30 września, 2015

#32 Poczwarka

Rzadko zdarza się przeczytać tak dobrą książkę, że aż żal jej kończyć. Ostatnie dziesięć stron dosłownie przepłakałam, nie tylko z tego powodu, że moja przygoda z „Poczwarką” dobiegała końca, ale również dlatego, że powieść miała na celu wywołać emocje u czytelnika. Dorocie Terakowskiej udało się mnie rozłożyć całkowicie.


Autorka opowiada nam o „doskonałym” małżeństwie, z dobrymi zarobkami, pięknym domem z ogrodem, pewną pracą. Adam i Ewa dobrali się idealnie – obydwoje inteligentni, ambitni i rozsądni. Zdecydowali się na dziecko dopiero gdy byli pewni, że uporają się z zapewnieniem mu optymalnych warunków do życia, mając na myśli m.in. prywatną szkołę, dodatkowe zajęcia sportowe, artystyczne i językowe, a także prestiżowe studia za granicą. Odpowiednie warunki finansowe, społeczne i czasowe zostały spełnione i Myszka została poczęta. Jej życie zostało przewidziane zanim pojawiła się jako embrion, ale jednej rzeczy się nie spodziewano – że urodzi się z ciężkim stopniem niepełnosprawności fizycznej i umysłowej. Z najgorszą postacią downa i dodatkową, niepokojącą czarną plamką na mózgu. Mimo, że lekarz oraz zdrowy rozsądek podpowiadali idealnym rodzicom, aby zostawili swoje dziecko w specjalnym zakładzie, Ewa, sama nie znając do końca swoich motywów, zdecydowała się zabrać Myszkę, tytułową „Poczwarkę” do domu.

„Wybór to świadoma decyzja, a ona ani wtedy, ani dziś nie umiała racjonalnie jej uzasadnić. Wiedziała tylko, że była to decyzja nagła, i gdy już ja podjęła, postanowiła sprostać jej za wszelką cenę. Nie wiedziała, że cena będzie aż tak wysoka.”

Myślę, że to nie lada wyzwanie napisać książkę tak bardzo wkraczającą w strefę moralno-etyczną, a jednocześnie nie wkładać w usta narratora słów nacechowanych emocjonalnie. Inna sprawa, że czasem narrator wchodził w skórę Ewy, Adama lub nawet Myszki. Zostały przedstawione trzy zupełnie odmienne punkty widzenia, a więc momenty ambiwalencji pojawiały się często. W książce dominują opisy, bardzo realistyczne i wstrząsające, stawiające przed czytelnikiem obraz żmudnej pracy, można by powiedzieć syzyfowej, polegającej na niekończącej się nauce życia z niepełnosprawnym dzieckiem. Myszka miała zespół downa ze stopniem upośledzenia, który nie pozwalał jej wypowiedzieć zrozumiałego słowa, ani nauczyć się chodzić aż do szóstego roku życia. Nigdy nie nauczyła się rysować, tańczyć, ani wstrzymywać swoich potrzeb fizjologicznych. Na podstawie przejrzystych i dosadnie traktujących sprawę opisów możemy się domyślać, jak wielki ból codziennie przeżywała Ewa, tym bardziej, że opieka spadła tylko na nią. Mąż, Adam, wyparł się córki, ponieważ zaburzała jego dotychczas idealne życie i zagrażała jego opinii publicznej.

„Myszka urodziła się bogatsza o jeden chromosom. Nie każde bogactwo daje szczęście”

Gdy choroba schodzi na drugi plan, a staje się to niepostrzeżenie i bardzo szybko, wchodzi głęboka symbolika biblijna. Ma ona swój początek już na etapie wczesnego dzieciństwa Myszki, kiedy przez długi czas mama czyta jej Księgę Rodzaju. Księga przewija się przez cały utwór, a w pewnym momencie „Poczwarka” staje się jej piękną reinterpretacją. Same tytuły wskazują na inspiracje starotestamentalną księgą historyczną, szczególnie poematem o stworzeniu świata. W życiu codziennym przewijają się zdarzenia będące aluzją do tej historii. Poza tym można ją ujrzeć naświetloną od innej strony, od strony Myszki, która razem z Nim stwarza świat na nowo, dbając o doskonałość każdego szczegółu. Wyobraźnia dziewczynki, która przekształciła opowiadania o Bogu zasłyszane kilka lat temu w  niesamowity świat, pełen nowych, nieznanych dotąd możliwości oraz niespodzianek może zdumiewać, ponieważ nikt z zewnątrz nie spodziewałby się, że dziecko o tak zaawansowanym stopniu choroby potrafi wytworzyć coś tak genialnego. Co ważniejsze, rozumie więcej niż co poniektórzy dorośli.

