28 czerwca, 2015

#16 Animal Farm

„Animal Fram” [„Folwark Zwierzęcy”] przeczytałam w oryginale, chociaż zazwyczaj tego nie robię, ale tutaj akurat zmieniałam swoje przyzwyczajenia, ponieważ, według mnie, warto poznać pierwotną wersję takich klasyków. Zwłaszcza, jeśli nie trzeba przy tym męczyć się z zawiłościami średniowiecznej angielszczyzny. Orwell pisze językiem przystępnym, używa prostych zdań, a fabuła nie jest skomplikowana. Więc jeśli wahacie się, czy sięgnąć po jego dzieła w oryginale - polecam.
Na podstawie opowiadania, zostały nakręcone dwie produkcje – animowana w 1954r., Johna Halasa i Joy’a Batchelora oraz film Johna Stephensona w 1999r. Ten drugi oglądałam dzień po skończeniu książki i w związku z tym, że fabuła była wierną kopią  tej w książce, pozwolił mi po prostu dokładniej zobrazować sobie niektóre wydarzenia. Oprócz tego, w filmie narratorem była suka mieszkająca na farmie, która opowiadała historię ze swojego punktu widzenia, natomiast w książce narracja była bezosobowa oraz bezstronna. Przez to (albo dzięki temu) na niektóre rzeczy parzy się trochę pod innym kątem.


Co do twórczości Georga Orwella – wcześniej miałam do czynienia z „Rokiem 1984”, który znalazł się na mojej elitarnej liście ulubionych pozycji (także na pewno do niego wrócę i po odświeżeniu napiszę recenzję). Gdzieś w mojej szufladzie zalega również esej „England, your England” (polecony mi przez pana Sussa, z którym miałam zajęcia dziennikarskie), ale niestety nie mogę się za niego zabrać. Orwell pisze teksty polityczne, często zakładając na znane osobistości maski fikcyjnych bohaterów. W przypadku „Animal Farm” politycy stali się… świniami. Dosłownie i w przenośni. Właściwie cały polityczny obszar państwa został przekształcony w folwark.
Zadziało się to, gdy na farmie swoich ostatnich dni dożywał jej najstarszy mieszkaniec – Major. Knur podzielił się ze swoimi przyjaciółmi przemyśleniami. Opowiadał, że zwierzęta są wykorzystywane przez ludzi do niewolniczej pracy, podle karmione i znieważane podczas gdy człowiek opływa w luksusach i raczy się alkoholem. W związku z tym, aby utrzymać gatunek zwierzęcy na przyzwoitym poziomie poprosił mieszkańców „Manor Farm” [„Folwarku Dworskiego”], aby pilnowały swojej godności, szanowały siebie nawzajem i nie upodobniały się do człowieka. Nauczył zwierzęta piosenki rewolucyjnej i tym samym rozpoczął ruch mający na celu zrównanie wszystkich zwierząt i obalenie panowania ludzi. Zaraz po swojej uroczystej przemowie, Major został postrzelony przez Jones’a – właściciela folwarku.
Po śmierci najstarszego, zwierzęta mogły wybrać – iść jego śladami i przeprowadzić rewolucję lub zaniechać jej zanim na dobre się zaczęła. Świnie, jako najbardziej rozumne i trzeźwo myślące, podjęły decyzję buntu.

Cała akcja, która miała miejsce po tym zdarzeniu do bólu przypominała wszystko to, co działo się po II wojnie światowej w większości krajów wschodnich. Samowolne przejęcie władzy, zwalczanie opozycjonistów, potem przekształcanie i nadinterpretacja własnego kodeksu. Myślę, że nawet imię głównego dowodzącego po Majorze nie było przypadkowe. Na myśl przychodziło mi przede wszystkim ZSRR, chociaż w filmie wychwyciłam jeszcze kilka innych, mało znaczących podobieństw np. do III Rzeszy (chociaż to miało miejsce troszkę wcześniej). Jeden z drugoplanowych bohaterów, wyglądem zdradzał zadziwiające podobieństwo do Hitlera. Myślę, że chodziło głównie o ukazanie dyktatury jako takiej, a nie tej jednej konkretnej, która miała miejsce w latach 1922-1989.

Każde ze zwierząt przedstawiało odmienny stosunek do folwarcznej polityki, zupełnie jak ludzie – niektórzy wobec idei pozostają bierni, inni oddają się jej całym swym sercem i ciałem, niektórzy otwarcie starają się ją zwalczać, a jeszcze inni, mimo że jej nie popierają, nie chcą się wychylać ze swoimi poglądami. Przykładowo – owce nie rozumiały wiele z elokwentnych przemówień świń, jednak grzecznie i zgodnie powtarzały za przywódcą każde hasło.

„Two legs good, four legs Bad!”

Z kolei koń Boxer po przewrotach politycznych zmienił się nie do poznania. Pracował wydajniej, nie narzekał i wydawał się być bardziej zadowolony i spełniony.

„I will work harder!”

Fabuła tak naprawdę skupia się głównie na działaniach przywódcy oraz reakcjach zwierząt, jednak nie jest monotonna, ponieważ wszystkie zachodzące zmiany ulegają gradacji. Zaczynając właściwie od zera, mieszkańcy folwarku budują swoje małe państwo, a potem robią wszystko, aby ulepszyć jego funkcjonowanie. Czasem im się to udaje, czasem nie, ale żadne działanie nie pozostaje bez związku z kolejnymi częściami opowiadania. Każdy czyn ma swoje skutki w dalszej lub bliższej przyszłości i, niekiedy mimo usilnych starań, nie ma możliwości „zamiecenia ich pod dywan”.

