31 sierpnia, 2015

#28 Raki pustelniki

„Raki pustelniki” norweskiej autorki Anne Ragde to kontynuacja sagi o rodzinie Neshov przedstawionej nam już w „Ziemi kłamstw” (oczywiście tom 1. swoim zwyczajem pominęłam). Przez te upały naszła mnie chęć na coś „chłodniejszego” więc w bibliotece zaczęłam przeszukiwać wszystkie półki z literaturą skandynawską. Tym sposobem trafiłam na bestseller, który zdobył ogromną popularność w Norwegii i nie bez powodu, bo na rozgłos zdecydowanie zasłużył.






Autorka opowiada nam historię trzech braci – Tora, Margido oraz Erlenda. Dla każdego z nich nastaje trudny czas podejmowania decyzji i zmian w życiu. Jak raki pustelniki, które rodzą się nagie i bez skorupy ochronnej, muszą wyjść na świat, podjąć trud i niebezpieczeństwo znalezienia dla siebie odpowiedniej ochrony. Muszą zapewnić sobie, a także swoim bliskim odpowiednie warunki oraz bezpieczeństwo aby móc żyć. Jak sobie z tym poradzą?

„Śmiali się z raków, które nagie biegały dookoła i przymierzały się do nowych domków, żeby sprawdzić ich fason i przestronność. Starają się wybrać ten właściwy i są niespokojne, że mają tyle domków do wyboru (…). Wyobrażają sobie, że jest im źle w starym domku, skoro tylko zauważą nowy.”

Każdy z bohaterów ma zupełnie inny charakter. Chociaż łączą ich bliskie więzi rodzinne, to trudno dopatrzeć się w nich jakiegokolwiek podobieństwa. Tor zdaje się przedstawiać obraz stereotypowego chłopa w średnim wieku. Bezwzględnie konserwatywny, do bólu prostolinijny i oszczędny, nieco zgorzkniały i pesymistyczny. Erlend, najmłodszy z całej trójki, to homoseksualista żyjący ze swoim partnerem w luksusowych warunkach kopenhaskiej willi. Wrażliwy i troszkę roztargniony, ale niewątpliwie optymistyczny i troskliwy, z duszą artysty, którą wykorzystuje w swojej pracy. Margido, o ile można znaleźć kogoś o jeszcze bardziej skrajnym usposobieniu, pracuje w zakładzie pogrzebowym, lubi żyć w samotności i niechętnie podchodzi do prób ułożenia sobie z kimś życia tak jak do uzewnętrzniania się przed kimkolwiek, nawet z rodziny.

Co jeszcze nas zaskoczy oprócz takiego zestawienia postaci? Na pewno zmiany. Dotyczące pracy, rodziny, religii i wielu innych rzeczy, z którymi także my mamy na co dzień do czynienia. W życiu każdego z nas nadchodzi taki czas, kiedy musimy zmienić nasze przyzwyczajenia i znaleźć sobie inną „muszlę” pod którą się schronimy, ponieważ z poprzedniej już wyrośliśmy. Trwanie w niepewności i stagnacja w życiu powodują duże problemy. Mimo że zazwyczaj podejmowanie ważnych decyzji przychodzi nam z trudem, dobrze jest się przełamać.

W „Rakach pustelnikach” mamy dużo symboliki, właściwie już sam tytuł każe nam o tym sądzić. To na duży plus, ponieważ to sprawia, że książka staje się czymś głębszym, nie tylko przejmującą fabułą i barwnym światem przedstawionym. Symbole zawarte w historii nadają jej bardziej uniwersalny wydźwięk i wzbogacają ją o dodatkowe „atrakcje” dla czytelnika.  

Anne B. Ragde z pewnością wykazała się genialnym zmysłem obserwatora, zauważając tak, wydawać by się mogło błahe elementy naszego życia. Takie skrawki, które wyrzucamy ze swojej pamięci, bo wydają się nie znaczące, jednak mają wielką wartość, kiedy ich się trochę nazbiera. Każde słowo, gest, nawet spojrzenie, tworzy czytelny obraz nas samych w oczach innej osoby. Dlatego tak bardzo musimy dbać o czyste relacje z innymi. Zaobserwować takie szczegóły to jedno, a opisać je to drugie i trudniejsze. Autorka perfekcyjnie przedstawiła relacje rodzinne nie używając do tego praktycznie żadnych opisów, a zawierając je np. w wypowiedziach bohaterów lub między wierszami. Czytając o rodzinie Neshov miałam wrażenie, że dobrze ich znam.