„Tu, w Ogrodzie, rośnie małe, cherlawe drzewko. Wszystkie wokół są duże i piękne, a tylko to jedne choruje. (…) I wszystkie drzewa, poza tym jednym w ogóle mnie nie potrzebują. Za to ono codziennie beze mnie umiera i także codziennie na nowo odżywa, gdy podlewam je wodą i obrywam uschnięte listki.”

Topos krainy wiecznej szczęśliwości pojawił się w „Poczwarce” nie bez powodu. Ogród został z pieczołowitością przemyślany i stworzony z namaszczeniem, tak jak Myszka. Jednak w przeciwieństwie do niej, symbolizuje wszelką doskonałość całego świata, pełen ład i harmonię oraz brak niedociągnięć, błędów, brzydoty. Kontrast w stosunku do dziewczynki aż razi w oczy. Coś tak sprzecznego chyba nie mogło się połączyć? A jednak… to Myszka dała początek Ogrodowi, a Ogród napełniał Myszkę życiem. W wyimaginowanym świecie pojawiają się także dwie postaci, alegoryczne do rodziców dziewczynki. Pierwsi ludzie, Adam i Ewa, również perfekcyjni jak otoczenie, w którym żyli, z idealnymi ciałami i beztroskim życiem. Jednak wydawali się plastikowi, jak lalki, Barbie i Ken. Są to o tyle ważne postaci, ponieważ w umyśle Myszki wytworzone zostały jako obraz rodziców.

Dzieci urodzone z różnego typu ułomnościami określa się zaszczytnym mianem „Dar Boga”, ponieważ można je przyjąć lub odrzucić. Przyjmując dar, nie wiemy, co nam przyniesie, czasem nie znamy jego zawartości. Tak samo i dzieci z zespołem downa, zajęczą wargą, wodogłowiem, białaczką, kalectwem niosą dla opiekunów, oprócz wielu wyrzeczeń, mnóstwo niespodzianek. Podobno „Dary Boga” są bliżej Niego dzięki swojej wrażliwości na bodźce oraz tajemnicy, którą On sam w nich umiejscowił.



„Poczwarka” to powieść nie tylko o chorobie. To powieść o rodzinie, jakich naprawdę wiele we współczesnym świecie – u rodziców niekończąca się pogoń za marzeniami, najczęściej wygórowanymi i nieuchwytnymi. A gdzieś z boku dziecko niespełniające oczekiwań, zupełnie nieidealne i odstające od wyobrażeń. Myszka to symbol dzieci zniewolonych, traktowanych jak maszynki do spełniania pragnień. Jak wiele razy rodzice popełniają ten błąd, który potem powielają ich potomkowie? To zamknięte koło, ale jest szansa, aby je zatrzymać. Książka daje nam czas na filozoficzne przemyślenia o naturze cywilizacji. Na pozór ten temat odstaje zupełnie od istoty historii, ale gdy tekst zinterpretujemy luźno, zobaczymy nas samych, wiele elementów z naszego życia zostanie odzwierciedlonych w osobie czy to Myszki, Ewy czy Adama.

Świetna książka, bardzo poruszająca, koniecznie do przeczytania. Wiele wyjaśnia, ale również stawia pytania. Łączy w sobie elementy fantastyczne, przemyślenia natury filozoficznej i szarość życia codziennego. Ukazuje trudy życia z dzieckiem niepełnosprawnym zaledwie cząstkowo, a mimo tego, oddziałują one na czytelnika bardzo mocno. Najbardziej urzekły mnie aluzje do Biblii i śmiała reinterpretacja poematu o stworzeniu świata. Świetnie ukazany kontrast pomiędzy rzeczywistością doskonałą, do której wszyscy dążymy, a tą pospolitą, pełną niedoskonałości, ale prawdziwą, której się wyrzekamy. Napisana językiem łatwym w odbiorze, ale myślę, że „Poczwarka” jest przeznaczona raczej dla osób dojrzałych emocjonalnie, bo wbrew pozorom to ciężka książka.


„Doskonałość jest zimna i boi się zbliżenia”

24 września, 2015

#31 Służące

„To tylko miejsca jakie się zajmuje, jak pionki w warcabach. Kto dla kogo pracuje, to wszystko jedno.”

„Służące” Kathryn Stockett, świetna powieść obyczajowa, której akcja toczy się w latach 50.-60. w Jackson w stanie Missisipi, bezapelacyjnie zasługuje na przyzwoitą ocenę. Nic dziwnego, że zdobyła serca czytelników na całym świecie i stała się bestsellerem „New York Timesa”. W końcu to historia właśnie taka, jakiej pragnie kultura masowa. Tylko czy w tym wypadku stanowi to problem i nie pozwala ustawić książki na wyższym poziomie? Tzw. „masówka” zwyczajowo kojarzy nam się z pracą „po łebkach”, produktem fabrycznym raczej na niskim poziomie i łatwym w odbiorze dla ludzi mało wymagających. Część się sprawdza i tutaj, np. przystępność dla każdego bez względu na wykształcenie, płeć, wiek. Jednak nie śmiałabym powiedzieć o powieści Kathryn Stockett, że została niedopracowana i nieprzemyślana. Rzadko mamy do czynienia z faktem, iż tak dobrze skonstruowany obyczaj znajduje się na początku listy bestsellerów literatury popularnej.

