10 grudnia, 2015

#43 Kod Leonarda da Vinci



„Jest pani dziewicą Graala, moja droga. I proszę mi wierzyć, że nigdy nie zapomni pani swojego pierwszego razu.”

„Kod Leonarda da Vinci” prawdopodobnie Wam znany, chociażby ze słuchu to, nie przesadzam, jedna z najlepszych książek, jakie udało mi się przeczytać kiedykolwiek! Wiem, że na moim blogu łatwo można się natknąć na sformułowanie „najlepsza książka od…”, „jedna z najlepszych w ostatnim…” „jeszcze lepsza niż…”, ale tutaj naprawdę i z czystym sumieniem mogę określić powieść Dana Browna mianem arcydzieła. A co do pozostałych książek, nic im nie umniejszając, ten rok jest po prostu rokiem dobrej literatury dla mnie. Trafiam na świetne, albo chociaż wystarczająco świetne powieści, z prostego względu – czytam to, co polecają mi ludzie. Szukam też innych recenzji na blogach, kieruję się nimi, albo konsultuję swoje wybory z koleżankami.

Mamy tutaj historię o tajemnicy, która może zmienić losy ludzkości, jej przyszłości, a także przeszłości! Ta niewiadoma strzeżona jest od wieków przez zakon pod nazwą Znak Syjonu, do którego należą tylko ludzie godni sekretu, a więc bardzo ścisła elita. Dla przykładu, do jej kręgów wpisywali się Leonardo da Vinci czy Victor Hugo, a w czasach, gdy działa się akcja książki, Jacques Sauniére. Niestety nie dane czytelnikowi poznać go bliżej, gdyż akcja rozpoczyna się jego tragiczną śmiercią w muzeum Luwru od kuli pistoletu. Nie wiadomo, kto uśmiercił głowę zakonu, a tym samym odciął możliwość dostępu do największej tajemnicy ludzkiego istnienia. Sauniére zostawia po sobie jednak ślad, zupełnie niezrozumiały i zagmatwany kod przeznaczony jedynie dla jednej pary oczu – Sophie.
Dziewczyna razem z Robertem Langdonem, badaczem symboliki, zaczyna poszukiwania właściwego rozwiązania cyklu zagadek. Jedno rozwiązanie rodzi kolejne pytanie i tak bez końca. Bo tylko najwytrwalsi i godni dostąpienia zaszczytu posiadania władzy przez znajomość tajemnicy, mogą poznać sekret.

Chociaż książka liczy ok. 550 stron, jej akcja trwa zaledwie dwa, trzy dni. Brown genialnie poprowadził fabułę, utrzymując jej ciągłość. Wszystkie wydarzenia następują po sobie i łączą się bezpośrednio związkami przyczynowo-skutkowymi. W kilku dniach bohaterów autor zamieścił mnóstwo treści zarówno tej związanej z następstwem i rozwojem wydarzeń, jak i opisami i kolejnymi etapami rozwiązywania tajemnicy. Bohaterowie dosłownie nie mają przerwy w książce, brak w niej zawieszenia czasowego, takiego pustego pola, o którym czytelnik nic nie wie i bardzo dobrze, bo napięcie cały czas trzyma i nie ma miejsca na nudę. Dodatkowo, akcja dzieje się w kilku miejscach, a więc możemy mówić o symultaniczności. Nie wytrąca to z nadanego rytmu, wręcz przeciwnie – jeszcze napędza rozwój zdarzeń.