„But still it was not for this that she and all the other had hoped and toiled. It was not for this that they had built the windmill and faced the pellet’s of Jones’s gun.”

Jeżeli chodzi o kwestie „techniczne”, to to, o czym wspominałam już na początku – proste zdania, a co za tym idzie, wartka akcja. W opowieści nie napotykamy większych zawiłości, pojawia się jedynie w zakończeniu. Jednym słowem – minimalizm. Między innymi dzięki temu książka jest taka króciutka, na jeden czy dwa wieczory. To też lubię w Orwellu – potrafi zmieścić maksimum informacji w minimum słów. Bez zbędnego błądzenia po pobocznych wątkach, niestrudzenie kieruje czytelnika do celu najprostszą drogą, aby doprowadzić go do ostatecznej konkluzji. Przedstawia sytuację zupełnie bezosobowo, dzięki czemu owa konkluzja nie będzie jednoznaczna i oczywista, a skoro zakończenie buduje ostateczną ocenę całości akcji, to czytelnik ma niemały wpływ na zawartość merytoryczną tekstu.

„All Animals are equal but some animals are more equal than others.”

Książka bardzo mi się podobała, w moich oczach zyskała przede wszystkim licznymi aluzjami i symbolami. Nie była to powierzchowna, prosta opowiastka o rewolucji na farmie, ale ukazanie faktycznych problemów politycznych, a przede wszystkim społecznych, w świecie, w którym żył autor. Przy „Animal Farm”, mimo prostego języka, trzeba jednak wytężyć umysł, ponieważ bez naszego wkładu, historia nie będzie miała żadnego znaczenia.




21 czerwca, 2015

#15 Zaciszny Zakątek

Po dłuższej przerwie wracam do Was z nową recenzją – „Zaciszny Zakątek” Agaty Kołkowskiej. Szczerze mówiąc, ostatnio bardzo się rozleniwiłam z czytaniem książek i rozwlekam każdą w czasie. Aktualnie czytam trzy na raz („Baśnie braci Grimm bez cenzury”, „Animal Farm” oraz „Żyć, nie umierać”), trochę jednej, trochę drugiej, ale jakoś nie mogę się skupić. Może to kwestia pogody i, przede wszystkim, tego przedwakacyjnego klimatu.
„Zaciszny Zakątek” zakupiłam na Warszawskich Targach Książek, o połowę taniej i z autografem oraz pozdrowieniami od autorki J. Zależało mi szczególnie na tej właśnie pozycji, gdyż wcześniej zetknęłam się z jej najbardziej znaną książką - „Płótnem”. Niesamowicie mi się spodobała łagodność stylu autorki, a za razem wyrazistość emocji bohaterek. Kołakowska pisze głównie o kobietach, z różnych kręgów i klas społecznych. Opisuje ich przemiany, rozterki, przemyślenia. Tak postąpiła też tutaj.

Na luksusowe osiedle wprowadza się młode małżeństwo - Marta i Jacek Cieślakowie. Nie do końca jednak wpisują się w ramy otoczenia, gdyż, w przeciwieństwie do sąsiadów, obydwoje muszą ciężko pracować, aby spłacić zabójczy kredyt za wygodne lokum. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy Marcie odebrana zostaje, do tej pory bezpieczna, posada w banku. Po przejęciu firmy przez hiszpański koncern, kobieta zaczyna szukać nowej pracy, aby wspomóc męża. Tymczasem w Zacisznym Zakątku czas przepływa nieśpiesznie, jak zwykł czynić w domach sąsiadek. Mimo różnic, Marta szybko osiąga przyjacielskie stosunki z Sabiną, Pauliną i Małgorzatą, a Jacek po wieczorku zapoznawczym łapie dobry kontakt z ich mężami.

Podstawową składową fabuły jest jej wielowątkowość. Książka z pewnością nie nudziła, ponieważ Agata Kołakowska nie zastosowała w niej, chyba najpopularniejszej wśród pisarzy, struktury problemu wiodącego. Wątków naliczyłam wiele – samobójcza śmierć byłej lokatorki jednego z domów na osiedlu; styl życia żon zamożnych mężczyzn; problem małżeńskie; wielowymiarowość szczęścia, czy miłości; choroby psychiczne, w tym duża rola chorób cywilizacyjnych. Naprawdę można wyliczać i wyliczać, nie sposób wybrać tego najważniejszego. Chociaż po zastanowieniu uznałam, że każdy sprowadza się nie tyle do pieniędzy, ile do stylu i jakości życia danej klasy społecznej i tegoż konsekwencje. W pewnym momencie bowiem, wydarzenia przybierają zupełnie nieoczekiwany tok i wszystko nabiera innego znaczenia.