Na podstawie książki, wydanej w 2009r. powstał film pod tym samym tytułem, który obejrzałam i również gorąco polecam. Same kadry bardzo zachęcają, ponadto genialna kolorystyka, ciekawa obsada, wspaniała gra aktorska. W reprodukcji filmowej ominięto wiele historii, które pojawiły się w książce, a więc lepszym wyborem będzie najpierw poznać pierwowzór. Jednak jedna rzecz w adaptacji zwróciła moją uwagę, a mianowicie, nacisk położony na aspekt wiary w Boga, w powieści nie tak bardzo wyeksponowany, chociaż też obecny. To argument, który przemawia za tym, aby zapoznać się z obydwoma wersjami "Służących".

Jackson w Missisipi stanowiło do lat 70. synonim wszelkiej nietolerancji i rasizmu absolutnego. Cały stan był miejscem, gdzie kolorowi przeżywali piekło wyłącznie ze względu na swoją „odmienność”. Niektóre fragmenty książki obrazujące rozmiary awersji do Murzynów, jakimi dysponowali „biali arystokraci” mnie przerażały. W czasach, w których żyjemy nie potrafię wyobrazić sobie sytuacji, w której ktoś z mojego otoczenia traktowałby osoby innej narodowości jako „nie-człowieka”. Kogoś stworzonego po to, aby wykonywać ciężką pracę, ponieważ nie jest dość inteligentny ani uspołeczniony, aby żyć na równi z białą nad-rasą. Czy Wam też przypomina to historię Żydów podczas panowania Hitlera?

„W tamto rano wróciłam po tym, jak mnie wywalili, i tak stałam przed domem w nowych butach do pracy. W butach, za które mama zapłaciła tyle, że starczyłoby na miesięczny rachunek za światło. Wstyd nie jest czarny jak brud, chociaż wcześniej tak myślałam. Wstyd ma kolor nowego białego mundurka, co na jego kupno Twoja matka prasowała rzeczy przez całe noce. Jest biały bez smużki ani plamy.”

Rasizm był tematem tabu tamtych lat. Ludzie pragnęli o tym słyszeć, ale bali się pytać. Wśród znajomych woleli udawać, że nie mają z Czarnymi nic wspólnego. Byli jednak tacy, którzy wyłamywali się z tego kanonu, oczywiście kosztem utraty przyjaciół i czasem zniesmaczenia rodziny oraz rozpaczliwych prób zatrzymania wszelkich kontaktów z „nieludźmi” w sekrecie. Przykładem takiej osoby w „Służących” jest Eugenia Phelan, dla bliskich – Skeeter. Skeeter to uosobienie, wydawałoby się, wszelkich wykroczeń poza normy społeczne, jakie można by znaleźć w latach 60. Kobieta po dwudziestce, bez stałego związku, nie dbająca o wygląd, pragnąca zostać niezależną dziennikarką i, co najgorsze, konszachtująca z Murzynami. W sekrecie postanawia stworzyć książkę opisującą przeżycia pomocy domowych, oparte na bezpośrednim źródle, czyli wywiadach z czarną służbą. Nic dziwnego, że koleżanki szybko wykluczyły ją ze swojego grona, kiedy zaczęły ledwo podejrzewać, że coś jest nie tak. Nawet mama Skeeter wpadała w przerażenie i zamartwiała się, czy aby jej córka nie jest homoseksualna. Zaczęła wmuszać w nią ziołowe herbatki, aby uleczyć potencjalną „chorobę”.

„I nie mówię, że spotkanie z panienką Skeeter to dla mnie frajda (…). Utyskuję, wściekam się i dostaję szału przy drażliwych tematach. Ale liczy się jedno: lubię opowiadać te swoje historie, mam poczucie, że nie siedzę z założonymi rękami. Jak wychodzę, beton zalegający w piersiach jest rozluźniony, pokruszony i parę dni idzie oddychać.”

