29 października, 2015

#37 Oddam ci słońce

W kręgach blogerskich bez trudu można trafić na bardzo liczne i bardzo pochlebne opinie o książce Jandy Nelson, „Oddam ci słońce”. Postanowiłam sama ją wypróbować i… zdecydowanie się nie zawiodłam.



„Oddam ci słońce” to powieść o bliźniakach – Jude i Noahu, którzy w dzieciństwie mieli bardzo bliskie relacje, ale wskutek nieodpowiednich decyzji, rodzinnych spraw i innych zewnętrznych czynników (nie chcę zbytnio spoilerować) ich więzi ulegają powolnemu rozkładowi. Siostra, wydaje się być twarda i nieugięta, ciągle w centrum uwagi, ale w rzeczywistości ma w sobie pokłady strachu i niepewności co do świata i samej siebie. Z kolei Noah, artysta, bardzo wrażliwy na krytykę i odstający od grupy, jednak z niesamowicie barwną (dosłownie) duszą. Część fabuły została przedstawiona z perspektywy trzynasto-czternastoletniego Noaha, a część, już dwa lata później z punktu widzenia Jude. Już sama idea podzielenia wspólnej historii między dwa umysły jest świetna. Tak samo, przeskoki w czasie i ujęcie tych samych wydarzeń pod różnymi kątami to, według mnie, genialny pomysł.

Nelson stworzyła bezkonkurencyjnych bohaterów. Nie przesadzam! Osobowości się przenikają, oddalają, stykają. Każda z postaci to zupełnie inny charakter, a jednak przez całą powieść te charaktery splatają się ze sobą w różnych, niespodziewanych momentach. Autorka każdemu bohaterowi rozdała cechy tak, aby różnił się jak najbardziej skrajnie, od pozostałych. I bardzo dobrze, jak dla mnie takie zróżnicowanie pokazuje istotę książki, którą są właśnie relacje między osobami, zmieniające się na przestrzeni wydarzeń oraz to, jak ludzie się zmieniają w przeciągu lat. Poza dwójką głównych bohaterów, dużą rolę odgrywają również postaci drugoplanowe, chociażby rodzice bliźniaków. O ich względy Jude i Noah nieustannie rywalizują, z początku ukrycie, potem coraz bardziej otwarcie, a niepostrzeżenie ich więzi rozpadają się coraz bardziej.

Wielką zaletą powieści jest to, w jaki sposób zostały opisane prozaiczne czynności, stany, zwykli ludzie. Tutaj pole do popisu miał przede wszystkim Noah, bo jego postrzeganie świata… nietuzinkowe, fantastyczne, créme de la créme! Jego widzenie nie ogranicza się do trój wymiaru, jakim zostali obdarzeni powszechni śmiertelnicy. Noah ma własny świat – wypełniony pełnią barw, kolorów, zwierząt, natury. Groźny chłopak przemieni się w bryłę betonu, jego pięści w granaty, a jego uderzenie spowoduje wybuch wszystkich rysunków, które krzątają się po głowie. Czasem to piękne, ale w takich sytuacjach bywa uciążliwe. Noah to chłopiec-uczucie, on JEST emocją, potrafi w nią wniknąć tak, jak w przyjazne, pełne zielonej energii drzewo.

„Rzeczywistość miażdży. Świat jest ciasny jak but. Jak to można wytrzymać?”

Z kolei Jude ma tą zaletę, że, jak to dziewczyna w wieku dorastania, jest zmienna, a co za tym idzie, jej postać ma bardzo ciekawe wnętrze. Sama nie do końca umie siebie znaleźć w pędzącym świecie, a co dopiero mówić o znalezieniu brata. Chwilami może wydawać się nawet zadufana w sobie, ale w głębi duszy skrywa pierwiastek romantyczności, który aż prosi się, aby wypuścić go na wolność. Tak samo jak brat, ma ogromne uzdolnienia artystyczne, jednak stara się je negować i nie wystawiać na światło dzienne, ze względu na kompleks niższości wobec Noaha. Faktycznie, zazdrość między rodzeństwem potrafi zniszczyć życie obojga.