Jak zaznaczyłam na początku, Agata Kołakowska zachwyca stylem pisania. Najbardziej urzekła mnie aura kobiecości unosząca się w każdym akapicie, w każdym zdaniu, stanowiąca pewnego rodzaju esencję, nadającą smak i koloryt, czy też tło bazowe, które pozostałym elementom powieści, takim jak fabuła, bohaterowie, nadaje ten niepowtarzalny wydźwięk. Subtelność przejawia się między innymi w słownictwie zarówno narratora, jak i bohaterów. W „Zacisznym Zakątku” nie bark barwnych epitetów, zabawnych porównań i metafor. W pewnych momentach funkcja poetycka tekstu zaczyna nawet dominować, przy czym nie zanika funkcja informacyjna. Fabuła jest klarowna i przejrzysta, chociaż wiele w niej punktów zwrotnych i wtrąceń. Często pojawiają się retrospekcje i wspomnienia, ale nie pozostają one bez wpływu na całość. Jako przykład mogę przywołać tą część, gdzie Grzegorz Stawski wspomina swoje dzieciństwo, opowiada w jakim środowisku musiał się wychowywać i kto był dla niego wzorem. To stanowi dla czytelnika uzasadnienie wyboru zawodu oraz, co ważniejsze, wyjaśnia jego aktualny sposób myślenia i postępowania.

Wielką zaletą są bohaterowie „Zacisznego Zakątka”. Już w „Płótnie” autorka zdobyła moje serce wykreowanymi postaciami, natomiast podczas lektury tej książki, moje zdanie o jej talencie jeszcze się utwierdziło. Postaci stworzone przez Agatę Kołakowską są perfekcyjnie dopracowane. Każda z nich wyróżnia się pewnymi cechami charakteru, jest w pewnym sensie karykaturą danych zachowań czy typów ludzi, ale żadna z nich nie jest sztuczna, po prostu przedstawia szablonowe postępowanie niektórych jednostek. Takie charaktery dobrze znamy z własnego otoczenia, dlatego bohaterowie powieści są nam bliscy. Chociaż osobiście nie znalazłam ulubionej postaci, prawie z każdą miałam coś wspólnego, jak i coś, co nas różniło. Gdybym miała się z kimś utożsamić, najprędzej byłby to Grzegorz Stawski, mąż Pauliny (przy okazji mojej imienniczki). Zaimponowała mi jego pasja do zawodu oraz droga i przemiany, jakie przeszedł, aby stać się człowiekiem szanowanym i dumnym z siebie. Poza tym, podobnie jak Grzegorz, w swoim życiu doświadczyłam paraliżującego strachu i poczucia zagrożenia, z czego wiem, jak mógł się ów bohater czuć, kiedy Coś unieruchamiało go zanim wyszedł z pokoju, nie pozwalało wykonywać zawodu ani nawet podstawowych czynności życiowych.

„Przez pozory wiele osób się gubi. Myślę sobie nawet, że pozory to choroba, na którą wciąż nie znaleziono szczepionki.”

Najmniej polubiłam Martę, po jakimś czasie jej zachowanie zaczęło mnie irytować. Zwyczajnie za dużo było w niej bezradności. Przedstawiała obraz zagubionej kobietki, sierotki-Marysi i za dużo czasu poświęcała skupiając się na swoich koleżankach, przez co nie dowiedziałam się nic o jej życiu poza Zacisznym Zakątkiem i czwartkowymi herbatkami. Oczywiście nie wpływa to w żaden sposób na wartość powieści, gdyż w cechach dobrzej książki wyróżniam to, że znajduję postaci które lubię, oraz takie, które mnie irytują.

Niestety, zauważyłam też jedną wadę, raczej mało znaczącą w kontekście perfekcyjnego zestawienia pozostałych elementów książki. Historia została opowiedziana z czterech punktów widzenia, każda mieszkanka Zacisznego Zakątka miała swoje pięć minut. Paulina, Sabina, Małgorzata oraz Marta wypowiadały się po kolei, po jednej części następowała druga, należąca już do innej bohaterki. Fragmentaryzacja opowiadania nie wpłynęła na jego korzyść, wręcz przeciwnie, zakłócało spójność, zawieszało akcję i troszkę wybijało z rytmu.


Już drugi raz sięgnęłam po pozycję Agaty Kołakowskiej i po raz drugi jestem z tego bardzo zadowolona. Mimo że autorka specjalizuje się w beletrystyce, to nie można o jej utworach powiedzieć, ze są „łatwe” (bo szybkie i przyjemne owszem). Umieściłabym je raczej między tymi pozycjami „do przemyślenia”. Przy historiach, jakie udostępnia nam Agata Kołakowska należy pomyśleć, zastanowić się chwilę, chociaż czyta się je błyskawicznie, bo naprawdę wciągają. Jestem pewna, że to nie było moje ostatnie spotkanie z twórczością autorki, z wielką chęcią sięgnę po jej kolejne powieści. Polecam Wam, jak najbardziej. Wszystkim, nie tylko kobietom. Jestem ciekawa, jak mężczyźni odbierają tego typu literaturę.



14 czerwca, 2015

#14 Corpus delicti

„Człowiek, który nie dąży do zachowania zdrowia, nie staje się chory, lecz już nim jest.”