Oprócz Eugenii są także tytułowe służące. Dwie główne to Aibileen oraz Minny – kobiety o dwóch zupełnie odmiennych charakterach i każda z bogatymi, często smutnymi, historiami przeżytymi podczas kilkudziesięcioletniej pracy przy sprzątaniu w domach oraz opieki nad dziećmi białych pań.
Bardzo spodobał mi się powrót do lat 60. oraz ich całej irracjonalności. Poza tym, że był to czas wychodzenia np. poza ścisły schemat roli kobiety. Mam na myśli m.in. feminizm oraz wcześniej wspomniany homoseksualizm, na który zaczęto poświęcać więcej uwagi i zastanawiać się głębiej nad tym zjawiskiem. Absurdy pojawiały się wszędzie. Bogate białe panie, żyjące w luksusach na utrzymaniu męża i powierzające swoje dziecko pod opiekę pomocy domowej, są jednym z najlepszych przykładów takich właśnie paradoksów. Hilly – jedna z tych, które bez skrupułów wyrażają swoje zdanie o niskiej wartości osób kolorowych, a jednocześnie osoba najzacieklej walcząca o pomoc humanitarną dla dzieci głodujących w Afryce.


Poruszona również została kwestia przemocy domowej, ujęta w bardzo stereotypowy sposób, w książce pojawiła się w biednej rodzinie wielodzietnej. Jej ofiarą akurat była Minny, jedna ze służących, bita nagminnie przez swojego męża. Mimo tego, że wątek nie zajął zbyt dużo miejsca w powieści, to i tak daje do myślenia. Postawienie właśnie Minny na miejscu poszkodowanej, sprowadza czytelnika na ziemię. Pokazuje, że nawet najbardziej harde osoby, te które nie mają oporów, aby wykrzyczeć przeciwnikom prosto w twarz własnego zdania, również mogą być tępione. Portret psychologiczny postaci pogłębia się właśnie w ten sposób – twarda i nieustraszona wśród koleżanek i w pracy, a w domu pokorna żona, nie mogąca się odezwać. Oczywiście każdej z trzech głównych postaci – Aibileen, Minny i Skeeter, autorka poświęciła tyle samo uwagi i postarała się o jak najpełniejszy zarys charakterologiczny każdej z kobiet.

Czytając „Służące” nie mamy wątpliwości, że rzecz dzieje się w latach 60. w USA. Charakter tych czasów został bardzo zgrabnie ujęty i przewijając się w tle naprawdę sprawia wrażenie mocno dopracowanego. Te lata były bardzo charakterystyczne – mentalność ludzi przede wszystkim, a poza tym kosmetyczne szczegóły: ubrania, samochody, bankiety i bale dobroczynne, język, którym się posługiwano. Niby nic nie znaczące i nie dostrzegalne na co dzień, a tworzą właśnie tą niepowtarzalną dla każdego czasu aurę, cudownie uchwyconą przez autorkę. Zwłaszcza wśród służby, która w mowie używała stylu potocznego, a duża część książki była pisana właśnie z perspektywy Minny i Aibileeen narracją pierwszoosobową.

„Służące” to książka, którą zdecydowanie trzeba przeczytać. Główny poruszany wątek, rasizm, który być może dziś już nie jest ani tematem tabu, ani pierwszorzędną plotką na pierwsze strony gazet, jednak nadal się o nim mówi. Warto też poznać zupełnie inny punkt widzenia na sytuacje, przed którymi stawali ludzie 50 lat temu. Dodatkowo, powieść czyta się bardzo przyjemnie. Dotyka przede wszystkim świata kobiet, a więc polecam szczególnie płci pięknej – bohaterki na pewno zostaną zrozumiane.

„Czy nie taki był sens książki? Czy nie chodziło o to, żeby kobiety zrozumiały: <<Jesteśmy tylko dwiema istotami ludzkimi, nie tak znowu wiele nas dzieli. Znacznie mniej niż sądziłam>>”


17 września, 2015

#30 Wybawiciel

„Szukaj pieniędzy. Znajdź je i idź za nimi. One doprowadzą cię do rozwiązania.”

„Wybawiciel” Jo Nesbo, norweskiego autora, ponieważ już weszłam w skandynawskie klimaty, jest moją dopiero drugą książką we wrześniu, czym jestem załamana. Wpadam w poczucie winy, kiedy przestaję publikować recenzje, a jeszcze większe, gdy musze odkładać książki na bok. Niestety szkoła i bardzo dużo zajęć dodatkowych nie pozostawiają mi wyboru. Wracając do powieści, już od dłuższego czasu miałam ochotę przeczytać coś z pozycji tego autora, ponieważ słyszałam o nim naprawdę dużo pozytywnych opinii. Czy słusznych, sama musiałam się przekonać.

