31 lipca, 2015

#24 Coraz mniej milczenia

„Coraz mniej milczenia” Marty Fox jest zdecydowanie moim ulubionym gatunkiem literatury. Non‑fiction to historie pozbawione koloryzowanych treści, cenzury zasłaniającej co ostrzejsze akcenty, a czasem i szczęśliwych zakończeń. Już na początku, czytając pierwsze zdania doznałam mocnego szoku. Poczułam się tak, jakby ktoś wylał mi na głowę wiadro zimnej wody. Chociaż niektóre fragmenty bywają makabryczne, to szczerość bijąca od nich przemawia do mnie w stu procentach. Już od dawna zaczytuję się w takich książkach, ponieważ łączą się bezpośrednio z moim zainteresowaniem psychologią, zwłaszcza dziecięcą.
Marta Fox stworzyła zbiór opowiadań z autentycznych relacji dorosłych na podstawie ich wspomnień z dziecięcych lat. Korespondowała z nimi, spotykała się, a na podstawie rozmów wykreowała cztery mini kroniki w różnych formach. Wszystkie je łączy dzieciństwo zatrute rygorystycznymi wymaganiami przez despotycznych rodziców czy opiekunów. Przyglądając się temu z bliska, możemy łatwo zauważyć, że skoro wymagali, to chcieli przez to osiągnąć lepszy byt dla dziecka w przyszłości, większe posłuszeństwo, a przede wszystkim, chcieli wzmocnić swój autorytet. Niestety, robili to w sposób bardzo nieudolny i odbiegający od wzorca najdalej, jak to możliwe. Skutki były różne.

 „Myślę, że zgodziłabym się na wszystko za odrobinę czułości, serdeczności, bliskości, przytulenia, pogłaskania. Zgodziłabym się na wszystko za odrobinę miłości. Wówczas nie potrafiłam odróżnić dobrej miłości od złej.”

Jeżeli już jesteśmy przy skutkach – nie pozostańmy tylko przy siniakach, płaczu, bezgranicznym strachu i lęku przed kolejnym potępieniem. To wszystko to tylko składniki – wychodzi z nich suma niemożności trwania w stałych relacjach, poczucie porażki, niechęć do życia, potrzeba odgrodzenia się od świata i wiele innym poważnych konsekwencji ciągnących się długimi latami, właściwie dekadami…

„Wszędzie węszę podstęp, nikomu nie ufam, nie jestem spontaniczna. Tak sobie kiedyś powiedziałam, na pocieszenie: życie to nasz obowiązek, więc i ja będę obowiązkowa, perfekcyjna, będę od siebie dużo wymagać.”

Trzy pierwsze części składają się z opowiadania, po którym następuje wywiad z głównym bohaterem, a właściwie bohaterką. Ostatni paragraf to tylko rozmowa mailowa, ponieważ mężczyzna, który opowiadał swoją historię, nie zgodził się na spotkanie z Martą Fox. Jednak po przeczytaniu każdego rozdziału dało się dostrzec pewne prawidłowości, wspólne dla każdej z czterech osób. Odniosłam wrażenie, że Danuta, M., Beata oraz Marcin stwarzają wokół siebie kokon, dzięki któremu pozostają niedostępni dla świata. Charakteryzują się pewną surowością, są rzeczowi, spięci i ostrzy, chociaż nie żywią negatywnych uczuć do swojej rozmówczyni.

Książka powstała w (jeśli się nie mylę) 2003r., a osoby opowiadające o swoich przeżyciach to ludzie dorośli, z własnymi rodzinami, dziećmi, nawet wnukami. Także akcja opowiadań toczy się w latach 50./60., a to pretekst, żeby uświadomić czytelników, iż historia wciąż się powtarza. Myślę, że statystyki nic nie potwierdzą, ani też nie zaprzeczą. Bo, pomyślmy realnie, któżby zdołał zrobić statystyki gwałtów i torturowania dzieci? Oczywiście istnieją przybliżenia i domysły, ale one nie dadzą nam żadnej pewności. Sytuacja wygląda o tyle inaczej, że teraz więcej osób skłania się ku skorzystaniu z pomocy psychoterapeuty bądź psychologa (i bardzo dobrze!), nawet jeśli to mały odsetek (z aktualnych badań wynika, że w Polsce z osób, które mają problemy psychiczne, tylko 5% decyduje się na konsultację z odpowiednim lekarzem). I tak widzę wielki progres w społeczeństwie, ponieważ nawet w szkołach, nauczyciele odważniej proponują rodzicom poradę od psychologa czy chociażby pedagoga dla dziecka. Niekoniecznie osoba będąca pod nadzorem specjalisty musi być traktowana jako „wariat”. Jedynym uczestnikiem z książki, który po latach zdecydował się na psychoterapię był Marcin. Opowiada też o tym, co dzięki temu zyskał i dlaczego w ogóle się na nią zdecydował.

„Moja przeszłość jest jak ciężar, który dźwigam codziennie. W tej przeszłości jest właśnie wina, wstyd, złość. W teraźniejszości jest już więcej walki.”

Marta Fox przy „Coraz mniej milczenia” uświadomiła mi dwie ważne dla mnie rzeczy – jak bardzo tęskniłam za dobrą literaturą faktu, ponieważ ostatnio czytałam książki o nieco innej tematyce i  to, że muszę wrócić do czytania poezji, bo i to w minionych miesiącach zaniedbałam. Każdy rozdział w książce jest poprzedzony oraz zakończony wyrazistym, można by nawet powiedzieć, że zatrważającym i bardzo jednoznacznym akcentem poetyckim nawiązującym do tematyki opowiadania. Przytoczono również fragmenty ze „Zniewolonego dzieciństwa” Alice Miller.
Dzięki tym wtrąceniom, i nie tylko, pozycja stała się dla mnie źródłem wielu inspiracji. Po pierwsze, spodobała mi się sama konwencja stworzenia zbioru opowiadań na podstawie wspomnień. Marta Fox wykorzystała ten zamysł rówież w swoich innych książkach (np. Magda.doc, Paulina.doc). Autorka jest dobrze przygotowana do pisania i to widać, np. po występujących w „Coraz mniej milczenia” analizach charakteru bohaterów. Portret psychologiczny może nie został bardzo rozbudowany, jednak pewne elementy, niezbędne do zrozumienia postaci były zawarte. Jeżeli kiedyś zabrałabym się za pisanie swojej książki, zdecydowałabym się właśnie na literaturę faktu. Być może poszłabym w ślady Marty Fox i rozmawiała z autentycznymi świadkami brutalności w dzieciństwie.