„Corpus delicti” – z łaciny przestępcze, zbrodnicze ciało oraz tytuł książki autorstwa niemieckiej pisarki Juli Zeh. Świat przedstawiony to antyutopia z widocznym nawiązaniem do tej w „Roku 1984” Orwella, jednak z kilkoma różnicami.
Główna antynomia obydwu utworów to pryncypia, którymi kieruje się władza, a za tym cały naród. Dla tych, którzy nie czytali (przy okazji namawiam gorąco do uczynienia tego jak najszybciej)„Rok 1984” przestawia jedynego i niezaprzeczalnego (choć być może wyimaginowanego) władcę – Wielkiego Brata. Natomiast jego marionetkowy rząd to karykatura skrajnej komuny. Za „hasło przewodnie” obrali sobie słowa „Wojna to pokój. Wolność to niewola. Ignorancja to siła”. Natomiast w „Corpus delicti” niepodważalną prawdą wyznawaną przez METODĘ jest czystość, sterylność i zdrowie. „Zdrowie to normalność” – widnieje jako pierwsze zdanie w preambule do konstytucji.

W obywatelskich obowiązkach wobec państwa zawiera się składanie comiesięcznych raportów o zdrowiu oraz uprawianie sportu. Zakazane zostały wszelkie używki – nikotyna, kofeina, teina (nie można pić nawet herbaty). Ludziom za jedzenie służą białka, czy węglowodany w tubkach. Wyobrażacie sobie taki świat? Odebranie wszelkiej przyjemności, twierdzenie, że usatysfakcjonowanie i zadowolenie jest możliwe tylko dzięki działaniu na rzecz METODY. I to wszystko ze względu na „podtrzymanie humanitaryzmu”. Gdzie tutaj widać humanitaryzm?

„Nauki przyrodnicze rozwiązały wielowiekowy związek między człowiekiem, a tym, co nadludzkie. Dusza, latorośl tego związku, została oddana do adopcji. Pozostało ciało, które czynimy ośrodkiem wszystkich naszych usiłowań. Ciało jest dla nas świątynią i ołtarzem, bożkiem i ofiarą. Zostało uświęcone i zniewolone. Ciało to wszystko. Ewolucja nieuchronnej logiki.”

Cała wizja antyutopii tak naprawdę została przekazana świetnie, niestety nie miałam pewności, co do tego, czy autorka uważa, że do tego faktycznie zmierza ludzkość, czy w swojej głowie stworzyła świat równoległy. Z punktu widzenia socjologicznego, geograficznego, czy jakiego tam jeszcze, realizm raczej nie będzie tak wyglądał, zwłaszcza w 2. połowie XXI wieku (wtedy dzieje się akcja). Chociaż można też przyznać, że to tylko karykatura przyszłości.
I tutaj zalety się kończą (chociaż ciężko i to uznać za zaletę, ale coś dobrego napisać musiałam). Postaci to jedno wielkie nieporozumienie. Nie rozumiem, nie potrafię, po prostu NIE ŁAPIĘ logiki tych ludzi. Zaczynając od głównej bohaterki – deklaruje się jako zwolenniczka METODY, jednak robi wszystko, aby wyjść przeciwko niej – pali papierosy, nie składa badań, nie uprawia sportu, ucieka w miejsca nieobjęte ochroną dezynfekcyjną. Ale nadal utrzymuje się przy zdaniu, że pochwala system i mówiąc to, nie kłamie.

„Nikt nie potrafi zrozumieć tego, co przeżywam. Nie rozumiem tego nawet ja sama. Gdybym była psem, szczekałabym sama na siebie, nie pozwalając sobie podejść bliżej.”

Jej brat – Moritz również stał się dla mnie niepojętym istnieniem. Ten akurat przedstawiał obraz zagorzałego i konserwatywnego przeciwnika władz. Robił wszystko, aby im przeszkodzić, łamał wszelkie zasady. Ale dlaczego? To byłoby zrozumiałe, jeśliby oświadczył, co w METODZIE mu nie pasuje, jednak on uzasadnia to swoją wolnością. Nie należy Nawet do żadnej partii opozycjonistów, gdyż, jak i jakakolwiek inna organizacja, ograniczyłaby jego człowieczeństwo. Czytając jego wypowiedzi miałam nieodparte wrażenie, że buntuje się jak rozkapryszony nastolatek – dla samej zasady i bez żadnego celu. Co do bohaterów drugoplanowych, nawet nie do końca wiedziałam, w jakiej „roli” zostali obsadzeni. Czy są przeciwnikami, czy zwolennikami, w czyjej sprawie działają? Na te pytania, mimo usilnych starań, nie znalazłam odpowiedzi.
Autorka zaprzecza sama sobie, a dokładniej rzecz biorąc, wypowiedzi bohaterów są ze sobą zupełnie niezgodne. Wplatanie na siłę filozoficznych rozmyślań, wzniosłe i patetyczne dialogi, zupełnie nie na miejscu, to wszystko przeszkadza w odbiorze i okropnie przeszkadza w rozumieniu powieści. Zwłaszcza sprzeczne wnioski, do których ciągle dochodzi Mia. W pewnym momencie zaczęłam się modlić w duchu, żeby nie doszło do konfrontacji Mia-Kramer (nie dowiedziałam się, kim był Kramer…) – niespełnionych poeto-filozofów.

„Jak można znieść to, że mózg, jedyny nasz instrument postrzegania i rozumienia, składa się z tych samych cegiełek jak wszystko co widzimy i rozumiemy? Co to niby jest (…), materia gapiąca się sama na siebie?”