Nesbo przedstawia nam historię bardzo tajemniczego zabójstwa, a nawet kilku. Już od pierwszych stron akcja toczy się wartko, a czytelnika wciąga niesamowicie. Mnóstwo zwrotów akcji wspaniale dynamizuje tekst, co w dobrych kryminałach stanowi niezbędny czynnik. Bez „Wybawiciela” się nie ruszałam, pragnęłam go czytać w każdej wolnej chwili, ponieważ zostałam dosłownie pochłonięta w wir akcji. Główny bohater, równie jaskrawy jak i fabuła, to Harry Hole – zawodowo policjant do spraw zabójstw, a prywatnie alkoholik nie potrafiący sobie poradzić ze swoją znieczulicą. Poza tym, niesamowicie inteligentny człowiek, skupiający wokół siebie tylko ludzi równie rozumnych, a przy tym cierpliwych i tolerujących ostrą krytykę. Prowadzi on śledztwo dotyczące dziwnego zabójstwa Roberta Karlsena, żołnierza Armii Zbawienia. Nie mając żadnych wskazówek, niestrudzenie podąża za instynktem i wieloletnim doświadczeniem. Co jest dziwne, tak naprawdę tylko Harry Hole został nam przedstawiony „z bliska”, znamy jego życie prywatne, możemy wiele powiedzieć o jego charakterze po przeczytaniu książki. Reszta bohaterów pozostała anonimowa, bezkształtna. Jo Nesbo nie scharakteryzował żadnego z nich zbyt dokładnie. Cała uwaga narratora została skierowana na akcję. Myślę, że aby poznać pozostałe postaci, należy przeczytać resztę powieści Jo Nesbo z serii o Harrym Hole, co zamierzam uczynić.

„Picie sprawia, że nie tylko popadasz w irytację, ale również stajesz się irytujący. Nie przyszedłem tu, aby ci odbierać szacunek do samego siebie, męskość czy piwo. Ale akurat w tej chwili polega na tym, że wszystkie te trzy elementy znajdują się w tej szklance.”

Książkę rozpoczęto cytatem z Biblii, a więc od razu zdobyła moje uznanie i zainteresowanie. Uwielbiam wszelkiego rodzaju nawiązania, aluzje, reminiscencje i cytaty biblijne. Sam smak! A przez „Wybawiciela” wiara, czasem mocno dewotyczna, czy w ogóle temat Boga, Biblii, przewija się cyklicznie. Sama idea Amii Zbawienia, do której uczęszcza połowa postaci z powieści, odnosi się bezpośrednio do katolickiego traktowania bliskich oraz wiary w Słowo Boże.

W tym kryminale nie brak krwawych momentów, podobno stanowią one wręcz znamienną cechę autora. Jako osoba wrażliwa, nie lubuję się w opisach ciała reagującego na duszenie albo znalezionego w kontenerze na jednym z osiedli, jednak przecierpiałam pierwsze „lekcje anatomii”, potem przywykłam. Dosyć wstrząsający, chociaż pod pewnym względem ciekawy był incydent homoseksualnego fetyszystycznego gwałtu sadomasochistycznego. To taki jeden z elementów grozy wprowadzanych do kryminału.

„Nasze uprzedzenia pozwalają nam rozwiązywać sprawy, ponieważ nie są oparte na braku wiedzy, tylko na suchych faktach i doświadczeniu. Dlatego w tym pokoju zastrzegamy sobie prawo do dyskryminowania wszystkich, bez względu na rasę, religię i płeć.”

Jedna rzecz sprawiła, że poczułam się absolutnie zdruzgotana. Tłumaczenie. Jednego wyrazu. Przyznaję, że zupełnie nie znam języka norweskiego, ani chorwackiego (obydwa się tam łączą), ale jest jedno słowo, które nie dało mi spokoju, w gruncie rzeczy dosyć ważne. „Wybawiciel” po chorwacku: spasitelj to to samo słowo, co „Zbawca” „Zbawiciel”. Poza tytułem, w powieści są 2 bardzo ważne momenty,  które powinno łączyć właśnie to słowo. Gdzieś na początku pojawia się postać „Małego Wybawiciela” – młodego żołnierza, który dzięki swojej drobnej posturze ocala dużą część plutonu. Natomiast o kilkaset stron dalej, od koniec, detektywi wspominają go, kiedy „zmartwychwstaje” trzy dni po rzekomej śmierci od kuli pistoletu. Nazywają go wtedy Zbawicielem, tak jak Jezusa. I postać „Małego Wybawiciela”, bardzo ważna w powieści nabrałaby cudownej wielowymiarowości, głębszego sensu, a cała sytuacja stałaby się bardziej zrozumiała, gdyby był „Małym Zbawicielem”. To właśnie ten detal, którego zabrakło mi, aby ocenić pozycję jako prawie-że-arcydzieło. Jednak z racji tego, że wynika to wyłącznie z tłumaczenia, nie zaniżam oceny, ale nadal czuję się rozbita i smutna z tego powodu.

„Wybawiciel” Jo Nesbo to kryminał naprawdę wart przeczytania, wciągający i doprawiony detalami w postaci aluzji biblijnych i licznymi punktami zwrotnymi a także, jakże charakterystyczną postacią detektywa Harry’ego. Gorąco polecam każdemu, kto tylko toleruje nieco dramatyzmu  krwi w opisach. Nie rekomenduję tym, którzy nie mają czasu, bo książka może Was zbytnio wchłonąć i zapomnicie o swoich obowiązkach lub, jak ja, będziecie umierać z ciekawości przez cały dzień czekając na wolną chwilę do czytania, ponieważ nie wiecie co stanie się w następnym rozdziale.