„Tego właśnie chciała: chwycić swojego barat za rękę i pobiec powrotem przez czad, gubiąc kolejne lata, jak płaszcze spadające nam z ramion.”

W książce pojawia się wątek miłości, bardzo szeroko pojętej. Przechodzimy przez prawie wszystkie jej typy, odmiany, stany. W pewnym momencie zaczynamy sobie zadawać pytanie, czym ona jest. Miłość rodzeństwa, małżeńska, homoseksualna, zakazana, nieodwzajemniona, niepewna, szczera, namiętna, ulotna, pozorna. I tak ominęłam sporo z tego, co Nelson pięknie opisała, ale przekrój rzeczywiście bardzo zróżnicowany. To właśnie głębsza część książki, w której autorka troszkę znęca się nad czytelnikiem, każąc mu przystanąć i przemyśleć parę spraw. Ja, czytając „Oddam ci słońce” miałam takie momenty, kiedy musiałam przerwać czytanie i … „Zaraz, chwila, przecież to nie może być prawda!” I mimo że niektóre historie wydają się nie z tej ziemi, wszystko jest takie znajome, myślę, że dla każdego z nas.



W czytaniu „Oddam ci słońce” jest coś niesamowicie magicznego. Wkraczając w świat Jude i Noaha odkrywamy pewne pojęcia, a może i nas samych w nowym świetle. Przede wszystkim odsłaniamy wspaniałą historię, chociaż pełną nieodpowiednich decyzji, to zmierzającą w dobrym kierunku. To i wiele humorystycznych momentów sprawia, że jest to powieść superoptymistyczna. Nierzadko zdarzało się, że czytając o poczynaniach bohaterów śmiałam się pod nosem, bo byli absolutnie rozkoszni. Szczerze polecam, chyba każdemu, a najgoręcej skłóconemu rodzeństwu i prawdziwym artystom. Być może odnajdą dużą część siebie w głównych bohaterach.

„(Autoportret: Chłopiec przemienia świat, zanim świat zmieni jego.)”





27 października, 2015

Sweets BookTag

Kto nie lubi zjeść małego co-nieco? Ciasteczko i kawka do książki to to, co Czytelniczki lubią najbardziej, a więc Sweets BookTag jak najbardziej adekwatny ;)
Zaczynamy!

1. Donut, czyli książka, w której czegoś Ci brakowało



W "Belli" Lisy Samson brakowało mi w ożywienia akcji, wprowadzenia jakiegoś punktu zaczepienia, czegoś, co rozkręciłoby fabułę. Niestety momentami książka się przeciągała i, co gorsze, była sztuczna. Gdyby dopełnić ją bohaterami z niewymuszoną naturalnością i chociaż jedną zaskakującą akcją... Byłoby idealnie, bo koncept i tematyka świetne.

2. Pudding, czyli książka z rozlazłym bohaterem



Dawno przeczytana "Bransoletka" Ewy Nowak, taka z gatunku łatwych, szybkich i przyjemnych, miała jednego bohatera, który niezmiernie działał mi na nerwy przez cały czas. Karol - dziwak, fajtłapa, maminsynek, gapa, ciamajda. Gorzej niż niejedna dziewczyna. Na szczęście na końcu powieści jego postać przyjmuje zupełnie inny wydźwięk...

3. Lody, książka, która zmroziła Ci krew w żyłach



Po długich rozmyślaniach i wahaniach wybieram "Milczeniem owiec" Thomasa Harrisa, ze względu na mnogość scen ohydnych, odrażających, przerażających, paskudnych, nieludzkich i w ogóle najgorszych. Miałam na myśli jeszcze "Wybawiciela" Jo Nesbo, ale jednak proporcjonalnie wskaźnik "straszności" książki był większy u pierwszego autora, co nie oznacza, że jego dzieło jest lepsze.