Zakończenie odebrało mi resztkę wiary w autorkę, ponieważ było beznadziejnie banalne. Nie użyłabym tutaj słowa „przewidywalne”, ale uważam, że Juli Zeh poszła po linii najmniejszego oporu. Na deser otrzymałam coś, co nijak pasuje do sedna problemu, nie wyjaśnia niczego i pozostawia mnie zirytowaną, zniesmaczoną i ogólnie w nieprzyjemnym nastroju.
Muszę, ze smutkiem, stwierdzić, że dałam się zwieść okładce (piękna) oraz opisowi (bardzo intrygujący), ale książkę umieszczam na drugim miejscu wśród najgorszych w tym roku (na pierwszym znajduje się „Nic” Dawida Bieńkowskiego). Nie traćcie czasu, nie czytajcie jej, jeśli nie jesteście masochistami.


12 czerwca, 2015

#13 Dziennik Bridget Jones

„Dziennik Bridget Jones” Helen Fielding to pełna humoru oraz dramatów mniejszych i większych książka w postaci pamiętnika głównej bohaterki. Na podstawie powieści w 2001r. przez Sharon Maguire został wyreżyserowany film o tym samym tytule. W roli Bridget obsadzono Renée Zelweger, chociaż ja, nie wiem czemu, czytając książkę, przed oczami miałam Jennifer Lawrence. Pozycja znalazła się na 68. miejscu zestawienia 100 książek, które trzeba przeczytać według BBC.
Akcja toczy się przez równy rok – od 1 stycznia do 31 grudnia. Na ten czas czytelnik zmienia swój punkt widzenia na rzecz poglądów głównej bohaterki i jednocześnie narratorki. Bridget to trzydziestoparoletnia kobieta uzależniona od papierosów i Krwawej Mary, wiecznie na diecie i wiecznie samotna, chociaż zarówno jej rodzina jak i część znajomych stanowczo naciska na nią, aby w końcu sobie kogoś znalazła. Niestety dla niej nie jest to zbyt łatwe i pozostaje w sferze przelotnych związków z „emocjonalnymi popaprańcami”, którzy porzucają ją bez wyrzutów sumienia.

Od strony „technicznej”, jak mówi sam tytuł, książka ma postać dziennika, ale nie przeszkadza to absolutnie w stworzeniu fabuły. Każdy rozdział poprzedza informacja:

„16 MARCA, CZWARTEK
57,5kg, jedn. alkoholu: 2, papierosy: 3(bdb), kalorie: 2140 (ale gównie owoce), minuty poświęcone na układanie listy gości: 237 (źle)*”



Ponieważ główna bohaterka wypiera się braku kontroli swojego życia i obsesyjnie liczy wszystko, co się da, aby nie stracić władzy do ostateczności. I nawet te informacje wprowadzają niekiedy odrobinę humoru. Komiczny jest także sposób myślenia Bridget – karykatury samotnej kobiety po trzydziestce. Wszystko co robi wydaje się pozbawione jakiejkolwiek logiki, nawet dla niej, ale sposób, w jaki Fielding to opisała sprawia, że to nie irytuje, a bawi.
Co do fabuły – według mnie bardzo dobrze odwzorowuje klimat, w jakim ma być utrzymana historia, ponieważ została stworzona z zamysłem przedstawienia realizmu życia kobiety. Rok to i dużo i mało, wiele się zmienia wokół postaci, a w niej samej tak naprawdę pozostają wciąż te same przekonania, słabości i opory. Akcja nie kumuluje w sobie zaskakujących zwrotów co rozdział, ani zmian w bohaterach, zewnętrznych czy wewnętrznych, za to stąpa ostrożnie i bez pośpiechu po kartkach. Życie Bridget toczy się powoli, mimo usilnych starań bohaterki wcale nie daje się ujarzmić i również spokojnie unosi się na falach przeznaczenia lub przypadku – losowo. Chociaż może się tak wydawać – główna bohaterka wcale nie przedstawia obrazu nędzy i rozpaczy, oczywiście ma też swoje mocne strony. Robi karierę w wydawnictwie, ma dobre stosunki ze swoim szefem, ale co z tego później wynika przekonacie się sami. Obraca się też w gronie zaufanych i wyrozumiałych przyjaciół, którzy zawsze służą jej swoją pomocą.


Helen Fielding ma talent pisarski – udało się jej mnie rozbawić i zaskoczyć, poza tym w niektórych aspektach widziałam w Bridget trochę siebie. Koncepcja postaci narratorki wymagała, aby słownictwo było proste, bezpruderyjne, czasem wulgarne. Perfekcyjnie pasowało do postaci. Główną zaletą „Dziennika Bridget Jones” wydaje mi się być jej długość. Z całym szacunkiem, ale czytało się ją dobrze i krótko oraz dobrze, bo krótko. W moim absolutnie rozkosznym wydaniu z okładką w biedroneczki pamiętnik miał 233 strony. Uważam, że gdyby fabuła ciągnęła się dalej, ewidentnie na siłę, nie polubiłabym książki tak bardzo, bo byłabym nią zmęczona. Niestety do wad zalicza się główna postać, ponieważ wybitnie nie przypadła mi do gustu. Chociaż (jak pisałam wcześniej) mamy cechy wspólne, to mimo tego, sporo nas różni, a niektóre jej zachowania przyprawiały mnie o mdłości. Dla przykładu: zakładanie czarnej minispódniczki z lycry, aby rozkochać w sobie szefa. Po przełożeniu na świat realny oraz w zestawieniu z innymi „dysfunkcjami” Bridget, uznałam, że bardzo jej nie lubię.