„Bohatera od przestępcy dzielą jedynie zbiegi okoliczności i niuanse. (…) Praworządność to cnota leniwych i pozbawionych wizji. Gdyby nie ludzie nieposłuszni i łamiący prawo, do dziś żylibyśmy w feudalizmie.”

05 września, 2015

#29 Życie to nie bajka

Biorąc do ręki „Życie to nie bajka” miałam raczej negatywne przeczucia i nie stawiałam książce zbyt wysokich wymagań. Co mi kazało tak myśleć? Po pierwsze tytuł, który troszkę zalatuje tandetą – typowy frazes i nic poza tym. Po drugie, opis, który przypominał mi te z pozycji non fiction niskich lotów. Chociaż bywają naprawdę dobre historie z tego gatunku, ja się parę razy zraziłam i do nieznanych autorów podchodzę z rezerwą, ponieważ sztuka polega na tym, aby stworzyć piękną prozę na suchych faktach nie zmieniając ich ani nie ubarwiając. Na szczęście, Joanne Greenberg podołała zadaniu.

Deborah jako szesnastolatka zostaje przyjęta do szpitala psychiatrycznego na intensywną opiekę z powodu narastającej w niej od kilku lat choroby psychicznej. Pacjentka podejmuje się wyczerpującej walki z przeciwnościami, w których przez tyle czasu znajdowała jedyne wytchnienie. Ma świadomość trudu, z jakim będzie musiała się zetknąć, jednak to tylko czubek góry lodowej. Wspólną drogę przez proces leczenia przebywa z nią lekarka – pani Fried, doświadczona, bardzo empatyczna i wyrozumiała.

Schizofrenia traktowana jest na ogół jako coś odległego, co nas nie dotyczy, a schizofrenicy to według większości świry nadające się tylko do wariatkowa. Ludzie nic nie wiedzą o tej chorobie, a Joanne Greenberg stara się jak najlepiej przybliżyć im świat, z którym musi zmierzyć się osoba chora psychicznie. Autorka bazuje na własnych wspomnieniach, a więc o autentyczność tekstu nie musimy się martwić, w końcu interesem Greenberg było ukazanie choroby z jak najbliższej perspektywy. To, co zmartwiło mnie na początku, to że w książce ze wszystkich obaw, wrogów i omamów został po prostu stworzony świat, logiczny, z własną hierarchią, językiem, kodeksem. Odebrałam to jako coś absurdalnego, ponieważ nie sądziłam, żeby schizofrenik mógł wytworzyć „świat chorobowy”, jakby była zwyczajnie inna planeta na której żyje symultanicznie. Jednak później zrozumiałam, że taka osoba faktycznie mogła, nawet dla ułatwienia samej sobie życia ze schizofrenią, wytworzyć sobie oddzielną przestrzeń życiową. Interpretując to jeszcze inaczej, mogło być tak, że autorka dodała ten element, bądź co bądź ubarwienia, aby to czytelnik był w stanie wyobrazić sobie z czym na co dzień przebywa chory.

„U podłoża objawów, choroby i tajemnic leży wiele rzeczy. Wszystkie poszczególne elementy wzajemnie się podtrzymują i wzmacniają. W przeciwnym razie zaaplikowalibyśmy ci pierwszy lepszy lek (…)i byłoby po wszystkim. Lecz te objawy są wytworem wielu pragnień i służą wielu celom – właśnie dlatego pozbycie się ich sprawia ci tyle cierpienia.”

Zakładając, że stworzenie takiego świata w głowie Deborah faktycznie miało miejsce, zrobiła coś niewyobrażalnego i nierealnego dla „zdrowych” ludzi. Wszystko w pełni logiczne, pasujące i bez żadnych niedociągnięć, wszystko przemyślane. Własny język, Kolektywa, prawa i zasady członkowstwa. Ur zamiast świata obłędu przedstawiało czasem obraz sekty czy tajnego zgromadzenia sekciarskiego, co nie zmienia faktu, że dla Deborah było największym utrapieniem życiowym.

„Chorobą nie jest język ani bogowie, lecz ich moc, która odciąga cię od świata.”