Tak naprawdę, w „Coraz mniej milczenia” nie stwierdziłam żadnych poważnych błędów. Możliwe, że byłam zbyt wstrząśnięta wydarzeniami i nie wychwyciłam uchybień. Bo, przyznaję się bez bicia, podczas czytania płakałam wiele razy i myślę, że książka pozostanie przez jakiś czas w mojej pamięci, przede wszystkim jako zapis historii, które wydarzyły się naprawdę.

„To wszystko działo się w imię miłości, dla mojego dobra i po to, bym wyrosła na porządnego człowieka.”



28 lipca, 2015

#23 Sekretne życie pszczół


Sekretne życie pszczół zalicza się do pozycji, które tworzą elitarną grupę klasyków XXwieku. Popularność zdobyła zapewne nie bez powodu, jednak bez względu na jej status postaram się ocenić ją obiektywnie. Największym problemem przy tego typu tytułach staje się to, że jeśli mi się coś nie spodoba, mam opory przez wyznaniem tego, gdyż opinia ogółu i, co ważniejsze, specjalistów, jest inna. Na szczęście przy „Sekretnym życiu pszczół” tego kłopotu nie miałam.







Historia traktuje o białej dziewczynce, nałogowej kłamczyni, mieszkającą na „brzoskwiniowej farmie”) wraz z T. Ray’em („tatusiem”) i Rosaleen – czarną kobietą pracującą u nich jako pomoc domowa. Matka głównej bohaterki umarła, kiedy ta miała 4 lata. Nie była to też zwykła śmierć – to stało się, kiedy Deborah – matka – wróciła po swoje rzeczy do domu, aby z niego uciec. Zaraz rozpoczęła się kłótnia z T. Ray’em, podczas gdy Lily przyglądała się wszystkiemu, nie wiedząc, co się dzieje. Do gry wkroczyła broń. Deborah wyjęła pistolet z szafy, wycelowała go w męża, jednak zanim nacisnęła spust, on wytrącił jej go z ręki. Lily wzięła go, a wtedy wystrzelił. To wpędza dziewczynkę w wir poczucia winy, który zdaje się nie mieć końca ani litości.
Parę lat później, kiedy prezydent USA podpisuje ustawę o równouprawnieniu ras, Rosaleen postanawia zapisać się do urzędu jako pełnoprawna obywatelka, aby zagłosować w wyborach. Jednak tam czekają na nich bezwzględni rasiści, którym wystarczy byle prowokacja, aby wszcząć bójkę i wyrzucić swoją złość nie przebierając w środkach. Winą zostaje obarczona czarna kobieta, za udział w bójce, a prawdziwi sprawcy zostają puszczeni wolno. Kiedy trafia do więzienia, Lily robi wszystko, aby ją wyciągnąć, poza tym już od dawna planuje ucieczkę. Miejsce, do którego mają się udać, wybiera bez problemu – Tiburon, Karolina Południowa, ponieważ na obrazku należącym kiedyś do Deborah ten adres była zapisany z tyłu. Ruszają więc, nie wiedząc, jakim trudnościom będą musiały stawić czoło.

Skąd w takim razie tytuł? „Sekretne życie pszczół” nijak ma się widać do fabuły i na początku, faktycznie, może się tak wydawać. Pszczoły wyjawiają swoje istnienie i prawdziwe znaczenie subtelnie, między wierszami. Pojawiają się na początku w pokoju Lily, z komentarzem: „Pszczoły roją się przed śmiercią”, a ich faktyczny związek z odejściem w zaświaty ukazuje się czytelnikowi dopiero, kiedy fabuła oraz główna bohaterka dojrzeją do tego. Ponadto, każdy rozdział opatrzono początkowym cytatem z publikacji o pszczołach. Cytaty nawiązują do treści rozdziału i stanowią metaforę jego przesłania. Owady odegrają znacznie większą rolę w życiu bohaterki, staną się jej… sposobem na życie.

„Kobiety są najlepszymi pszczelarzami, ponieważ potrafią kochać stworzenia, które je żądlą. To przychodzi po latach kochania dzieci i mężów.”

Książka porusza tematy tabu XXwieku. Rasizm to jeden z nich – czytając niektóre wypowiedzi bohaterów na temat różnic wynikających między ludźmi w wyniku innego koloru skóry, nie byłam w stanie przyjąć do wiadomości, że miało to miejsce naprawdę. Mimo tego, że teraz (na szczęście) wydaję się to tak nierealne, wtedy stanowiło najzupełniej naturalny odruch przy spotkaniu z przedstawicielem innej rasy. Przemyślenia głównej bohaterki każą nam się zastanawiać, czy faktycznie pigment ma takie znaczenie, czy ma jakiekolwiek znaczenie?

„Ludzie generalnie wolą umrzeć niż przebaczyć. Takie to trudne. Gdyby Bóg powiedział, nie owijając w bawełnę: <<Daję Wam wybór: przebaczcie albo gińcie>>, wiele osób z miejsca zamówiłoby trumnę.”