4. Czekolada, książka, którą możesz czytać w kółko i nigdy Ci się nie znudzi



Tutaj spór nie do rozstrzygnięcia, więc nominuję dwie książki, jakkolwiek, z jednej trylogii, więc mam nadzieję, że nie będziecie mieć mi tego za złe. Pod uwagę brałam też inne, ale żadna nie mogła równać się z Zafónem. "Cień wiatru" i "Więzień nieba" to pozycje które trzeba przeczytać PRZYNAJMNIEJ raz. Ja nie mogłam się oprzeć, pierwszą z nich przeczytałam już 2 razy, drugą bodajże 3 i wcale nie zamierzam na tym skończyć. Świetne pod każdym względem, stylistyka, bohaterowie, fabuła, tło scenerii po prostu sam smak.

5. Ciastko, książka, która złamała Ci serce



Większość osób pewnie wybrałaby romans, ale ja nie. To mnie nie rusza, "działają" na mnie raczej inne rzeczy. W związku z tym,że bardzo bardzo często wzruszam się przy książkach i wiele łamie mi serce (jedną z ostatnich była np. "Poczwarka", tutaj recenzja), to wybieram pierwszą, przy której się rozpłakałam. "Chłopcy z placu broni" - piękna historia, którą chyba każdy z Was zna i mam nadzieję, że nie tylko ja płakałam na końcu. Zresztą, po skończeniu powieści płakałam jeszcze przez pół nocy i nie mogłam uwierzyć, chciałam zmienić to zakończenie i do tej pory wracam myślami do "Chłopców z placu broni" z sentymentem.

6. Cukierek, ulubiona książka, tudzież książka z dzieciństwa



Skoro "Chłopców z placu broni" wykorzystałam już w poprzedniej konkurencji, to zaszczytne miejsce zajmie "Oskar i pani Róża". Wybrałabym "Małego Księcia", ale to nie jest książka mojego dzieciństwa, cały czas do niej wracam, a poza tym poznałam ją dopiero w połowie gimnazjum. "Oskar i pani Róża", również przez Was dobrze znana powieść, również wzruszająca, a przy tym napisana niesamowicie prostym językiem, trafiającym do każdego. Jeśli ktoś nie czytał, lektura obowiązkowa!

7. Tort, najcudowniejsza książka, która zawsze wprawia Cię w dobry nastrój



Bezapelacyjnie "Płótno" Agaty Kołakowskiej. Pisze tak optymistyczne książki, że za każdym razem kiedy mam okazję przeczytać jakąś jej powieść, zaczynam już z uśmiechem na twarzy, wiedząc, że po skończeniu uśmiech będzie jeszcze większy. Agata Kołakowska nigdy mnie nie zawodzi kiedy mam gorszy humor. I Wam bardzo polecam sięgnąć po "Płótno" (tu recenzja) czy chociażby "Zaciszny Zakątek" (tu recenzja) na jesienną chandrę.

Tag przejęty od
Książkopatia
Do tagu nominuję:
wszystkich, co jeszcze nie robili :)
Aleja Czytelnika
Ańcię z Cmentarzyska Książek
Złodziejkę Książek









25 października, 2015

#36 Epoka hipokryzji

 „Epoka hipokryzji” to książka, która już kilka razy zdążyła przewinąć się gdzieś między półkami i zaciekawiła mnie przede wszystkim tematyką, także kiedy miałam okazję ją przeczytać, bardzo chętnie skorzystałam, i Was też do tego zachęcam.

„Obecnie w miłości panuje bunt, protest, zerwanie wszystkich więzów. Freud, homoseksualizm, kobieta w roli mężczyzny i mężczyzna w roli kobiety, słowem, epoka burzy i naporu.”



Pozycja traktuje o erotyce w przedwojennej Polsce, kiedy, wbrew popularnym przekonaniom, seks odgrywał naprawdę wielkie znaczenie. „Z wierzchu”, faktycznie, była to epoka nieśmiałości, pruderii i cnoty, jednak po dogłębnym zbadaniu historii okazuje się, że na przełomie XIX i XX wieku Polacy mieli pomysły śmielsze niż czasami my teraz. W domach, parkach, miejscach publicznych rządziło wyuzdanie, a kraj stał się Sodomą i Gomorą przykrytą pozorami czystości.

