29 grudnia, 2015

#45 Larwa

Chociaż przygodę z Fowlesem miałam zamiar zacząć od „Maga”, padło na „Larwę”, czyli książkę łączącą w sobie i czerpiącą z wielu gatunków literackich, a jednak tak inną od pozostałych pozycji rynkowych. Ma w sobie coś z kryminału, romansu, biografii tudzież dokumentu, nawet z powieści dygresyjnej lub epistolarnej, dlatego tak ciężko ją określić i ocenić w jakichkolwiek ramach. Dlatego „Larwa” to pozycja jak najbardziej uniwersalna i unikatowa.


Głównym bohaterem „Larwy” jest każdy, po kolei. Wszystkie postaci z osobna otrzymują swoje kilkadziesiąt stron i stają w centrum uwagi, a autor obnaża je przed czytelnikiem, nie dbając o zakrycie ich wstydliwości i intymności. Razem z Fowlesem odbiorca ma niepowtarzalną szansę zanalizować dogłębnie każdy charakter i dokonać autopsji umysłów bohaterów. To, w jaki sposób zostają ukazani, nie pozostawia wątpliwości – Fowles to mistrz charakterologii w swojej dziedzinie. Portret psychologiczny postaci książkowych im bardziej rozbudowany, tym lepiej. Przynajmniej ja ciągle o to zabiegam, ponieważ znajduję największą przyjemność w poznawaniu tych fikcyjnych osobowości, dostrzeganie różnic i podobieństw pomiędzy nimi oraz przyglądaniu się ich relacjom. Ponadto niektóre postaci przechodzą niesamowitą przemianę, zmieniają w sobie niemalże wszystko. Autor w pełni zaspokoił moje zapotrzebowania, a to oznacza, że zrobił to rzeczywiści dobrze.
Jedna bohaterka miała swój szczególny udział w powieści, chociaż pojawiła się dopiero na końcu ostatniego rozdziału, aby zamknąć fabułę. Mimo tego, to głównie w jej sprawie powstała powieść. Mowa o niejakiej Ann Lee, która to miała niemały wpływ na formę i reformę religijną głównie w Anglii w XVIII w. Autor wyjaśnia pokrótce jej rolę  oraz główne założenia, za jakimi manifestowała.
Wydawać by się mogło, że to w ogóle nie leży w gestii powieści, a jednak przez cały czas czytelnik wraz z autorem dąży do odkrycia tajemnicy osoby Ann Lee.

Książka momentami bywa trudna do zrozumienia, ponieważ po pierwsze, mało w niej fabuły samej w sobie, jest opowiadana urywkami, niechronologicznie i z różnych punktów widzenia. Po drugie, bez rozumienia celu powieści, większość tekstu zwyczajnie nie ma sensu. Gdybym wiedziała, przed lekturą zrobiłabym mały research, bo przyznam, że przy czytaniu trochę się męczyłam. Bez znajomości kontekstu „Larwa” jest po prostu… dziwna. Splot różnych niezrozumiałych wydarzeń, pomieszanie rzeczywistości z fantastyką i ludzie, którzy nawet się nie znają, taka mieszanka nie ułatwia zrozumienia powieści. Wszystko staje się jasne w Epilogu, tak więc jeśli zdecydujecie się na tą książkę, polecam Wam zacząć od końca.

Autor w „Larwie” jawnie stawia się za swoimi przekonaniami, zwłaszcza religijnymi. Chociaż Fowles kojarzony jest z ateizmem, to tutaj wchodzi w niebezpieczną sferę sacrum, dotyka religii głównie protestanckiej (ponieważ akcja dzieje się w Anglii), ale również sekciarskiej i wcale nie kryje się z własnymi poglądami. To mogłoby oburzyć katolików, jednakże wystarczy trochę dystansu, tolerancji i, przede wszystkim, umiejętność oddzielenia fikcji literackiej od rzeczywistości. Bo, nie ma co ukrywać, powieść pochwala pogańskie kulty kobiecości i nawiązuje do przekonań sekt, które bazują właśnie na wielkiej roli kobiety we wszechświecie, czyli po prostu zakładają, że Bogiem jest kobieta. Mi osobiście nie przeszkadzają takie tematy, wręcz przeciwnie, uwielbiam wgłębiać się w istotę innych wierzeń i nie traktuję tego jako obrazę.
Chętnych odsyłam do recenzji „Kodu Leonarda da Vinci”, który również traktuje o niemalże o tych samych aspektach, jeśli chodzi o wierzenia, jednak w zupełnie inny sposób.