Czytając między wierszami, nie sposób nie zauważyć tutaj bardzo ważnej cechy, mianowicie kwestii feminizmu. Jedna z przyjaciółek Bridget – Sharon przedstawia typowy obraz „kobiety wyzwolonej”. Uważa, że już za 50 lat gospodarstwa domowe będą zdominowane przez kobiety, a mężczyznom nie przyjdzie do głowy zanegować ich zdania. Według niej, żaden osobnik płci męskiej nie jest wart porzucenia równowagi wewnętrznej kobiety… I tego typu poglądy, dość radykalne. Główna bohaterka natomiast przedstawia mniej skrajny obraz emancypantki, wykorzystując to tylko czasem jako wytłumaczenie dla swojej samotności po trzydziestce.
Podsumowując, polecam jeśli macie w planach przeczytanie wszystkich pozycji z listy BBC lub jeśli macie ciągoty feministyczne/ jesteście po zerwaniu i uważacie, że „wszyscy mężczyźni to egoistyczni więźniowie własnych popędów”. Nie polecam, jeśli aspirujecie do ambitnych powieści. Książkę uznam za dobrą, zważając przede wszystkim na kwestię emancypacyjnej rewolucji i niekonwencjonalną budowę (co się wiąże z ciekawym pomysłem).

* - Bridget akurat przygotowywała przyjęcie urodzinowe


11 czerwca, 2015

#12 Pornografia

„Nad materialnym potokiem faktów unosiła się sfera mistyczna akcentów i znaczeń, jak blask słoneczny nad wirem wodnym.”

Witold Gombrowicz to niezaprzeczalnie klasyk polskiej literatury, jego najbardziej znane dzieło to „Ferdydurke”, do którego przeczytania przymierzałam się już od jakiegoś czasu, ale w związku z tym, że w bibliotece nie mogłam go wytropić, znalazłam substytut w postaci „Pornografii”.
Niech tytuł Was nie szokuje, jeśli czytaliście jakąś powieść Gombrowicza, wiecie, że nie ma w nich ostentacyjnego naturalizmu i bezpruderyjności, chociaż aluzji do erotyzmu nie brakuje. Autor zdołał ująć je w tak subtelny sposób w taki sposób, że nie czujemy się oburzeni ani skrępowani. Na swój sposób te metafory były urocze.


Akcja dzieje się podczas II wojny światowej. Historia traktuje o dwóch panach w wieku średnim, którzy wyjechali w sprawach po trosze służbowych na wieś do znajomego. Poznają jego rodzinę, w tym córkę – Hanię, jednocześnie narzeczoną Wacława. Oboje młodzi, ambitni i inteligentni, zwiastują udane małżeństwo. Jednak we wsi znajduje się także Karol, przyjaciel Hani z dzieciństwa. Ani ona do niego, ani on do niej nic nie czuje, tym bardziej, że dziewczyna planuje już ślub. Jednak gdy Fryderyk i Witold zjawiają się we wsi, ze wszystkich sił próbują ich ze sobą zeswatać. Nie mają wątpliwości co do tego, że Karol i Henia pasują do siebie jak dwie krople wody, więc inicjują przeróżne sytuacje, aby ich do siebie zbliżyć.
Cała ta sytuacja sama w sobie jest komiczna, bo wzajemny romans przyjaciół jest bezpodstawnym wymysłem mężczyzn, ich starania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów, oni wysilają się jeszcze bardziej traktując zespolenie młodych jako swoją misję życiową.

„Zawsze wiedziałem, ze coś takiego mnie czeka. Ja jestem Chrystus, rozpięty na 16-letnim krzyżu. Do zobaczenia na Golgocie!”

W domu pojawia się również postać żołnierza AK, bardzo kłopotliwa dla całej rodziny z powodu znajomości ich tajemnicy. Domownicy szykują plan, aby nie narazić się na niebezpieczeństwo wydania sekretu do szerszych kręgów  (w końcu członek organizacji podziemnej ma pewne wpływy) i uciekają się do ostateczności. Postanawiają go zabić. Gombrowicz zręcznie scala te dwa wątki – miłosna intryga „wielkiej czwórki” (Fryderyk, Witold, Hania i Karol) oraz kwestia problematycznego niespodziewanego gościa łączą się ze sobą w sposób gwałtowny i szokujący.
Największym atutem powieści jest ta otoczka mistyfikacji. Czytelnikowi udziela się pogląd pierwszoosobowego narratora, Witolda, i ma wrażenie, że nic nie jest przypadkiem. To, że glista pojawiła się między Karolem i Hanią, a oni ją rozdeptali – to na pewno przeznaczenie! Przecież rozdeptali ją wspólnie. Ona ich połączyła… Wydaje się bezsensowne, ale kwintesencja świata postrzeganego przez głównych bohaterów tkwi właśnie w takich drobnostkach. Absolutnie rozkoszne.

„Każda błahostka nabierała wagi, naładowana jego osobowością, jego przeżyciem, jego świadomością.”