Kolejnym dylematem, również wywołującym w różnych kręgach zażarte dyskusje, jest to, jaka powinna być religia. Przedstawiciele jednego odłamu kłócą się z obrońcami drugiego o słuszność postulatów, bez uprzedniej próby zrozumienia drugiej strony. A czy nie na tym właśnie powinna polegać wiara? Na słuchaniu, przebaczaniu i miłości do drugiej osoby. Na miłości bez względu na kolor skóry?
Bardzo podobało mi się ukazanie tego, jak zupełnie różniące się od siebie osobowości, mogą współpracować i kochać się wzajemnie. W powieści pojawi się szalona i zabawna, ale bardzo wrażliwa May, sceptyczna i obcesowa June oraz wyrozumiała i dobroduszna August – siostry mimo że mają zupełnie różne charaktery, rozumieją się jak nikt inny i kochają się nad życie. To pokazuje, jak silne potrafią być więzi rodzinne i jak można dobrze można wykorzystać różnice w osobowościach. Każda z dziewczyn, włączając w to Rosaleen oraz Lily, ma zupełnie inny sposób wyładowania emocji i okazywania smutku. Ściana płaczu jest np. bardzo pozytywnym pomysłem, który pozwala wyrzucić z siebie negatywne napięcie, z kolei obwinianie siebie za zło, jakie się stało, zwiększa jego rozmiary.

Ogrom aspektów, które zostały przytoczone w „Sekretnym życiu pszczół” sprawia, że jest to pozycja bardzo wartościowa i mająca wpływ na nasze myślenie. Bez wątpienia pozostaje w głowie, chociaż przez jakiś czas po przeczytaniu. Każe zastanawiać się nad istotnymi kwestiami takimi jak wpływ koloru skóry na wartość człowieka (czy coś takiego w ogóle istnieje?), słuszność religii, moc kobiet i drzemiący w miłości potencjał. Mimo tego, książce brakowało iskry, która scaliłaby wszystko i wciągnęła w wartki strumień wydarzeń. Nie znalazłam w niej tego polotu i do czytania przystępowałam z niezbyt dużym entuzjazmem. Chociaż powieść była dość krótka (w moim wydaniu 318 stron), to czytałam ją długo jak na siebie, 3-4 dni, kiedy wiem, że gdyby była faktycznie ciekawa, 2 dni wystarczyłyby mi w zupełności.
Na szczęście na zakończeniu się nie zawiodłam. Stanowiło piękne podsumowanie wszystkich przemyśleń. Autorka nie wyidealizowała wszystkiego jak w bajce, na szczęście. Dzięki temu mogliśmy dostrzec zmiany, jakie zaszły w głównej bohaterce. Konkluzja pozostawiła w czytelniku niegasnącą nadzieję na lepsze jutro dla Lily, Rosaleen oraz innych czarnych mieszkańców Stanów Zjednoczonych.

Zbierając wszystko w całość, „Sekretnego życia pszczół” nie oceniam negatywnie, ponieważ bez wątpienia jest to wartościowa pozycja. Szkoda tylko, że nie dane mi było wciągnąć się w nią i wyczekiwać kolejnych zwrotów akcji z niecierpliwością. Momentami troszkę nudna, co nie zmienia faktu, że cenna. Pozytywne przesłania były, można powiedzieć, miodem lanym na serce czytelnika.


25 lipca, 2015

#22 Wiedźmin. Miecz przeznaczenia

„Nie prowadzi się wojen by niszczyć. Wojny prowadzi się z dwóch powodów. Jednym jest władza, drugim pieniądze.”



„Miecz przeznaczenia” to już mój drugie spotkanie z Geraltem z Rivii. Kolejny zbiór opowiadań autorstwa Andrzeja Sapkowskiego był dla mnie miłym zaskoczeniem po pierwszym tomie. Tym razem historia przemówiła do mnie o wiele bardziej, nawet nie ze względu na treść, a na formę jej podania. Motywem wiodącym w książce jest, jak tytuł wskazuje, przeznaczenie. Przewija się ono przez każde z opowiadań i dzielnie podąża za wiedźminem.






Głównym powodem, dla którego „Miecz przeznaczenia” spodobał mi się bardziej niż „Ostatnie życzenie” jest fakt, że tworzył o wiele bardziej spójną całość. Brak koherentności w pierwszym tomie aż kłuł w oczy i sprawiał, że zupełnie nie mogłam wciągnąć się w książkę. Tym razem książka już bardziej przypomina „pełnometrażową” prozę aniżeli zbitek nowelek. Na ład w tekście zdecydowanie duży wpływ wywarł właśnie lejtmotyw, który osobiście uważam za jeden z najciekawszych. Fatum, które kieruje naszym życiem i nie odstępuje na krok stało się w opowiadaniach wątkiem wiodącym, a zarazem łączącym je w komplet.

Akcja toczyła się wartko i nie przerywały jej co chwilę opisy. Tak naprawdę, „Miecz przeznaczenia” raczej nie zawiera patetycznych ilustracji krajobrazów, postaci itp. Inaczej rzecz się ma w wypadku komentarzy do wyglądu kobiet, które zabrały dosyć dużo cennego miejsca.  Oczywiście to ważne dla zarysu portretów bohaterów, jednak, według mnie, ramy minimalizmu zostały naruszone.
„Miecz przeznaczenia” sprawił, że z chęcią sięgnę po kolejną książkę z wiedźmińskiej serii. Tym razem naprawdę zaciekawiły mnie dalsze losy Geralta, szczególnie, że zakończenie pozostawiło mały znak zapytania nad jego dalszymi losami.



22 lipca, 2015

#21 Szczygieł

„Szczygieł” to najpiękniejsza książka, jaką udało mi się ostatnio przeczytać. Powieść napisała Donna Tartt, według magazynu Time, jedna ze stu najbardziej wpływowych osób na świecie. Takie zestawienie zazwyczaj kojarzyłam z politykami, działaczami, ale widocznie zakres jest szerszy. Poszperałam i okazało się, że faktycznie, taką listę stworzono dla różnych kategorii (np. Tytani, Ikony, Pionierzy). Donna Tartt znalazła się tam dzięki swojej wytrwałej i skrupulatnej pracy nad każdą ze swoich powieści oraz dzięki swojemu niepodważalnemu zaangażowaniu w pisanie. „Szczygieł” był tworzony przez 12 lat, od momentu wydania poprzedniej książki. Ta książka została mi chyba przeznaczona, ponieważ co chwilę dostrzegałam podobieństwo między mną a Theo (jeden z najbardziej zaskakujących momentów, to gdy dzień przed moim wyjazdem do Amsterdamu przeczytałam, że Theo również się tam wybiera – powiedzcie że to zbieg okoliczności!). Pomijając nawet to - efekt zniewalający.