Po „Raki pustelniki” z pewnością warto sięgnąć, chociaż wydaje mi się, że to książka raczej na zimowe wieczory, aniżeli leniwe i słoneczne letnie popołudnie. Fabuła jest trochę przytłaczająca i momentami smutna, zakończenie przypomina o niesprawiedliwości, jaka dotyka nas wszystkich. Chętnie poznam inne dzieła tej autorki, a Was zachęcam do zapoznania się z tą pozycją. 

25 sierpnia, 2015

#28 Książę Mgły

„Książę Mgły” jest debiutancką powieścią Carlosa Ruiza Zafóna, jednego z moich ulubionych autorów. Chociaż ja raczej nie należę do miłośniczek fantastyki, on skradł moje serce absolutnie, ponieważ jest bez wątpienia mistrzem prozy. Język, którego używa to narzędzie naznaczone magią obecną i odczuwalną w jego dziełach.

Zanim wzięłam tę książkę do rąk, nie wiedziałam o niej zupełnie nic, kierowałam się po prostu zaufaniem do autora. Na początku wyjaśnia on, że jego debiut to powieść przeznaczona zarówno dla młodzieży jak i dla dorosłych. Moje zdanie na ten temat przedstawia się trochę inaczej, ponieważ jest to typowa literatura młodzieżowa. Nie mam tutaj na myśli sieczki, wyreklamowanej i sprzedawanej masowo, ale naprawdę ciekawą historię, w którą wciągnęliby się zarówno chłopcy jak i dziewczynki w wieku 10-14 lat. Niektórzy też po prostu lubią czytywać tego typu opowieści, chociaż w „progach wiekowych” się nie mieszczą, bo tak naprawdę, w literaturze ograniczenia wieku nie istnieją.

„Czas, mój drogi Maksie, nie istnieje. Jest czystą iluzją”

Rodzina Carverów – Maximilian i Andrea wraz z dziećmi, Maxem, Alicją i Iriną przeprowadzają się do dawno niezamieszkałego domku w nadmorskim miasteczku. Większość rodziny podchodzi sceptycznie do pomysłu ojca, zwłaszcza gdy stają przed zaniedbanym i zniszczonym nowym lokum. Jak nietrudno się domyślić, w małej osadzie rybackiej dzieją się niepokojące rzeczy, takie jak mgła wydobywająca się z tajemniczego ogrodu z mrocznymi rzeźbami usytuowanego za domem. W powieści nie brak mrożących krew w żyłach elementów, opisanych minimalistycznie, ale realistycznie, a mgła stanowi tu pewien lejtmotyw pojawiający się co jakiś czas, w określonych momentach i myślę, że na ten akcent warto zwrócić uwagę.

W „Księciu Mgły” obecny jest duch przygody, więc z pewnością zaciekawi chłopców. Z kolei dziewczynom bardziej spodoba się pewnie wątek relacji Rolanda i Alicji, wpleciony pomiędzy akcję właściwą. Autor nie poświęcił mu zbyt wiele swojej uwagi, a jednak okazał się on jednym z najważniejszych czynników w rozstrzygającym momencie.

Powieść jest króciutka, pokusiłabym się nawet o zaklasyfikowanie jej jako dłuższego opowiadania jednak niektóre rzeczy nie pozwalają mi na to, przede wszystkim wielowątkowość, brak jednoznacznego zakończenia i puenty. I, co mnie bardzo zaskoczyło, Zafón zupełnie inaczej podszedł do pisania: swoje barwne epitety, wplatane co jakiś czas metafory, sążniste zdania i hiperbole zostały odrzucone  na rzecz złotej zasady „minimum tekstu maksimum treści”. W jego wykonaniu bardzo mi się to podoba, w książce zwyczajnie nie ma miejsca na nudę. Każde zdanie wnosi coś nowego, żadne z nich nie jest bezużyteczne. Wiele zwrotów akcji, momenty przyprawiające o palpitacje serca, szybkie zmiany, ciągły ruch podkręcają klimat powieści. Panta rhei, jak w życiu nie ma czasu aby się za siebie oglądać z sentymentem. Trzeba być w ciągłym ruchu, zgodnie z zasadami świata.