Za głównym problemem kryje się alegoria co do państw podczas II wojny światowej oraz polskiego państwa podziemnego. To zaznacza Gombrowicz na wstępie. Niestety, ze sprawdzianu z okresu wojny dostałam 2, więc nie mogłam zapewne odkryć całego kunsztu historii i postaci. Szkoda (pamiętajcie, uczcie się do historii, żeby w pełni czytać Gombrowicza, Orwella i Simmons!). Przykładowo gościna żołnierza w domu odnosi się do działalności polskich nielegalnych organizacji wojskowych. W związku z tym radzę się w powieść NAPRAWDĘ wczytać, wtedy macie szansę wyciągnąć z niej jeszcze więcej. Zresztą i tak będziecie do tego zmuszeni, gdyż nie sposób przejść przez liczne dygresje, alegorie i aluzje Gombrowicza nie skupiając się na tekście.
Gdybym miała określić fabułę, przytoczyłabym treści przedstawiane w argentyńskich nowelkach. Dwójka ludzi, rozpad ich miłości, romans z przyjacielem z dzieciństwa, dodatkowe komplikacje w postaci potencjalnego zdrajcy… Jednak Gombrowicz zrobił z „Pornografii” sztukę. Ze słowem radzi sobie bardzo dobrze, wydaje mi się, że miał niesamowitą zdolność obserwowania świata oczami człowieka wrażliwego i, przede wszystkim, spostrzegawczego, kiedy tworzył tą powieść.
Polecam tak naprawdę każdemu, chociaż zastrzegam, że, wbrew pozorom, które stwarza zarys fabuły, nie jest to książka „łatwa”. Tutaj powinno się wejść między kartki całym sobą, a nie nieśmiało jedną nóżką.






08 czerwca, 2015

#11 Pewnego dnia, w grudniu

Martyna Ochnik , autorka powieści, z wykształcenia jest biologiem, z zawodu kobietą udomowioną. Pisze w wolnych chwilach i wychodzi jej to całkiem efektownie. Na książkę natrafiłam w bibliotece, przeszukując półkę z nowościami. Zawsze to robię, kiedy nie mam inspiracji czytelniczych i, szczęśliwie, jakimś sposobem zawsze trafiam na takie tomy, które w danym momencie mi bardzo odpowiadają. Po prostu jestem typem czytelnika, który nie planuje i idzie na żywioł.

„Polcia to dobre dziecko było. Ale trochę dziwna. Tak jakby nikogo nie potrzebowała.”




Historia Poli, opowiadaną przez jej ciocię, macochę oraz dwójkę przyjaciół, została przedstawiona od momentu poczęcia bohaterki do jej tajemniczego zniknięcia. Powoli, rozdział po rozdziale, poznajemy szczegóły z jej życia, dowiadujemy się więcej o życiu szkolnym, potem służbowym i prywatnym. Mimo że posiadamy już tyle informacji, nadal nie możemy rozwiązać zagadki – kim tak naprawdę Pola była, ponieważ jej postać kryje wiele tajemnic, np. w jaki sposób udaje się jej poruszać przedmiotami bez użycia rąk i dlaczego nic nie mówi. Cicha, ułożona, miła dziewczynka została zupełnie sama i nieśmiało szuka swojej drogi życiowej. Cała mistyczność naszej głównej bohaterki fantastycznie wprowadza w nastrój i wieloznaczność książki. Wielkie tajemnice oraz wartka akcja nie pozwalają nam oderwać się od kolejnego rozdziału. Autorka ma lekkie pióro i cudownie czyta się jej historię niesamowitą, a jednak bardzo człowieczą, bo tak naprawdę to wszystko się dzieje. Niby nie wokół nas, ale mimo wszystko codziennie i wszędzie.
Co do minusów, to nie podobał mi się pomysł z pokazaniem całej historii jako artykułu pisanego przez dziennikarkę. Historia Poli wpleciona jest w rozdziały dziejącymi się w czasie właściwym – dziennikarka pokazuje szefowi swoje dzieło. Opis całego spotkania dwóch postaci trochę rozprasza, nie pozwala się skupić na głównym problemie. O ile zamysł to urozmaicenie fabuły (zupełnie niepotrzebne), to efekt minął się z celem. Podobną konstrukcję przedstawił Stephen King w „Zielonej Mili”, jednak tam wątki życia piszącego rozbudowywały nasz punkt widzenia, a tutaj zostały wrzucone niepotrzebnie i tylko gmatwają w głowie.
Chętnie przeczytam inne pozycje Martyny Ochnik, ponieważ przypadł mi do gustu jej styl – dużo metafor, a literatura w jej rękach nie poprzestaje na byciu literaturą, ale pozwala sobie na odwiedziny innych dziedzin (np. biologia – wyraźnie widać zainteresowanie autorki tym tematem). Polecam na spokojne i słoneczne chwile, kiedy możecie bez wyrzutów sumienia zatopić się w lekturze, bo ja dla „Pewnego dnia, w grudniu” porzuciłam naukę do sprawdzianu całorocznego z historii, co może mieć niemiłe skutki. Mimo tego, chyba było warto ;)


02 czerwca, 2015

#10 Cień wiatru

„niewiele rzeczy ma na człowieka taki wpływ, jak pierwsza książka, która od razu trafia do jego serca”


„Cień wiatru” to pierwsza część cyklu „Cmentarza zapomnianych książek”, napisana przez Carlosa Ruiza Zafóna w 2001r. Chociaż jest stosunkowo „młoda”, to zdobyła ogromną popularność zarówno wśród młodszych, jak i starszych czytelników z wygórowanymi wymaganiami wobec autora, a także tych, dla których ważne jest tylko to, żeby „książka się dobrze czytała”.
Akcja toczy się na przestrzeni dwudziestu dwóch lat, od momentu kiedy Daniel w wieku dziesięciu lat zastaje wprowadzony przez ojca w magiczny, nieprzenikniony, w pewnym sensie także groteskowy, chociaż bez wątpienia cudowny świat książek. 
Chłopiec znajduje się w „bibliotece” z pozycjami, o których nikt nie pamięta, one zostały porzucone i zebrane w to jedno miejsce. Może wybrać jedną z nich, aby zaadoptować ją na całe życie. Daniel długo błądzi wśród niekończących się korytarzy i półek, aż znajduje „Cień wiatru” Juliana Caraxa.


