowzoru. Zły pomysł. Ja niestety tak zrobiłam, chociaż zostałam w pewien sposób do tego zmuszona, ale już od pierwszych stron powieści bardzo tego żałowałam. Wyobraźnia przed zobaczeniem ekranizacji działa inaczej, sami musimy „dorysować” sobie bohaterów, ich ulubione miejsca i całą scenerię. Po filmie mamy już gotowca, także książce zostaje odebrana cząstka jej duszy. Myślę, że gdybym nie zapoznała się wcześniej z (dość słabą) reprodukcją filmową, powieść odebrałabym inaczej, a prawdopodobnie nawet lepiej oceniła.

Jeśli ktoś jeszcze nie padł ofiarą mass mediów i blogów, od roku ogłaszającym światu pojawienie się NOWEJ POWIEŚCI JOHNA GREENA, krótko o fabule. Głowna bohaterka, szesnastoletnia Hazel, choruje na raka płuc i od trzynastego roku życia zmaga się z bólem i uciążliwym leczeniem. Chodzi na chrześcijańską grupę wsparcia, chociaż wolałaby odpocząć w domu. Pewnego dnia na spotkaniu pojawia się nowy chłopak – Augustus. Oboje są sobą zaintrygowani, aż dochodzi do pierwszej ostrej konfrontacji. Potem, muszą zadecydować, ile wyrzeczeń mogą spełnić, aby być razem.
Dla mnie, rak jako przeszkoda w związku to już dość oklepany temat i trochę mam go dość, więc już na samym początku podchodziłam do „Gwiazd…” niezbyt chętnie. Zanim w ogóle na polskim rynku pojawiły się jakiekolwiek przebłyski o tej pozycji, wyszedł film o właściwie identycznej fabule, „Now is good”, według mnie, o niebo lepszy – lepsze zdjęcia, lepsza obsada, lepsza muzyka, ale nie skupiajmy się teraz na tym. Historia Hazel i Augustusa to żaden fenomen i, jeśli tylko będzie Wam się chciało, na rynku znajdziecie mnóstwo podobnych albo i lepszych książek o tej samej tematyce.

O ile Hazel była całkiem poprawną postacią, to Augustus przez cały czas swojego istnienia na kartkach powieści nie dawał mi spokoju i niesamowicie mnie denerwował. Ten chłopak to dla mnie po prostu idealista-megaloman, który potrzebuje do życia kogoś, od kogo może być lepszy i zdrowszy. Akurat trafiło na Hazel, której nie chciałabym tylko dla kontrastu idealizować, i nie będę, bo była perfekcyjnie przeciętna. Introwertyczka, ale potrafiąca pokazać swoją wybuchową naturę w odpowiednich momentach. Dobrze wychowana, taktowna, pomocna, co daje o sobie znać w kontaktach z przyjaciółmi, a poza tym nie zbyt przejmująca się swoją chorobą. Hazel na dobrą sprawę była dosyć urocza, a w filmie odebrano jej sporo dziewczęcości.
Augustus ma tendencję do wpadania w irytujący patos i erudycję. Nie obrażając nikogo, w niektórych momentach miałam niemalże pewność, że choruje dodatkowo na ukrytego Aspergera, ale w końcu zrezygnowałam z tej teorii, uznając, że John Green by czegoś takiego nie napisał. Gry słowne bohatera i te wszystkie sążniste zdania nie wiem czy miały bawić, czy wzbogacić jego portret psychologiczny, w każdym razie ani jedno ani drugie się nie udało.

Żeby nie było samych wad, to wspomnę o wątku, który naprawdę mi się podobał, czyli świat jako instytucja do rujnowania marzeń. Może to trochę pesymistyczne, ale dzięki temu wpasowuje się w klimat książki. Hazel i Augustus ze wspólnymi marzeniami wbrew przeszkodom przechodzą dzielnie przez życie, a na każdym kroku spotyka ich rozczarowanie, bo w realności nie istnieją Dżiny. W książce najbardziej obrazowo zostało to przedstawione przy kwestii autora „Ciosu udręki”, Petera van Houtena. Czasami nasze wyobrażenia zdecydowanie przerastają rzeczywistość i, choćby bohaterowie nie wiem jak mocno chcieli, nie zmienią pewnych rzeczy, które po prostu są. Mogą zmienić jedynie swój stosunek do nich i siebie samych.