Ciężko mi nie pisać analizy porównawczej, ponieważ zauważyłam, jak bardzo różnią się od siebie debiut oraz bestseller Zafóna. W autorze pokładałam naprawdę ogromne nadzieje, postawiłam mu wysoką poprzeczkę i zostałam mile zaskoczona, tym bardziej, że miałam świadomość, iż jest to pierwsza jego wydana powieść. Jeszcze trochę niewprawionym piórem autor w wieku 28 lat wychodzi na świat ze swoim pierwszym dziełem. Oczywiście zyskało ono niemałą popularność, ocenione jako ciekawy debiut, a niestety większość ludzi usłyszało o niej dopiero po wydaniu „Cienia wiatru” i żałuję, że do tego grona zaliczam się i ja. Według mnie, jest to świetna pozycja, którą można polecić dzieciom, rodzeństwu, aby zachęcić je do czytania książek.
„Książę Mgły” to historia przeznaczona przede wszystkim dla młodszej młodzieży, znakomicie napisana. Zdecydowanie nie nudzi, jej akcja wręcz porywa i nie pozwala oderwać się od kolejnych stron. Można ją pochłonąć w jedno dłuższe popołudnie i myślę, że również z chęcią do niej wrócić lub sięgnąć po kolejne z serii „Pałac Północy” i „Światła września”.



22 sierpnia, 2015

#27 Wiedźmin. Krew Elfów

„Krew Elfów” to 3. tom z wiedźmińskiej serii Andrzeja Sapkowskiego, a to oznacza, że jeszcze się nie poddałam i na razie nie mam zamiaru, ponieważ z każdą częścią autor przekonuje mnie do siebie bardziej.

Tym razem głównym tematem książki była Ciri – Dziecko Niespodzianka, ocalała cudem z bitwy o Cintrę. Przeznaczenie, które stanowiło podstawę poprzedniej części, powraca i tutaj, trochę w innym wymiarze, już jako coś bardziej namacalnego i elementarnego. Można powiedzieć, że po prostu odchodzi w zapomnienie, nie poświęca mu się aż tak dużo czasu, gdyż pojawiają się nowe problemy, mianowicie: wyczekiwany atak gangu elfów na ludzi oraz rozwiązanie zagadki przeznaczenia, czyli odpowiedź na pytanie „co zrobić z Ciri?”. Pierwsza kwestia, czyli wyczekiwanie napadu, rozmowy toczące się przed spodziewaną walką, podchody i niedomówienia stanowią raczej tło, pewnego rodzaju bazę i nie zostały w pełni rozwinięte przez autora, także mamy już czego wyczekiwać w następnej części.
Tak naprawdę clou fabuły odkryłam na końcu książki, gdyż przez znaczną jej część sama nie wiedziałam dokąd zmierzam czytając ją. Główny problem nie został przedstawiony czytającemu w sposób jasny, toteż trudność sprawiało wyczekiwanie jakiegokolwiek zakończenia, zwrotu akcji itp. Andrzej Sapkowski przyznał sobie ten przywilej przewagi nad czytelnikiem stawiając go w niepewności. Z jednej strony, całkiem ciekawie to wyszło, bo nie można się było domyślić dalszej akcji, chociaż momentami cała ta aura tajemniczości robiła się nudna.

W związku z tym, że to już (lub „dopiero”) moje trzecie spotkanie z Andrzejem Sapkowskim, zdążyłam dostrzec pewne schematy, analogie i prawidłowości w jego dziełach. Pierwsze co rzuca mi się w oczy – ma on tendencję do rychłego początku. Gwałtownie wciąga czytelnika w wir wydarzeń, już pierwsze zdanie ma szokować, już pierwszy akapit ma sprawić, że odbiorca wpadnie w akcję mimowolnie i całym sobą. Dodatkowo, nutka erotyzmu, ażeby podkręcić jeszcze trochę atmosferę. Środek bywa monotonny, zdarza się, że te same kwestie są powtarzane przez kilku bohaterów, w różnych formach, w odstępach 2-3 rozdziałów. To nużące i dosyć uciążliwe, tym bardziej, że po takich przestojach nagle i zupełnie znikąd pojawia się gwar, krzyk, walka, krew, miecze, ranni, zupełny chaos. Następnie wszystko wraca do normy.