Poza tym, „Larwa” to powieść o bogactwie i wpływie możnych na funkcjonowanie świata, w tym właśnie różnych religii i powszechnie akceptowalnych „norm społecznych”. Autor łamie te ramy i gwałtownie wkrada się w tematy zakazane. Tabu nie istnieje, Fowles zręcznie i bez skrępowania pisze o nienormalnych zboczeniach seksualnych, nadludzkim pożądaniu i erotycznych obsesjach. Bezpruderyjność niektórych bohaterów raczej nie wprawia w zażenowanie, jedynie uświadamia, jak bardzo ludzkość stara się ukryć, zakamuflować swoje grzeszki. Rodzi się pytanie – po co i przed kim?  

Ze spraw technicznych, ciekawą rzeczą w „Larwie” jest sama forma podania. Jak wspomniałam na początku, łączy w sobie wiele cech z różnych gatunków literackich. Rozpoczyna się jak normalna epika – narracja, akcja, świat przedstawiony itd., potem następuje zupełne zerwanie z taką kompozycją na rzecz wywiadu. Nawet bez wtrąceń typu „rzekła”, „odpowiedział”, „postanowiła”, „płakała tłumacząc się”; mamy tylko pytanie - odpowiedź  - pytanie – odpowiedź. Autor wykorzystał również  formę listu, a na końcu osobiście zwrócił się do czytelników. Ogólnie rzecz biorąc, dość duży miks przeróżnych konstelacji i to także wprowadza chaos w powieści, ale z drugiej strony, mamy do czynienia z ciekawym zabiegiem, bo dzięki temu powieść (albo… czymkolwiek ta książka jest) nie zanudza.

I, żeby tradycji stało się za dość, na końcu kilka uwag o drobnostkach, które nie denerwują nikogo oprócz mnie. Mam zamiłowanie do perfekcji, a poza tym jakieś małe wykroczenia irytują zwykle bardziej niż jedno duże. Tymi „małymi wykroczeniami” stały się częste powtórzenia, które nie do końca wiem jak odbierać. Mam na myśli słowa „sardoniczny” i „dysydentyzm”. W pewien sposób określają istotę bohatera (w pierwszym wypadku) i sensu powieści (w wypadku drugim). Ale można uchwycić ją w inny sposób niż denerwując czytelnika natrętnym wyrazem. Skojarzyło mi się to źle, bo tak samo np. w „Zmierzchu” (o którego wartości literackiej chyba nie muszę mówić) prześladował odbiorców „szelmowski uśmiech” Edwarda.

Na podsumowanie podkreślam, że „Larwa” nie dotrze do każdego. Większe szanse mają ci, którzy z góry wiedzą, o co w ogóle chodzi, ale i to nie stanowi pewnie stałej reguły. Warto zapoznać się z czymś innym, świeżym, bo taka właśnie jest książka Fowlesa – wykorzystuje techniki mniej popularne wśród pozostałych pisarzy, dzięki czemu jego dzieła zasługują na miano niepowtarzalnych i unikatowych. Co do faktu, że są też dziwne, nie zaprzeczę, ale powstaje coś tajemniczo pięknego z tej niezrozumiałości i ekscentryczności.




 To prawdopodobnie moja ostatnia recenzja w tym roku, ale spodziewajcie się jeszcze jednego posta podsumowującego cały rok 2015! 

2 komentarze:

  1. Na sam początek przyznam, że dotąd nie spotkałam się jeszcze z Fowlesem i to w ogóle pierwszy raz kiedy w ogóle o nim słyszę. Generalnie książka wydaje mi się... ciekawa, jednak nie wiem, czy byłaby to dobra lektura dla mnie - z jednej strony, lubię totalnie nie wiedzieć, co autor miał na myśli, a później poczytać sobie jego biografię, by pewne wątki mi się rozjaśniły; tak samo uwielbiam kontrowersyjne tematy. Z drugiej natomiast, preferuję coś, no nie ukrywam, lżejszego, bo to mi nie wygląda na lekturę do poduszki. Hm, myślę, że może jak będę mieć ochotę na coś nietypowego, to po tę książkę sięgnę.
    Co do powtórzeń, może to kwestia tłumaczenia? Albo są to słowa-klucze jak 69-krotne powtórzenie "lalki" w Lalce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, właśnie jak napisałam mogą mieć konkretne znaczenie w kontekście całej książki tudzież biografii Fowlesa, ale nie przyglądałam się temu dokładnie i nie wiem co o tym sądzić.
      Zdecydowanie "Larwa" to nie bajeczka na dobranoc, raz że momentami bywa przerażającą a dwa - czyta się ja stosunkowo opornie.

      Usuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)