Historia opowiada o chłopcu, który zrządzeniem losu znajduje się w galerii z mamą podczas ataku terrorystycznego. Sam wychodzi z niego ocalały, praktycznie bez żadnych poważnych obrażeń, jednak jego matka ginie. Ojca nie widział od kilku lat, kiedy to porzucił ich oboje nie zostawiając zabezpieczenia finansowego ani adresu miejsca pobytu. W takiej sytuacji Theo nie ma gdzie się podziać, a jego sposobem na utrzymanie chęci do życia staje się obraz zabrany z muzeum. Nastolatek podczas zamachu pokierowany radą starszego pana, również ofiary w galerii, wychodząc, wziął jedno z najcenniejszych dzieł – „Szczygła” Carela Fabritusa z 1654r. Wstrząśnięty wydarzeniami następującymi po sobie w zawrotnym tempie nie pomyślał o odmowie i po prostu zabrał obraz ze sobą. Od tego momentu był jego więźniem. „Szczygieł” został jego utrapieniem, uwiązaniem i niedogodnością. Nie mógł się z nim swobodnie poruszać po świecie, nie mógł go nikomu pokazać, ani nawet opowiedzieć o nim. Jednocześnie rysunek ptaszka, niby niepozorny, stał się jego uzależnieniem. Mógł kontemplować kunsztowne fragmenty jego skrzydełek bez końca. Wpadał w zachwyt, kiedy mógł poczuć pod opuszkami palców znane na pamięć już wypukłości nałożonej farby. Od tego momentu obraz staje się jego nieodłącznym towarzyszem dorastania.

Sama fabuła w pewnych momentach przywodziła mi na myśl „Buszującego w zbożu” – tułaczka kilkunastoletniego chłopca i problemy wcale niebagatelne, w które się uwikłał. Styl pisania też czasem był podobny, jednak dało się wychwycić znaczące różnice. Zdania u Donny Tartt bywały naprawdę długie – zdarzały się i takie na pół strony, kiedy kartka wcale nie mała, a i czcionka nie z tych łatwiejszych. Opisy zazwyczaj bardzo dokładne, autorka stawia nas przed zadaniem dogłębnej analizy wydarzeń, daje nam na to czas, ponieważ akcja zwykle nie wyrywa do przodu, ale toczy się jakoby mimochodem.

Pierwsze, na co zwróciłam uwagę, to niesamowita, wręcz olśniewająca dbałość o szczegóły. Każdy element (nie przesadzam, KAŻDY) został tak wprawnie doprowadzony do perfekcji i idealnie wkomponowany w całość, że mimo bardzo wielu pomniejszych wątków, postaci drugo-, trzecioplanowych, retrospekcji i szczegółowych opisów, powieść jest przejrzysta niczym szkło. Tutaj nawet portierzy mają swoją historię, ale to nie wytrąca z rytmu czytania, stanowi jedynie piękne rozszerzenie podstawy, dzięki któremu zostajemy wciągnięci w świat Theo i „Szczygła” bez reszty.

„Szczygieł” pełen jest kontrastów – półświatek pustyni w Las Vegas, hazardziści i niepisane umowy o nieczyste pieniądze oraz metropolia, przeszklone biurowce i mężczyźni w garniturach z Nowego Jorku. W głowie Theo również powstają sprzeczności, jak u każdego z nas. Przykładowo: sam siebie próbuje przekonać, że nie ma szans u tajemniczej dziewczyny spotkanej w galerii, jednak jego myśli wciąż skupiają się wokół niej, bez względu na to, jak bardzo stara się o niej nie myśleć. Jest w nim dużo innych sprzeczności, ale boje się o nich Wam opowiedzieć, ponieważ nie chcę zdradzać dalszej fabuły. Wszystkie „gryzące się” elementy, pozornie nie mające ze sobą wiele wspólnego, zostały zgrabnie scalone bez uszczerbku na swoich charakterystycznych i nieodzownych elementach. Opisy są bardzo realistyczne, do tego stopnia, że czytałam je z ogromną przyjemnością, dla mnie mogły się nie kończyć.

„Tym, co poruszyło mnie znacznie bardziej niż rozsypanie szczątków mamy, było to, ze urna została zawinięta w podarte strzępy pornograficznych anonsów: „SKOŚNOOKIE CIZIE” i „GŁĘBOKI, MOCNY ORGAZM” to dwa przypadkowe określenia, na których spoczął mój wzrok, gdy szary proszek barwy księżycowej skały zawirował w majowym zmierzchu.”

Co ciekawe, Donna Tartt stworzyła porządek z wielkiego chaosu. Niepozbierane myśli, wątki, czasem nietrzymające się kontekstu, łączą się w piękną całość. To dowodzi, że powieść została naprawdę dobrze przemyślana. W „Szczygle” można, czytając uważnie, dostrzec nawiązania do pewnych wydarzeń już 200-300 stron wcześniej. Znaki, subtelne podpowiedzi, na które nie zwracamy uwagi, tak jak na co dzień. Tak jak Theo. Jednak nie da się zmienić przyszłości. Nie da się oszukać przeznaczenia. Nawet gdybyśmy poprawnie odczytali „wzór” wszechświata, tak często wspominany, czy zdołalibyśmy uniknąć tego, co ma nas spotkać? Czy faktycznie sami kierujemy swoim życiem?
Donna Tartt daje czytelnikowi pole do popisu stawiając znak zapytania nad faktyczną kontrolą nad własnym życiem. Jedno przypadkowe (a może zaplanowane z góry) zdarzenie, ciągnie za sobą lawinę innych i tak układa się cała nasza egzystencja. To na jakich ludzi trafiamy, z kim robimy interesy, gdzie pracujemy, to wszystko wynik sumy wydarzeń poprzedzających czas teraźniejszy. Stajemy twarzą w twarz z czymś, wydawać by się mogło, tak odległym, chociaż „Przecież to mnie nie dotyczy.” Jak dalecy jesteśmy od prawdy wypowiadając takie słowa. Zgrabne określenie na tragedię życiową, utratę bliskich, majątku, godności, wolności nazywamy „przyczynami losowymi”, jednak żadne odszkodowanie nie zwróci nam straty. Nie cofnie czasu.