Jak powiedziała Hazel: „ Na tym świecie jest tylko jedna rzecz okropniejsza od umierania na raka w wieku szesnastu lat, a jest nią posiadanie dziecka, które na tego raka umiera.”. To kolejna poważna i znacząca kwestia poruszona w powieści, moim zdaniem zdecydowanie za mało wyeksponowana. Green powinien poświęcić trochę więcej uwagi właśnie roli rodziców chorej głównej bohaterki, a nie na pseudointeligente wypowiedzi Augustusa.

W „Gwiazd naszych wina” pojawiła się jedna informacja, która mnie cokolwiek podburzyła, mianowicie straszny spoiler filmu „300” , który po pierwsze nie wiem z jakiej racji się tam pojawił, a po drugie został obnażony niemalże do ostatniej minuty. Stanowczo żądam wyjaśnień od autora, o co z tym chodzi. Może to jakieś głębsze przesłanie, którego nie zrozumiałam, ale jaki sens ma zdradzanie szczegółowych i kluczowych elementów filmu, raczej niezwiązanego z książką?

Jeśli chodzi o wydanie, dostałam to postfilmowe (właśnie, czy w księgarniach można jeszcze dostać gdzieś „Gwiazd naszych wina” w wydaniu z tej ślicznej serii powieści greenowskich?) Niedobrze, bo według mnie aktorzy zostali słabo dobrani, ale dobrze, bo w środku znalazły się ciekawe kadry z filmu bardzo wysokiej jakości. Jeśli chcecie jeszcze zdążyć na „Papierowe miasta” z uroczo rozbieloną obwolutą, radzę się śpieszyć, o ile już zupełnie nie zdjęto ich z półek.



„Gwiazd naszych wina” to książka, która prawdopodobnie porwie młodsze nastolatki, ale ja już niestety wypadam z grona wielbicielek. Bardzo dużo defektów, niedociągnięć i tzw. mechanicznych usterek, po prostu nie pozwalało mi się skupić na (wątpliwej) wartości książki. Fabuła też już trochę przetarta, także dużej przyjemności z odkrywania historii również nie było. Jednym elementem Green zyskał sobie u mnie poparcie, a mianowicie umiejscowieniem takiego niezwykłego romansu w bardzo boleśnie realistycznym świecie. Dodatkowo szybko się czyta, co przy tej pozycji jest dużą zaletą.

„Biorąc pod uwagę ostateczną jałowość naszej walki, czy przelotne wrażenie <<znaczenia>>, jakie daje nam sztuka, posiada jakąkolwiek wartość? Czy też jedyną wartością jest to, by wieść życie w możliwie najbardziej komfortowy sposób?”



19 komentarzy:

  1. Cieszę się, że poznałam tę książkę dzięki ekranizacji, ponieważ wkroczyłam do zwykłego, a zarazem cudownego świata, dzięki Green'owi, który bez zastanowienia stał się moim ulubionych pisarzem! Przeczytałam już wszystkie jego lektury i z niecierpliwością czekam na kolejne! :)

    Pozdrawiam,
    http://miedzypolkami-ksiazki.blogspot.com/2015/11/miesiac-czytelnika.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Obejrzałam ekranizację, dlatego już wiem, że książki nie przeczytam. Owszem, historia poruszająca, ale skoro już znam cały chwyt, dzięki któremu powieść się sprzedała, to po co marnować czas? Szkoda, że nie zabrałam się za nią wcześniej, może wpasowałaby się w mój gust...
    U mnie recenzja "Oddychając z trudem"!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Słusznie ;) Ooooo, tyle dobrego słyszałam już o "Oddychając z trudem" więc sprawdzę :) Dzięki!