U głównej bohaterki istnieją tak naprawdę nie dwa, a trzy światy. Chorobowy, szpitalny i ten zupełnie zewnętrzny, czyli rodzina. Dla Deborah najbardziej skomplikowanym staje się ten ostatni – nie potrafi żyć wśród bliskich, nie krzywdząc ich i nie „zatruwając ich swoją esencją”. Czytając opisy spotkań rodzinnych mamy świadomość napięcia, które tam istnieje. Razem z Deborah mamy wrażenie, że rodzice to obce istoty, próbujące naruszyć prywatną przestrzeń. I właśnie dlatego wiele chorych osób pragnie chronić się w bezpiecznych od wszelkich niebezpiecznych i ostrych rzeczy oraz właśnie przed „intruzami” wśród białych sal szpitalnych.
Kolejnym przywilejem szpitalnym według autorki zdaje się być paradoksalna wolność. Bo chociaż stopień zagrożenia dla zdrowia pacjenta ma być koniecznie ograniczony do absolutnego minimum poprzez wydzielanie papierosów, ołówków i nożyczek oraz zakaz używania perfum, lakierów do paznokci i tym podobnych, to właśnie tam „wariat” może być wariatem z krwi i kości. Tam może wyzwolić się zupełnie i nie przejmować się tym, co pomyślą inni. W końcu dlatego został umieszczony w szpitalu.

„Szorstkość i brutalność były ważnymi przywilejami szpitalnymi, które każdy maksymalnie wykorzystywał. Dla tych, którzy nigdy przedtem nie śmieli myśleć o sobie (…) jako o kimś ekscentrycznym i dziwnym, wolność polegała na tym, że mogli być wariatami, czubkami, świrniętymi, stukniętymi, a poważniej – szaleńcami, chorymi na umyśle, psychicznymi, obłąkanymi.”

Autorka przedstawia całą sytuację nie tylko dość niekonwencjonalnie, ale i bardzo obiektywnie, starając się przedstawić czytelnikowi nie tylko zepsuty i zniekształcony obraz rzeczywistości schizofreniczki, ale również przemyślenia lekarki, emocje rodziny czy historie innych pacjentek. To wszystko sprawia, że książka nie przytłacza monotonnością i nie narzuca subiektywnej oceny pochodzącej od głównej bohaterki. W takim razie powstało pytanie, co odczuwają rodzice Deborah. Rodzice siedzący bezczynnie w domu i niemający kontaktu z córką. Faktycznie, Esther i Jacob po oddaniu Deborah w ręce lekarzy, nie mieli nic do powiedzenia. Odradzano im spotkania z dzieckiem, przesyłano jedynie oficjalne i lakoniczne raporty o stanie zdrowia pacjentki. Natomiast młodsza siostra, która sprawia pozory niedoinformowanej i neutralnej, cierpi na brak uwagi.  W ten sposób choroba podstępnie atakuje całą rodzinę, jak trafnie zauważa Greenberg. Negatywne emocje wiążą jej członków w patologiczny sposób, a to tylko po to, aby prowizorycznie i mimo wszystkich starań, nieudolnie, zapełnić powstałą dziurę.

Znam niewiele książek, które tak trafnie oddałyby clou choroby czytelnikowi. Jeżeli koś byłby zainteresowany, polecam „Schizofrenia. Moja droga przez szaleństwo” Elyn R. Sacks. Swoją drogą, dobrze, że powstają takie powieści, które niosą za sobą nie tylko wzruszającą i prawdziwą historię ubraną w odpowiednie słowa, ale przy okazji edukują, to znaczy tworzą w głowie czytelnika obraz osoby chorej psychicznie nie jako świra i wariata, ale jako kogoś potrzebującego uwagi, uczuć i wsparcia. Joanne Greenberg stanęła na wysokości zadania i wspaniale opowiedziała historię Deborah. Warto przeczytać „Życie to nie bajka”, aby trochę skupić się i zebrać myśli (niektóre fragmenty wymagają mocnego zastanowienia) oraz poszerzyć swoje horyzonty.

„Sieją ziarno w żyznej glebie. Nie szczędzą słońca, wody i pożywienia. Wywabiają ziarno z łupiny, wołając: <<Chodź do nas!>> Słodkie śpiewy i odczucie ciepła. Wschodzą pierwsze zielone pędy, a oni już czekają z zakraplaczem pełnym kwasu.”


„Żyć to walczyć”

01 września, 2015

Podsumowanie wakacji 2015

Podsumowanie chciałam opublikować już wczoraj, niestety nie miałam czasu, dlatego teraz, już po oficjalnym zakończeniu wakacji - małe rozliczenie z książek, na które trafiłam w miesiącach czerwiec - sierpień.

Zanim zacznę, od razu zaznaczę, że liczyłam na to, iż przeczytam o wiele więcej książek. Przynajmniej tak planowałam. W końcu wakacje, tyle czasu wolnego, którego nie poświęcam na szkołę... Jednak substytutem nauki nie okazały się powieści i opowiadania, ale podróże. A w podróży wiadomo, jak ciężko czasem skupić się na tekście. Tym bardziej, jeśli jest się w towarzystwie, nie wypada przesiadywać z boku zatopionym w lekturze, choćby nie wiem jak się chciało. Wspomnienia z wakacji wspaniałe, ale między przygodami starałam się czytać kiedy mogłam i publikować posty w miarę regularnie.