„Rozmaitość możliwych scenariuszy mogła przyprawić o ból głowy.”

„Szczygieł” każe zastanawiać się nad tym budząc dużo emocji. Uczucia odgrywają w powieści znaczącą rolę, ukrywają się we wszystkim. Nawet nie, nie ukrywają się – atakują czytelnika całym swym arsenałem. Można powiedzieć, że tworzą szkielet, a właściwie duszę powieści. Iskierkę życia autorka dostrzega w małych i dużych przedmiotach, w rozległej pustynnej przestrzeni czy w ciasnym i zatęchłym mieszkaniu. Np. meble otaczane tak wielką troską, traktowane z największą czułością przez Hobiego, który pojawia się na stałe bodajże w II lub III części. Najwięcej uwagi Donna Tartt poświęciła oczywiście obrazowi. Jego opisy to sam smak. Crème de la crème całej książki.

„Wyjęciu obrazu z poszewki, trzymaniu go w rękach i oglądaniu towarzyszyła pewna doniosłość.” Sama czynność sięgnięcia po niego wywoływała poczucie rozszerzenia, jakby unoszenie się w powietrzu; zaś w pewnym osobliwym momencie, gdy wpatrywałem się weń długo oczami wysuszonymi chłodzonym pustynnym powietrzem, wydawało mi się, że cała przestrzeń między mną a obrazem znika, a gdy podnosiłem wzrok, to obraz był prawdziwy, nie ja.”

Znalazłam jeden mankamencik, właściwie nic nie wnoszący do mojej końcowej oceny, mianowicie chodzi o błędy w wydaniu. Literówki, brak spacji, brak przecinka i tego typu rzeczy. Z tyłu głowy miałam myśl, że w gruncie rzeczy przy takiej ilości tekstu ciężko się nie pomylić. Mam jednak nadzieję, że niedługo wyjdzie nowe, poprawione wydanie.


Już powoli podsumowując, gorąco zachęcam Was do przeczytania tej książki. Bez zastanowienia mogę ją umieścić na liście ulubionych. Aktualnie stała się moim numerem 1, mimo że (a może właśnie dzięki temu, że) była długa. Szczerze mówiąc, miałam ochotę płakać, kiedy się kończyła. Bardzo ciężko zniosłam rozstanie. Mam szczerą nadzieję, że jeszcze do niej wrócę, jeśli tak, to na pewno z wielką przyjemnością. W planach mam oczywiście przeczytanie dwóch pozostałych powieści Donny Tartt. Zdecydowanie warto, a nawet trzeba zapoznać się ze „Szczygłem”. Rzadko kiedy mamy okazję trafić na tak perfekcyjnie skonstruowaną fabułę, zwłaszcza, jeśli składa się na nią mnóstwo sprzeczności i niewiadomych. Genialne.



12 lipca, 2015

#20 Oczyszczenie



Wybierając książkę zazwyczaj polegam na opisie z tyłu okładki lub na recenzjach, często też wybieram pozycje, które polecają mi znajomi. „Oczyszczenie” Andrew Millera porównuje się do „Pachnidła”, za czym osobiście nie przepadam, ponieważ to zagarnianie rozgłosu na sławie innej pozycji lub autora i prawdopodobnie wiele osób mnie poprze, ale ostatecznie hasło „Jeśli podobało Wam się Pachnidło Patricka Süskinda, ta książka Was zachwyci.” przyciąga uwagę i sama mu zaufałam. „Pachnidłu” i nawiązaniem do rewolucji francuskiej, o której wspomniano w opisie powieści.




Jean-Baptiste w poszukiwaniu pracy zagląda do Paryża, gdzie zostaje przyjęty przez ludzi jednego z ministrów. Oferuje się mu zatrudnienie przy likwidacji cmentarza Niewiniątek, który to od dłuższego czasu sprawia mieszkańcom miasta ogrom problemów. Podobno w jego pobliżu słyszy się niekiedy o dziwnych wydarzeniach. Zatrute jedzenie, woda niezdatna do picia, śmierdzące oddechy, pomieszanie zmysłów – to wszystko przez opary przepełnionego cmentarza zatruwająco Paryż.  Ciekawym faktem jest, że cmentarz Niewiniątek istniał naprawdę, jego likwidacja to autentyczne wydarzenie. Zostawiono jedynie placyk otoczony restauracjami, barami szybkiej obsługi i kawiarniami.

Nie mogę w pełni rzetelnie wypowiedzieć się na temat aluzji do „Pachnidła”. Oglądałam tylko film i po dziele nawiązującym do tej historii spodziewałam się czegoś nieco innego. Być może jako punkt odnośny postawiono klimat obydwu powieści – mroczny, tajemniczy, trochę fantastyczny. Jednak miałam nadzieję na coś bardziej anormalnego, na coś, co wstrząsa i szokuje. Chciałam przeczytać powieść wciągającą w swój chory świat, pełen odrażających osobowości. Zamiast tego dostałam niezbyt pociągająco napisany fragment z życia pospolitego inżyniera żyjącego w XVIIIw.
Akcja rozkręca się bardzo, bardzo powoli. Zdarzało się, że czekałam, aż stanie się coś strasznego, niepokojącego przez kilkadziesiąt stron. Okładka zapowiadała, iż skryto pod nią dobry i wciągający thriller (przepiękna!), jednak trzymanie napięcia nie jest mocną stroną autora. Zanim w ogóle doszło do początku rozbiórki cmentarza, musiałam przebrnąć przez przygotowania, plany, rozważania i rozmowy wstępne, podczas których mało co się działo. Według mnie cały ten „prolog” zajął nieco za dużo miejsca, jednak kiedy już rozpoczęto pracę na cmentarzu, historia zaczęła dojrzewać i nabierać bardzo przyzwoitych kształtów.