Postaci stworzone przez Dana Browna zachwycają swoją inteligencją, a także mocnym charakterem, bo w „Kodzie” nie ma miejsca dla mazgajów. Stawka jest wysoka, więc muszą być godni, aby o nią walczyć. Napisanie tego typu bohaterów poszło autorowi z dziecinną łatwością. Na szczęście nie wprowadził tak wieloma barwnymi osobowościami chaosu w powieści, jedynie wzbogacił ją i urozmaicił. Ten smaczek to właściwie jedna z rzeczy, która w „Kodzie” zwraca szczególną uwagę odbiorcy, bo, nie oszukujmy się, nikt nie lubi „letnich” postaci. Najbardziej przywiązujemy się właśnie do tych „gorących” lub „zimnych” i jest różnica między tymi pojęciami. Chociaż de facto taki podział nie istnieje, zwykłam określać bohaterów zimnych jako tych jednostronnych, pozostających przez całą fabułę w danej tonacji. Nie przeobrażają się, nie widać ich zmiany, gdy fabuła się rozwija. Natomiast bohaterowie tzw. gorący to ci najlepsi – sam smak i wisienka na torcie jeśli chodzi o konstrukcję jakiejkolwiek powieści, a zwłaszcza kryminału (i to ma odniesienie właśnie w „Kodzie”). Przez czas trwania akcji, zachodzą w nich zmiany dotyczące poglądów, myślenia, charakteru. Wykreowanie takich bohaterów może być dla niedoświadczonego autora utrapieniem, ale Dan Brown sprostał zadaniu perfekcyjnie.
Ponadto, kolejnym faktem wpływającym na wartość książki jest to, iż autor zdecydował się na pogłębienie portretu psychologicznego co ciekawszych bohaterów, nawet tych drugoplanowych. To zawsze miły dodatek, wspierający różnorodność treści. Ponadprogramowe informacje o danej postaci też sprawiają, ze poznajemy ją z innej strony, być może bardziej prywatnej, a co za tym idzie, staje się gorąca. Taki sposób na wzbogacenie jakiejś osobowości zawsze się sprawdza.

Zagadka, którą bohaterowie książki mają rozwiązać polega na podążaniu za głęboką symboliką, zawartą w obrazach Leonarda da Vinci, ale przekazywaną z pokolenia na pokolenie i będącą w użytku powszechnym już od tysięcy lat. Niektóre symbole takie jak np. pentagram nabierają pod piórem Browna zupełnie inne znaczenie, niż to, którego byliśmy świadomi do tej pory. Alegorie, nawiązania i ukryte treści atakują nas ze wszystkich stron, a my pozostajemy na nie zupełnie nieświadomi. Jednak nie podczas podróży z Sophie i Langdonem. Wtapiamy się w drogę usłaną znakami, wchodzimy w nie bardzo głęboko i dzięki wiedzy autora na ich temat, zyskujemy niepowtarzalną szansę pogłębienia (i to w dobitnym tego słowa znaczeniu) wiedzy o świecie niewidzialnym dla większości ludzi. Brown z łatwością rozprawia się z problematyką ukrytych znaczeń, wszystko cierpliwie wyjaśnia i nieraz zaskakuje czytelnika. Ja pozostawałam pod stałym wrażeniem ogromu łączących się ze sobą w niezliczone struktury symboli i alegorii. Wszystko było ze sobą tak mocno i perfekcyjnie powiązane, a do tego wybitnie opisane.  

„Pieniądze i wiara to potężne bodźce.”

Wszystkie te symbole dotyczyły chrześcijaństwa. Dan Brown niestety ostro krytykuje idee Kościoła, przede wszystkim te ortodoksyjne, a dokładniej – obala teorię na temat historii religii. To wywołało wielkie oburzenie wśród teologów, historyków, a także wierzących. Dlatego też, zanim przeczytacie „Kod Leonarda da Vinci” nabierzcie dystansu i wchłaniajcie historię z umiejętnością odróżniania prawdy (której w powieści naprawdę dużo) od fikcji literackiej. Oczywiście hipoteza, którą Dan Brown przedstawia ma swoich zwolenników i w poważnych kręgach też traktuje się ją jako prawdziwą. To nie oznacza, że sam autor ma takie poglądy. Starając się w to nie wchodzić, ostrzegam tylko przed tym, że w tekście można natrafić na odważne i ostre kawałki krytycyzmu i widoczny jest pejoratywny stosunek narratora do niektórych sfer Kościoła chrześcijańskiego. Trzeba również wziąć pod uwagę fakt, że Brown porusza się raczej po obszarach anglosaskiego pojęcia o świecie, nie zaś po konserwatywnej polskiej megalomanii. Nawet już nie wyolbrzymiając, Polacy po prostu inaczej patrzą na pewne sprawy, aniżeli Amerykanie. W wydaniu „Kodu Leonarda da Vinci” – SONIA DRAGA w spółce z ALBATROSEM z 2004 r. w posłowiu od wydawcy polskiego Zbigniew Mikołejko wyjaśnia te różnice i pomaga czytelnikowi wejrzeć w obraz przedstawiony przez Dana Browna z jeszcze lepszej perspektywy.
Kontekst w jakim rozpatrywane są przez narratora kwestie chrześcijańskiego Kościoła zupełnie nie ma wpływu na wartość książki. Pozostanie wspaniała i genialna ze swoją głęboką symboliką, aluzjami do bogactwa kultury pogańskiej i boskości kobiecej, a także nietuzinkowymi i barwnymi postaciami, no i, przede wszystkim, porywającą fabułą, pełną tajemnic.