Przeczytanych książek w sumie wyszło 20, z czego naprawdę wartych uwagi jest 7. Totalnych porażek zaliczyłam 3, a więc "saldo" na plusie.

Ranking tych najlepszych:

7. Raki pustelniki - Anne B. Ragde (recenzja tutaj)

 Duży plus przede wszystkim za symbolikę oraz niesamowity zmysł obserwatora u autorki, który pozwala odtworzyć tak subtelne zachowania u bohaterów, a także zauważyć zależności pomiędzy jednym wydarzeniem a drugim. Wszystko pięknie opisane, spójnie i przejrzyście.


6. Coraz mniej milczenia - Marta Fox (recenzja tutaj)

Szóste miejsce za pomysł Marty Fox, aby stworzyć opowiadania odwzorowujące świadectwa ludzi, zmieniając ich historie w jak najmniejszym stopniu. Pochwała za rzetelność i trzymanie się faktów przy umiejętności zainteresowania i wzruszenia czytelnika szczerością słów.



5. Sekretne życie pszczół - Sue Monk Kidd (recenzja tutaj)

Pozycja znajduje się w pierwszej piątce z uwagi na tematy w niej zawarte, bardzo ważne nie tylko dla społeczeństwa lat 50. (jakby się mogło wydawać) ale też i dla naszych. Mam na myśli rasizm oraz równouprawnienie kobiet i mężczyzn. Dodatkowo barwne opisy wioski, w której mieszkały główne bohaterki zostają na długo w pamięci i stwarzają w głowie naprawdę realny obraz.



4. Zaciszny Zakątek - Agata Kołakowska (recenzja tutaj)

Przede wszystkim - niesamowita atmosfera podczas czytania. Ten klimat, dosłownie unoszący się w powietrzu nad naszą głową. Jakbyśmy sami mieszkali w Zacisznym Zakątku! Ujęcie delikatnych spraw, takich jak samobójstwo, z niekonwencjonalnych punktów widzenia również bardzo podnosi wartość pozycji. W ogóle pomysł przedstawienia tej samej sytuacji pod bardzo różnym kątem używając do tego bohaterek bardzo trafiony.



3. Animal Farm - George Orwell (recenzja tutaj)

Czyli klasyka. O "Folwarku zwierzęcym" nie musze dużo mówić, ponieważ mam nadzije, ze jest Wam dobrze znany. Najbardziej urzekło mnie, jak zwykle u Orwella, zastosowanie zasady "minimum tekstu, maksimum treści" i faktyczne zmieszczenie w tak małej ilości stron, tak wielu ważnych elementów. Splecenie polityki i pracy na roli, dość niekonwencjonalne, ale bardzo efektowne.



2. Cień wiatru - Carlos Ruiz Zafón (recenzja tutaj)

Drugie, zaszczytne miejsce zdobywa pierwsza część trylogii "Cmentarza Zakazanych Książek" mojego ukochanego autora Zafóna. Za każdym razem zachwyca mnie jego styl, język i ten piękny klimat który potrafi stworzyć za pomocą słowa. Bohaterowie napisani absolutnie bezbłędnie, często nas zaskakują, chociaż wydaje nam się, że ich znamy. Tworzą oni wartką akcję, która wciąga nas bez reszty i sprawia, że nie przepuścimy okazji przeczytania kolejnych części trylogii.



1. Szczygieł - Donna Tartt (recenzja tutaj)

Od początku wiedziałam, ze jeśli to nie będzie książka roku (na co ma duże szanse), to i tak na pewno zdobędzie tytuł Królowej Wakacji. Jeśli mogę, to jeszcze raz bardzo gorąco zachęcam Was do jej przeczytania, ponieważ to wspaniałe przeżycie, a myśl o głównym bohaterze, Theo, z pewnością zostanie z Wami a długo. Ja momentami wciąż wspominam przygody, które, zdawało mi się, przeżywałam razem z nim. Perfekcyjne połączenie wszystkich wątków, każdy najmniejszy detal dopracowany do perfekcji, esencja wyciągnięta z poszczególnych elementów i całość niesamowicie spójna, chociaż tak kontrastowa. 840 stron czystego artyzmu. Jeszcze raz polecam.




Zdecydowałam, ze nie ma sensu robić rankingu najgorszych książek. Po prostu wszystkie były słabe, oczywiście mając jakąś zaletę, ale niestety nie wspominam ich ciepło. Są to:

1. Oczyszczenie - Andrew Miller (recenzja tutaj)



2. Corpus Delicti - Juli Zeh (recenzja tutaj)



3. Hannibal - Thomas Harris (recenzja tutaj)


Jaka była wasza wakacyjna książkowa miłość? :)