„Nieszczęście postąpiło zgodnie z odwiecznym zwyczajem nieszczęść i jastrzębi – wisiało nad nimi czas jakiś, ale wyczekało z atakiem do stosownego momentu.”

Wydaje mi się, że dużą część tekstu zajęły przekleństwa i wyzwiska – rozumiem, że w zamyśle miało to stworzyć ten średniowieczny klimat, ale w pewnych momentach było go aż nadto.

Co działa na duży plus tej pozycji – Wiedźmin wreszcie został wyzwolony z opowiadań! Nie wiem, czy były tak niezbędne w pierwszych dwóch tomach? Wydaje mi się, że nie, ale mimo wszystko te skrawki historii poukładały się jakoś w całość i to możemy zauważyć czytając „Krew Elfów”. W 3. tomie występuje dużo nawiązań zwłaszcza do poprzedniego „Miecza przeznaczenia”, więc lepiej czytać serię od początku.

Do tej pory, z trzech części moim faworytem pozostaje druga, czyli właśnie „Miecz przeznaczenia”, a w kolejce czeka już na mnie „Czas pogardy”. Prawdopodobnie niedługo na blogu pojawi się nowa recenzja kolejnej powieści Sapkowskiego J

„Magia jest Chaosem, Sztuką i Nauką. Jest przekleństwem, błogosławieństwem i postępem. Wszystko zależy od tego, kto się magią posługuje, jak i w jakim celu. A magia jest wszędzie.”


17 sierpnia, 2015

#26 Anielskie opowieści dla duszy

Książkoholicy, Witam Was, po długiej przerwie z recenzją i wyjaśnieniami. Przez 10 dni byłam na pielgrzymce, gdzie, uwierzcie, nie ma możliwości czytania książek. Kto był, ten wie, jakie to uciążliwe. Wzięłam ze sobą „Księcia mgły” Zafóna ze względu na niską wagę (to bardzo ważne kryterium) i to, że należy do tych krótszych. Jednak nie udało mi się przeczytać ani jednej strony. Po pierwszym dniu zrezygnowałam z noszenia tomu w plecaku, ponieważ był zbędnym balastem przy 40km dziennie, a poza tym na postojach nie miałam siły ani czasu przejść ze skupieniem przez jedną chociażby stronę. Co do noclegów – po względnym umyciu się, odpoczęciu, rozłożeniu namiotów i prowizorycznej kolacji było już ciemno. Tyle więc wyszło z mojego czytania w trasie.

Chcąc pozostać w klimacie rozmyślań jako takich, postanowiłam przeszukać zapomniane półki z książkami-poradnikami i takimi o tematyce religijnej. Aż zdziwiłam się, ile mam ich w domu, bo zwykle nikt ich nie czyta. Znalazłam „Anielskie opowieści dla duszy” Eduarda Martina, czyli krótkie opowiadania traktujące trochę o sensie życia, trochę o właściwym sposobie na miłość, czasem napomykające o wierze. Gdybym je miała wrzucić do jednego worka, to uczyniłabym to określając je „historiami filozoficznymi”. Tak na marginesie – zmniejszyła się moja niechęć do nowelek i opowiadań, więc mamy progres.

W „Anielskich opowieściach” znalazłam równie dużo zalet, co i wad. Celem każdej historii było ułatwienie czytelnikowi poradzenia sobie z przeróżnymi trudnościami w życiu. Autor zebrał świadectwa ludzi, nie wymienionych z imienia ani nazwiska. Bohaterowie książki to przykładowo: pan S., kolega J., doktor L.M., kuzyn, babcia, przyjaciółka. Co z jednej strony sprawiło, że każda historia stawała się bardziej powszechna, gdyż jej bohaterami mógł być każdy kolega, każda pani D. i każda ciocia G.. Czytelnik miał możliwość utożsamienia się z wybraną postacią, która w zamyśle została stworzona jako biała kartka, na której można odbić dowolny wizerunek. Patrząc na to z innego punktu widzenia, jak opowiadanie, którego bohaterami są K., jego kolega i lekarz, można odebrać realnie? Czy ktoś taki w ogóle istniał? Jeśli nie podano imion, historia równie dobrze mogłaby być od początku do końca wymyślona.