      Usuń
  3. Nie lubię książek o chorobach z wybitnie prostej przyczyny - ich siła polega na wzbudzaniu współczucia i "mądrych" cytatach. A tego osobiście nie trawię. "Gwiazd..." nie jest wyjątkiem xD
    drewniany-most.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem podobnego zdania, ale nie podchodzę do tego aż tak jednokierunkowo, bo nie wszystkie powieści o chorobach (psychicznych czy fizycznych) takie są. Znam kilka bardzo dobrych tego typu.

      Usuń
    2. No nie wszystkie, ale znaczna większość xd Więc jeśli szukam czegoś dla siebie i mam wydać na to gotówkę... stawiam na coś pewniejszego xd

      Usuń
    3. Ja kupuje i czytam właściwie wszystkie gatunki i uwielbiam różnorodność oczywiscie pozostając wciąż wierna swojemu ulubionemu non-fiction i obyczajówkom ;)
      Zazwyczaj decyduje się na coś, co ktoś już mi polecił.

      Usuń
    4. Ja kupuje i czytam właściwie wszystkie gatunki i uwielbiam różnorodność oczywiscie pozostając wciąż wierna swojemu ulubionemu non-fiction i obyczajówkom ;)
      Zazwyczaj decyduje się na coś, co ktoś już mi polecił.

      Usuń
  4. Ja bardzo lubię tę książkę i doszukałam się w niej dość dużych wartości. Mam o niej zdanie kompletnie różniące się od twojego, choć mnie też podobał mi się brutalnie realny świat przedstawiony przez Greena. To zresztą ciekawe jak wiele opinii może istnieć o jednej książce. :)
    ocean-slow.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja być może tych wartości doszukałam się w kilku innych utworach wcześniej, więc niezbyt mnie zachwyciła, tym bardziej że przedstawione w formie co najmniej banalnej

      Usuń
  5. Nawet nie wiesz jak bardzo cieszę się, że jednak istnieją ludzie, którzy nie wychwalają pod niebiosa tej książki! Tak ich mało ;-;
    Moja polonistka powiedziała, że jest to ta sama historia, co kilkadziesiąt lat wcześniej powstała w filmie o hipisach i tytuł to chyba „Love story" czy coś takiego... Tak jak wspominałaś temat trochę oklepany i zgadzam się całkowicie z Twoją opinią ;) Dlatego ostatnio nawet na nią nie patrzę w księgarniach!

    Pozdrawiam,
    Księgarz Cmentarny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też znam parę osób, które "Gwiazd naszych wina" oceniają niezbyt przychylnie, także zdecydowanie nie jesteś sama ;) Różne książki podchodzą różnym ludziom, tutaj zdecydowanie nie mój klimat. Najbardziej zniechęciła mnie nawet nie ta oklepana fabuła, ale jej aż rażąca w oczy schematyczność, prostota i banalność

      Usuń
  6. Uwielbiam tę książkę :) Świetny blog i post.
    Ps.Piękne paznokcie + Zapraszam do mnie :) http://bloonynkazksiazkami.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, ahaha i za paznokcie staram się, żeby chociaż na zdjęciach jakoś wyglądały ;)

      Usuń
  7. Ja uwielbiam tę książkę i wspominam ją naprawdę dobrze. Możliwe, że nawet wrócę do niej za jakiś czas ;)
    Aleja Czytelnika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie natomiast będzie stała na półce i się kurzyła, chyba że kiedyś ode mnie trafi do jakiejś bardziej przychylnej duszyczki ;)

      Usuń
  8. A już myślałam, że jestem jedyną osobą, którą denerwował Augustus. Na szczęście filmu przed książką nie obejrzałam, natomiast po przeczytaniu książki zrezygnowałam z obejrzenia :)
    Z perspektywy czytelnika

    OdpowiedzUsuń
  9. Ja trochę się zawiodłam na tej książce.Oczekiwałam czegoś więcej,ale i tak jest dobra.Zdecydowanie wolę ''Papierowe Miasta''.

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)