„I może ta myśl lub przypadek, czy też los, powinowaty przypadku, sprawiły, że w tej samej chwili już byłem przekonany i właśnie wybrałem książkę do adopcji. A raczej książkę, która mnie usynowi. Wystawała niepozornie ze skraju jednego z regałów, oprawiona w skórę barwy czerwonego wina, i wyszeptywała swój tytuł złotymi literami płynącymi w spływającym spod kopuły świetle.”

Po przeczytaniu jej, Daniel stwierdza, że jest wspaniała i postanawia przeczytać więcej pozycji tego autora. Dowiaduje się jednak, że na świecie został tylko ten egzemplarz, a reszta spłonęła. Utrzymały się jedynie pojedyncze wydania, jednak bardzo trudno do nich dotrzeć. Dla kolekcjonerów, i nie tylko, mają wielką wartość. Nikt nie potrafi powiedzieć, dlaczego reszta tomów spłonęła, ani co stało się z samym Julianem Caraxem. Daniel postanawia podążać za nikłym śladem, aby odkryć tajemnicę pisarza i jego powieści.
Książkę można zakwalifikować do kilku gatunków, np. książka przygodowa, romans, horror, ale dla mnie to będzie po prostu (lub AŻ) książka Zafóna. Jego dzieł nie da się określić w żaden bliższy sposób, bo charakteryzują się przede wszystkim niepowtarzalnością i oryginalnością. Na razie nie spotkałam drugiego autora, który tak by mnie ujął, jak właśnie Zafón. Od momentu skończenia „Więźnia nieba” moim celem i marzeniem stało się przeczytanie wszystkich jego pozycji.
W tą powieść trzeba się wczytać. Nie wolno pominąć żadnego zdania, po pierwsze dlatego, że byłoby to marnotrawstwo wielkiego talentu autora, a po drugie, w tej historii żadne słowo nie pojawia się bez powodu. Cała fabuła, zagmatwana i skomplikowana, składa się z tych pojedynczych zdań, które tworzą piękną całość. Każdy zwrot akcji, czyn danej postaci, przedmiot pojawiający się na wystawie sklepu, został dokładnie przemyślany, a potem napisany metaforami, niekonwencjonalnymi epitetami i hiperbolami przez autora.  Niech was nie zniechęca trudna fabuła! Połapiecie się bez problemu, ponieważ Zafón, jako mistrz pióra, wie, czego potrzebuje czytelnik. My nie musimy się martwić, że w książce będzie nam niewygodnie, autor przygotował dla nas prawdziwą ucztę słowa, możemy bez skrępowania rozsiąść się w świecie przedstawionym, zostaniemy obsłużeni przez gospodarza jako goście honorowi.
Według mnie, największym atutem w tej powieści jest język. Carlos Ruiz Zafón to, moim zdaniem, geniusz literacki. Do tej pory nie spotkałam osoby, która się ze mną nie zgodziła. Taką książkę przeczytać na pewno warto, bogactwo słownictwa świetnie wprowadza w nastrój Barcelony przed- i powojennej, poza tym wzbogaca także nas samych. Najbardziej podobały mi się wypowiedzi Fermina, bezdomnego, który został zatrudniony w księgarni. W samej treści ordynarne, czasem wręcz prostackie, ale podane w formie godnej kunsztownego poety. Razem tworzyło co całość pozytywnie zaskakującą, nawet zabawną. Dzięki temu Fermin stał się jedną z moich ulubionych postaci, uległam całkowicie jemu ekstrawaganckiemu urokowi.

„Przeznaczenie zazwyczaj czeka tuż za rogiem. Jakby było kieszonkowcem, dziwką albo sprzedawcą losów na loterię: to jego najczęstsze wcielenia. Do drzwi naszego domu nigdy nie zapuka. Trzeba nim ruszyć.”

Ostatnim, wątpliwym, ale może chociaż chwytającym za serce argumentem jest to, że zaczynając tą książkę, mimowolnie się uśmiechałam. (Wiedziałam, że będzie to cudowne przeżycie, ponieważ wcześniej czytałam „Więźnia nieba” z tej samej serii.) Natomiast kiedy ją kończyłam, płakałam. Ze smutku, właśnie dlatego że ją kończę (tak, tak bardzo byłam nią zachwycona, nie chciałam, żeby odchodziła…), ale też ze szczęścia, że mogłam poznać Barcelonę widzianą oczami Zafóna i wcielić się w tak genialnie napisane postaci.


Książka jest absolutnie konieczna do przeczytania, polecam ją dosłownie każdemu. Teraz piszę wciąż pod jej urokiem, więc nadal jakąś częścią siebie jestem między kartkami „Cienia wiatru”. Sądzę, że ten urok nie minie zbyt szybko, jeśli w ogóle. Bo na pewno do książki będę wracać, mam nadzieję, że nie raz.