Szczególnie spodobały mi się reminiscencje biblijne w postaci np. przekształconych cytatów, trochę jako aluzja do religijności Francji. Burzenie cmentarza miało wydźwięk metaforyczny, ponieważ jego rozbiórka odbywała się w czasach rewolucji francuskiej, kiedy to wiara Francuzów ulegała przekształceniom i reformacjom. (W dzisiejszych czasach Francja jest krajem laickim, gdzie zabrania się okazywania wiary publicznie.) Tym bardziej, że rozkaz wyburzenia miejsca pochówku razem z kościołem wyszedł spod ręki ministra.

„Oczyszczenie” pozostanie w mojej pamięci jako pozycja neutralna, ani dobra, ani zła. Nie będę jej polecać, czy też wmawiać na siłę, bo według mnie nie zawiera nic szczególnego, z czym warto się zapoznać. Fanów horrorów też raczej nie zachwyci, jednak może ktoś znajdzie w niej coś dla siebie. Myślę, że gdyby Miller bardziej przyłożył się do podtrzymania atmosfery napięcia, książka zyskałaby w moich oczach dużo bardziej. Często przez zawieszenia akcji i długie opisy nie skupiałam się na tekście i omijałam fragmenty, co być może przyczyniło się do zaniżenia mojej końcowej oceny.



08 lipca, 2015

#19 Bella

„Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o swoich planach.”


„Bella” powstała w oparciu o film z 2006r. o tym samym tytule, napisana przez Lisę Samson. Jest to historia o dwójce, a właściwie trójce ludzi – kucharzu, kelnerce i jej nienarodzonym jeszcze dziecku. José pracuje u Manny’ego – swojego brata w restauracji razem z Niną. Szef nie płaci im nawet stawki minimalnej i nie zapewnia godziwych warunków do wykonywania zawodu, jednak obydwoje są związani ze swoją pracą, ponieważ wplątani w sieć problemów, nie mogą znaleźć zatrudnienia nigdzie indziej. Szara przeszłość bohaterów sprawia, że i teraz nie mogą znaleźć spokoju w swoim życiu.





Kwestie poruszane w „Belli” to interesujące (jeśli mogę tak to określić) zagadnienia, ponieważ w społeczeństwie zwykle wywołują zacięte dyskusje. Przykładowo – aborcja, o której słuszności wciąż toczą się dyskusje, tutaj stała się jednym z głównych problemów. To nie jedna z tych pozycji, które pozwalają na swobodną interpretację. Tekst został napisany w taki sposób, aby nie tyle co manipulować czytelnikiem, ale zdecydowanie i jasno określić stanowisko narratora.

„Nie można uświadomić sobie, jak bardzo potrafi się kochać do momentu, kiedy nie urodzi się dzieci, i każdy przejmujący ból, każdy moment niepewności był tego wart.”

Największym atutem „Belli” jest zdecydowanie sama fabuła. Akcja rozgrywa się w ciągu jednego dnia (pomijając oczywiście prolog i epilog), kiedy to Nina spóźnia się do pracy z powodu ciąży. Szef oczywiście nie wie nic o swoich pracownikach, więc nie może wyciągnąć odpowiednich wniosków, wskutek czego najlepsza kelnerka zostaje zwolniona (to już jej trzecie spóźnienie). Pod wpływem impulsu, zazwyczaj nie wtrącający się w cudze sprawy José wybiega za nią z restauracji. Spędzają ze sobą jeden, bardzo znaczący dzień, opowiadają sobie o swoim życiu, o swoich zmartwieniach i rodzinie. Narracja skupia się na dialogach oraz przemyśleniach bohaterów podczas ich podróży przez miasto. Przemiana, jaka zachodzi w głównych postaciach jest jednocześnie niewielka i ogromna, ponieważ polega jedynie na dopuszczeniu do siebie drugiej osoby, otworzeniu się przed kimś oraz przede wszystkim wyrażeniu swoich myśli, a wpływa na życie nie tylko ich samych, ale również ich bliskich.

Gdybym miała porównać książkę z filmem, powiedziałbym, co rzadko się zdarza, że papierowa adaptacja przegrywa. W filmie o wiele lepiej przekazano atmosferę Nowego Jorku oraz meksykańskiej rodziny José i Manny’ego. W tekście zupełnie nie poczułam aury tego więzi rodzinnych w najważniejszym według mnie momencie - rodzinnej kolacji. Mogłabym to porównać do jedzenia i oglądania zdjęć żywności. W książce zupełnie nie mogłam wczuć się w wydarzenia, bo były po prostu sztuczne.


Niestety, opowiadanie nie zostało zbyt dobrze napisane. Przemyślenia Niny narratorka przedstawiła nie wprost, jakoś na okrętkę, a to powodowało nieprzyjemne uczucie pogubienia, zagmatwania i utrudniało zrozumienie głównej postaci. I chociaż próby zarysowania portretu psychologicznego nie zakończyły się pełnym sukcesem, to jednak czegoś się dowiedzieliśmy, a w filmie tego nie było. To też rekompensuje poprzedni ubytek w postaci braku autentyczności zdarzeń. Wnętrze bohaterów ma wielką wagę, ponieważ dzięki jego znajomości potrafimy się z nimi utożsamić. Sympatia lub antypatia do postaci to też element wpływający na atrakcyjność pozycji, a możliwy właśnie dzięki poznaniu bohaterów z bliska.