Kolejna sprawa, to spójność tomu. Oczywiście każde opowiadanie traktowało o czymś innym. Inni bohaterowie, inna historia i inne przesłanie. Dobrze, bo zrobiłoby się monotonnie, jeśli ciągle czytalibyśmy o tym samym. Autor zachował wspaniałą różnorodność, dzięki której czytelnik na pewno odnajdzie chociaż jedną SWOJĄ historię. Ale inna w każdej historii była też filozofia, przeradzająca się w Wielki Filozoficzny Chaos. Bez względu na to, jakie motto przyświeca Wam w życiu i jakimi wartościami się kierujecie, gwarantuję, że ta książka mocno namiesza Wam w głowie. Jedno opowiadanie zaprzecza następnemu i to wprowadza niesamowity harmider. W pewnym momencie sama nie wiedziałam, co o tym sądzić. Tutaj różnorodność zawiodła, ponieważ autor poszedł z nią o jeden krok za daleko i sprawił, że tom stracił spójność.

Będąc przy filozofii nie można nie wspomnieć o wierze. Religię w „Anielskich opowieściach dla duszy” traktuje się trochę z rezerwą, jakby z bezpiecznej odległości, delikatnie, żeby nikogo nie spłoszyć i nie urazić. Takie cały czas odnosiłam wrażenie, chociaż spodziewałam się czegoś innego wybierając książkę pod takim tytułem. Anielskie – od razu nasunął mi się na myśl Bóg. Ale abstrahując od tego, (bo wiemy, że nie należy sądzić po tytule ani okładce), zwyczajnie nie spodobał mi się sposób w jaki traktuje się w opowiadaniach wiarę, jakąkolwiek, czy to katolicką, buddyjską czy islamską. Autor stara się ją omijać szerokim łukiem i to ewidentnie widać. Jednak szanuję to, że np. dla ateisty będzie to wygodne, gdyż znajdzie coś w rodzaju poradnika, który nie atakuje zewsząd hasłami typu „przypadek nie istnieje, wszystko jest dziełem Boga”, „poddaj się woli Pana” itp. Tego tutaj możemy szukać nadaremno.

W niektórych opowiadaniach zawarto przemyślenia, które ciężko przełożyć na jednozdaniowe sentencje. Ale nie oznacza to, że takie maksymy pomijamy. Przeciwnie – całe historie, z kontekstem i odniesieniem o wiele bardziej zapadają w pamięć niż pojedyncze zdanie wyrwane z tekstu. Szczególną uwagę zwrócono na to, jak bardzo w życiu liczą się małe rzeczy i zwykłe słowa i prozaiczne czyny. Trzeba przeczytać „Listy miłosne”, aby dowiedzieć się, jak pisanie wiadomości może ocalić życie. Jak ważna okaże się ta jedna koperta. Tak, jak nie dowiemy się o prawdziwej tragedii wojny dopóki będziemy liczyć ofiary w milionach. Skutki wojny dostrzeżemy gdy dane nam będzie spojrzeć na jedną zmarłą osobę. Jedną osobę, która miała rodziców, żonę, czteroletniego synka i sześcioletnią córeczkę, a także przyjaciół. Jak często udaje nam się wspomnieć ofiary wojny w taki sposób? W moim mniemaniu, zdecydowanie zbyt rzadko, jak na ludzi.

Dzieci potrafią to robić lepiej, ponieważ ich widzenie odznacza się prostolinijnością. Prostota świata, w którym żyją najmłodsi sprawia, że starszym wydaje się, iż dzieci nie mają problemów. Owszem, mają i to równie dużo, co ich rodzice. Jedyna różnica polega na sposobie radzenia sobie z nimi. Z najprostszej strony. Ten temat został również poruszony w książce.

„Jaką ufność pokładają w nas dzieci, jaką siłę w nas widzą i jaką moc mamy w ich oczach!”

Większość opowiadań była naprawdę fantastyczna i poruszająca, jednak te poza nimi takie sobie. Kilka historii nie spodobało mi się zupełnie i wolałabym, żeby w ogóle nie znalazły się w książce. Poza tym szkoda, że wszystkie składały się z dosłownie kilku akapitów. Widocznie autor zastosował zasadę „maksimum treści, minimum objętości”, ale nie mam pewności, czy faktycznie pierwsza część reguły została zastosowana.