Całość dopełnia wspaniałe tło, czyli Paryż przedstawiony jako miasto tajemnic. Zresztą, co w „Kodzie” nie jest tajemnicą… Jednakże Paryż, czyli główne miejsce akcji został wyniesiony na piedestał. Atmosfera miasta tworzy niepowtarzalną otoczkę do wszystkich wydarzeń, wydaje się być idealnym miejscem na taką historię. Nie tylko dzięki Luwrowi z pokaźnym zasobem dzieł da Vinciego, ale również ze względu na różnorodność kulturową i przenikające się różnorakie grupy społeczne. Autor unaocznia fabułę, wprowadza jej realistyczny wydźwięk poprzez wplatanie wątków historycznych z przeszłości Paryża, albo wspominanie o słynnych budowlach takich jak Art du Carrousel, Musée d’Orsay, centrum Pompidou i oczywiście Musée du Louvre.

„Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna, to książka, którą umieściłabym na liście tych, które absolutnie trzeba przeczytać. To czysta sztuka literacka, trafiająca się dość rzadko, a więc korzystajmy! Czytając ten kryminał, przenikliwość autora uwidacznia się w każdym prawie aspekcie, w każdej dziedzinie. Nie ma wątpliwości, że powieść napisał człowiek wykształcony i inteligentny, a przede wszystkim, utalentowany i, zapewniam, nie zmarnował zasobów wiedzy oraz postarał się, aby historia pod względem poprawności i rzeczowości była perfekcyjnie dopracowana. Udało mu się to, a całość, jaka powstała to nie mniej, jak dzieło sztuki z prawdziwego zdarzenia.
Najlepsze ze wszystkiego i w ogóle nie podlegające jakiemukolwiek sporowi były wszechobecne symbole. Ich mnogość, wprawia czytelnika w wielką satysfakcję, że po prostu może współtowarzyszyć bohaterom, również wspaniałym, w wielkiej podróży ku odkryciu tajemnicy o wadze większej niż życie i największe pieniądze.

„Życie jest pełne sekretów. Nie można wszystkiego wiedzieć od razu.”

5 komentarzy:

  1. To jedna z tych książek, do których mogę wracać bez przerwy. Świetnie napisana, wnikliwa i trzymająca w napięciu. Zgadzam się z tobą w 100% :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło, dziękuję za komentarz :)

      Usuń
  2. To jedna z tych książek, które od zawsze znajdują się na mojej liście must read, ale jeszcze do tej pory nie udało mi się po nią sięgnąć. Będę musiała to jak najszybciej zmienić.

    Books by Geek Girl

    OdpowiedzUsuń
  3. Już od długiego czasu jestem ciekawa tej książki. Koniecznie muszę po nią sięgnąć ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pierwszą książką Dana Browna, jaką czytałam, były "Anioły i demony", o "Kodzie..." jeszcze nie było głośno. Przyznam, że dla mnie to właśnie moje pierwsze spotkanie z autorem było tym najlepszym, za którego pokochałam jego twórczość. Teraz jedyną nieprzeczytaną, jak dotąd, książką Dana Browna, jest "Inferno". Mam zamiar przeczytać ją jeszcze przed filmową premierą. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)