Ja najpierw obejrzałam film, dopiero później trafiłam na książkę i uważam, że to była dobra kolejność. Jeżeli macie zamiar obejrzeć, to również przeczytajcie, albo na odwrót, aby rozszerzyć to, co zawarte tylko w jednym o dodatkowe informacje lub nawet zmienić swoje postrzeganie świata przedstawionego. Nie ulega wątpliwości, że historię warto poznać, wzrusza, zachwyca i traktuje o ważnych w dzisiejszych czasach problemach.

„Zastanowiło ją, czy istniał jakiś wyjątkowy but, który można włożyć i biec, biec jak najszybciej i najwytrwalej, uciekając od swojego życia. A jeśli już teraz uznawała życie za ciężkie, cóż dopiero z jakimś dzieckiem, które jej się przyplącze? Nie, dziękuję.”



05 lipca, 2015

#18 Odzyskałem ją

Książkę wybrałam omyłkowo, ponieważ zobaczyłam nazwisko Fallon i bez zastanowienia wzięłam ją ze sobą. Zaufałam sobie na tyle, żeby bez spojrzenia na tytuł, czy chociażby imię autora przystąpić do lektury. Początkowo chodziło mi o Leigh Fallon oraz jej „Córkę żywiołu”, dlatego też byłam nieco zbita z tropu, gdyż są to gatunki raczej mało zbliżone do siebie.
„Odzyskałem ją” Jane Fallon to typowa książka z literatury kobiecej. Romans raczej nie, bliżej jej do melodramatu, jednak najwięcej tutaj tragikomedii. Mamy do czynienia z opowieścią utkaną z ogromnej ilości kłamstw, niedomówień, tajemnic. W dodatku zaplątane są w nią trzy osoby – żona, mąż oraz jego kochanka. James ze Stephanie to szczęśliwe małżeństwo z dziesięcioletnim stażem, siedmioletnim synem, kotem i świnką morską. Jednak coś wydaje się być nie w porządku, a mówiąc coś, mam na myśli podwójne życie mężczyzny z drugą kobietą mieszkającą w małej miejscowości, gdzie on prowadzi swoją klinikę weterynaryjną. Katie spotyka się z Jamesem od roku w błogiej nieświadomości, że jej partner ma żonę i dziecko w Londynie. Żyje w przeświadczeniu, iż małżeństwo Jamesa to już przeszłość, ponieważ rozwiódł się ze Stephanie półtora roku temu.
Stephanie przypadkiem odnajduje miłosnego SMSa od „K.” w telefonie mężczyzny, po czym postanawia się skontaktować z jego nadawczynią. Kobiety zawierają układ - plan zemsty na mężu zostaje dokładnie przemyślany, a kara dobrana tak, aby trafić w najczulsze miejsce Jamesa.

Akcja rozwija się powoli, bo taki właśnie był zamysł – nie działać w pośpiechu. Z początku nie dzieje się nic konkretnego, żadnych krzyków, złości, kłótni. Jednak powieść czyta się szybko, więc przebrnięcie przez taki moment stagnacji nie stanowi problemu. Tym bardziej, że Jane Fallon rozwinęła także wątek pracy Stephanie. Kobieta pracuje jako stylistka gwiazd, poznaje tam różne ciekawe osoby i osobistości, a rozwinięcie niektórych znajomości może skutkować czymś naprawdę zaskakującym. Dodatkowo w akcję wpleciono oszustwa Jamesa nie tylko na polu miłosnym, ale także finansowym.
Cała sieć intrygi została dokładnie przemyślana, uporządkowana i poskładana tak, aby czytelnikowi przekazać ją w nieskomplikowany sposób. Za to plus, ponieważ nie musiałam się męczyć i co drugi akapit próbować sobie przypomnieć „Kto to była ta Sally?”, „Po co ona to robi?”. Potrzebowałam akurat bardzo lekkiej książki, bo teraz nie jestem w stanie czytać niczego wymagającego – pogoda +30° uniemożliwia mi jakiekolwiek logiczne myślenie.
Trzy główne postaci świetnie napisane, każda z nich jest wielowymiarowa. Naprawdę, czytając powieść miałam możliwość przejścia przez cały wachlarz emocji. Przykładowo Stephanie początkowo postrzegałam jako kobietę nie mającą kontroli nad swoim życiem, po czym spostrzegłam, że jednak potrafi zagrać ostro i mój szacunek do niej zdecydowanie wzrósł. Na sam koniec, wskutek pewnych wydarzeń znów zmieniła się w moich oczach, niestety, na gorsze. Tak samo James – wpierw znienawidzony, ale później przekonałam się do niego i zaczęłam mu współczuć.

„Nieodwzajemniona miłość jest rzeczą straszną, szczególnie jeśli ktoś przestał nas kochać… z naszej winy.”

Szczerze mówiąc, „Odzyskałem ją” nie ma w sobie nic szczególnego, prawdopodobnie za jakiś czas o niej zapomnę, jednak kiedy byłam w trakcie czytania, z zachłannością śledziłam losy bohaterów. Domyślałam się kilku zakończeń, toteż nie byłam pewna, co w ostateczności się stanie. Tej pozycji nie zaliczam do listy "MUSICIE PRZECZYTAĆ!", ale wcale jej nie odradzam. Jeśli nie maci pomysłu po co sięgnąć, ta będzie w sam raz.