„Anielskie opowieści dla duszy” to skarbnica sentencji, przemyśleń, morałów. Czy po ich przeczytaniu się zmienimy? To zależy tylko od nas samych. We mnie chyba coś „ruszyło”, ponieważ postanowiłam lepiej wykorzystywać swój czas i cieszyć się tym, co mam. Każdym spotkaniem, każdym słowem, zdrowiem i powodzeniem. Oraz z pokorą przyjmować niepowodzenia, a po nich podnosić się i próbować raz jeszcze.

„Każdy z nas jest listem. Listem, który przy naszych narodzinach zostaje komuś posłany z miłości i z miłością.”

04 sierpnia, 2015

#25 Hannibal

„Hanibal” to kontynuacja Milczenia owiec, w zasadzie 3. tom z serii o Hannibalu Lecterze. Po moich wcześniejszych doświadczeniach z twórczością Thomasa Harrisa (link do recenzji „Milczenia owiec”) chętnie sięgnęłam po jego następną książkę. Jednak już po pierwszych 50 stronach wiedziałam, ze niepotrzebnie zaufałam obiecującym opisom z tyłu książki i sławie zdobytej dzięki zekranizowaniu poprzedniej części.

Temat powieści skupia się na zbiegłym z więzienia dla psychopatów Hannibalu Lecterze – zaskakująco wybitnym psychologu o zaskakująco ekstrawertycznych upodobaniach żywieniowych. Nie mówię tutaj o białych truflach, kawiorze, winie za 130$ (bo to oczywiście też włączało się do jego stałej diety), ale o wątrobie ludzkiej, chrząstkach z twarzy i tym podobnych. Na swoim sumieniu doktor miał już wiele zabójstw i aktów kanibalizmu, jednak udało mu się wydostać się z więzienia i mógł dalej mnożyć kolejne ofiary.  

Z początku miałam wrażenie, że ktoś inny zamiast Thomasa Harrisa pisał tą powieść. Krótkie zdania, historie bez polotu, wszystko oderwane od siebie, niepasujące, wielki chaos, a z treści nie byłam w stanie nic poskładać. Przypominałam sobie wtedy, jak „Milczenie owiec” wciągnęło mnie w wir wydarzeń prawie od początku, a tutaj… z każdą stroną coraz gorzej!
Zbyt wiele zupełnie niepotrzebnych szczegółów denerwowało mnie okropnie, kiedy marzyłam tylko o tym, aby rozdział tak się nie dłużył. Czy naprawdę trzeba rozwijać wątki takie jak pochodzenie i stan (w każdym tego słowa pojęciu) Rumunki, która miała pozbyć się doktora Lectera? De facto jej się nie udało, więc szczerze, w ogóle nie pojęłam tej akcji. Czy naprawdę trzeba było wymieniać wszystkie eksponaty znajdujące się w pałacu we Florencji? Czytałam dalej, myśląc, ze później te informacje okażą się cenne w śledztwie, ale tak się nie stało.
W połowie książki miałam dość i wiedziałam, że nie ma sensu zmuszać się do czytania na siłę, ponieważ szło mi to bardzo opornie. Ale jestem z tych, którzy nie praktykują oceniania pozycji niedokończonej, toteż przerzuciłam się na audiobooka. W wersji czytanej „Hannibal” wydawał mi się nieco przyjaźniejszy, tym bardziej, że aktualnie mam urwanie głowy i wiem, ze ciężko byłoby mi usiąść nawet przy dobrej książce. Generalnie nie jestem zwolenniczką audiobooków, cenię sobie tradycję papierowej książki, lubię czuć dotyk kartek i ten ich przyjemny ciężar. Jednak w takich sytuacjach – absolutny brak czasu oraz monotonność książki, wersja słuchana wygrywa. Poza tym, dzięki niej udało mi się dotrwać do końca.

Na koniec, jedyny plus, wskazany przeze mnie już w „Milczeniu owiec” – niesamowita precyzja w wątkach wymagających znajomości specjalistycznego słownictwa oraz w ogóle biegłości w temacie. Tym Thomas Harris się u mnie ratuje.


Przyznaję, żałuję, że przeczytałam „Hannibala” ze względu na to, iż ten i tak bardzo okrojony czas mogłam poświęcić na coś fajniejszego.