01 lipca, 2015

#17 Wiedźmin. Ostatnie życzenie

„Wiedźmak. Przez niektórych wiedźminem zwany. Wzywać go niebezpiecznie barzo, wżdy trzeba, bo gdy przeciw potworu  a plugastwu niczym nie uradzi, wiedźmak uradzi. Baczyć aby trzeba, coby wiedźmaka nie dotykać, bo od tego oparszywieć można. A dziewki przed nim kryć, bo wiedźmak chutliwy jest ponad miarę wszelką . Chocia wiedźmak wielce chciwy a na złoto łasy nie dać onemu więcej jak za utpoca srebrny grosz albo półtorak (…)”

„Wiedźmin. Ostatnie życzenie” to pierwsza część dosyć rozpoznawalnej ośmiotomowej serii Andrzeja Sapkowskiego. Ten oraz następny tom („Wiedźmin. Miecz przeznaczenia”, który również mam zamiar przeczytać) to zbiory opowiadań poprzedzające właściwą fabułę.  Na podstawie historii powstały gry, film oraz komiksy.
Może na początku należy się wyjaśnienie, dlaczego w ogóle piszę o tej książce. Nie czytywałam fantastyki i ani trochę mnie do niej nie ciągnęło. Obrazy krwi i walk mnie odstraszają a postaci elfów, wiedźm czy potworów są dla mnie niezrozumiałe. To sprawia, że gatunek do mnie nie przemawia, nie potrafię utożsamić się z bohaterami, czy chociażby wciągnąć się w akcję. Więc skąd taka zmiana? Otóż sama z siebie nie wybrałabym „Wiedźmina” pewnie nigdy, ale zostałam w pewnym sensie postawiona pod ścianą przez kolegę z klasy (Szymon, pozdrawiam Cię serdecznie). Nie mogłam w żaden sposób zrozumieć fascynacji Wiedźminem, ale nie należę do osób, które oceniają negatywnie coś, czego nie miały okazji spróbować. Szczerze, to było moje pierwsze poważne spotkanie z fantastyką (wcześniej czytałam tylko pierwszą część „Harry’ego Pottera”), bo wcześniej odrzucałam ją już na samym wejściu, gdy ktoś zaczynał mi o niej opowiadać. Czy mi się podobało?

I tak i nie. Zaczynając od pozytywów – język! Słownictwo Sapkowskiego w „Wiedźminie” jest na naprawdę wysokim poziomie. Trochę stylizowane na dialekt XV-XVII-wieczny, jednak nie do końca. Niektóre wyrażenia lub też przekleństwa raczej nie zaistniałyby w epoce średniowiecza czy renesansu. To po prostu unikalny język wiedźmiński. Dołączając do tego ogromną ilość neologizmów potrzebnych do stworzenia nieistniejących potworów, strzyg oraz innych istnień… Domyślam się, że wymaga to sporej kreatywności. Oczywiście autor podczas dobierania imion również nie korzystał z „gotowców” (Stregobor, Creyden, Fredefalka, Hereward). Świat oraz postaci wykreował sam od początku.

"Królowie dzielą ludzi na dwie grupy. Jednym rozkazują, a drugich kupują."

W związku z tym, że był to zbiór opowiadań, fabuły jako takiej nie można stwierdzić. Osobiście nie przepadam za opowiadaniami, ponieważ uważam, że nie pokazują one całkowitego talentu autora. Poza tym nie potrafię całkowicie poddać się akcji. Fragmentaryzacja tekstu stawia niewidzialne ściany, które blokują swobody przepływ rozważań i przemyśleń na temat różnych aspektów książki. Oczywiście, w każdej z historii można znaleźć powiązanie z tą wcześniejszą czy późniejszą. Miałam jednak problem z chronologią wydarzeń, po pewnym czasie straciłam już pewność, czy wszystkie opowiadania następują po sobie po kolei. We wszystkich jednak występuje Geralt, tytułowy wiedźmin. Dla tych, który nie wiedzą, zawód wiedźmina nie cieszy się dobrą sławą, jednak nie potępia się go tak jak np. czarowników. Osoba pełniąca takową funkcję ma za zadanie zabijać wszelkie potwory i bestie, oczywiście za opłatą. Do takiej roli trzeba być przystosowanym i już od najmłodszych lat trenować się w fachu.



Geralt być może jest idolem wielu, ale nie moim. Jego zachowanie trochę mnie irytowało, a dokładniej, denerwował mnie sposób, w jaki Sapkowski usilnie starał się wiedźmina przedstawić. Głównemu bohaterowi wszystko przychodziło ze zdumiewającą łatwością, nawet rzeczy, które dla innych były niewykonalne. Geralt, wielki mistrz w swoim fachu oraz postrach wszystkich mutantów, rozprawiał się z każdym problemem bez mrugnięcia okiem, za pierwszym razem. Oprócz tego, jego tajemniczość, małomówność i dyplomacja po jakimś czasie również zaczęły przeszkadzać. O ile mogę zrozumieć taki zarys postaci w celu wzbudzenia ciekawości u czytelnika, to takiego przesadnego ukrywania bohatera nie toleruję. Pod koniec książki nadal o tytułowym wiedźminie nie wiedziałam nic, a moja ciekawość zaczęła się wyczerpywać już w połowie.

Dosyć znaczącą rolę w „Wiedźminie” odgrywały również kobiety. I to zazwyczaj z nadprzyrodzonymi umiejętnościami lub zdumiewającą charyzmą. Wszystkie łączyło jedno – skłonność do dominacji nad mężczyznami. Każda z nich, czy to strażniczka świątyni, czy królewna zajmująca nieco więcej miejsca w książce niż jedno zdanie, występowała w roli stoickiej i apodyktycznej „zimnej suki”. Nie wiem z czego wynika zamiłowanie Sapkowskiego do tego rodzaju bohaterek. Czy zostało przeniesione z autopsji, czy może wprowadził je jako rodzaj urozmaicenia i fantazji. To samo w sobie mi nie przeszkadzało, ale w kwestii traktowania kobiety wulgarnie jestem bardzo wyczulona. Być może, niektórzy tego nawet nie wychwycili, więc to tylko drobny szczegół, jednak, jak wspomniałam, mam na to wyostrzone wszelkie zmysły.


Chociaż wady mają przewagę nad zaletami, to zdecydowałam się podejść do kolejnej części. Z niechęcią, bo również nie spodziewam się po niej zaskakującej odmiany. Sądzę, że będzie raczej podobna do tej. Robię to, bo jestem uparta i tyle. Dodatkowo usprawiedliwiam tą książkę, bo w świetle całej serii jest tylko prologiem. To też wpływa na moją decyzję o wytrwaniu w cyklu.

„Wygrywa lepszy. Chcesz ze mną wygrać, udowodnij, że jesteś lepszy. Zamiast dogadywania się, zawody.”