Książkę, która bez przypisów ma 416 stron (z przypisami i aneksem 475) czyta się stosunkowo szybko, na pewno ze względu na ciekawy temat i w ogóle, lekkie pióro autora. Kamil Janicki sprawnie porusza się między zdaniami, wkomponowuje nieliczne skrawki świadczące o istocie przedwojennej Polski w ciekawe rozdziały. „Epoka hipokryzji” została wydana w serii CiekawostkiHistoryczne.pl i teraz wiem, że na jednym egzemplarzu nie pozostanę. Mam ochotę zapoznać się z innymi tego typu pozycjami, bo uwielbiam historię „od kuchni”.

Na duży plus autor zarabia tym, że bardzo dokładnie zgłębiał każdy temat, sięgając do najprzeróżniejszych źródeł, czasem bardzo niekonwencjonalnych. Oczywiście podstawową bazę stanowiły tutaj publikacje z XIX/ XX wieku traktujące o seksualności, erotyce, wszystkim co z nimi związane. Janicki przywołał ich całe mnóstwo, a my możemy przebierać bez końca! Dodatkowo zasięgnął informacji w odważnych przedwojennych czasopismach. Tutaj królowały „Nowy Dekameron” i „Amorek”, ale oprócz nich naliczyłam jeszcze 41 innych wspomnianych przeglądów. Skorzystał z ich tekstów prasowych oraz obrazków zamieszczanych na łamach gazet. Różnego rodzaju aukcje, np. prototypów wibratorów, literatura, opowieści krążące między ludźmi – autor zadbał o to wszystko i wyssał, według mnie do dna, to nikłe źródełko informacji o erotyce w przedwojennej Polsce. Tak więc temat przedstawiono, jak dla amatorów, bardzo wyczerpująco. Urażone mogłyby się poczuć jednak osoby z większą wiedzą historyczną i jakimś zapleczem wiadomości, świadome innych pikantnych szczegółów. Sam autor na końcu zaznacza, że w 400 stronach nie sposób zmieścić wszystkich informacji i opracować dokładnie każdego tematu, a ja i tak jestem bardzo usatysfakcjonowana.

„Ta książka to tylko próba przedstawienia pewnego zarysu rzeczywistości – innej wizji II RP niż ta znana z podręczników.”

W „Epoce hipokryzji” sprawdziło się również podzielenie jej na działy, rozdziały, podtytuły. W każdym dziale inna tematyka, np. o masturbacji, stosunkach w miejscach publicznych, pornografii, antykoncepcji, homoseksualizmie. Takie usystematyzowanie tekstu pozwalało mi bardziej się skupić, przypomnieć sobie poprzednie rozdziały i w ogóle pozbierać do kupy wiadomości. Bardzo wygodny i korzystny format, właściwie same zalety.

„Najłatwiej zarobić na seksie.”

Książka ni miałaby sensu, gdyby autor chciał coś przed swoim czytelnikiem ukryć lub zataić. Dlatego przedstawił fakty bez tabu, żadnej niezręczności i z możliwie jak największej ilości perspektyw. I dzięki temu mogłaby to być nawet pozycja naukowa, ale nie stanie się nią, ponieważ sporo w niej subiektywizmu. Wyczytamy go raczej między wierszami niż bezpośrednio, chociaż i to się zdarza. Janicki przyjmuje określone stanowisko i właściwie nie stanowi to jakiegoś wielkiego problemu, ale trochę odbiera wiarygodności, którą zdobył powołując się na ogromną liczbę autorytetów, literaturę, zabytki. Z drugiej strony, w tego typu pozycji, jawne przedstawianie własnej opinii i wtrącenia osobiste trochę ją „odciążają”. Nie bazuje się tylko na twardych dowodach, ale również na luźnych teoriach. Taka książka pół na pół, dlatego mam trudności z jej dookreśleniem.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o freudyzmie, oczywiście odgrywającym znaczącą rolę w erotyce przedwojennej całej Europy. Janicki odkrywa, że to wcale nie Freud jako pierwszy odnalazł Graala w dziedzinie seksuologii. Oświadcza, że już pół wieku przed nim polscy naukowcy w swoich publikacjach zamieszczali informacje, które mogłyby świadczyć o istnieniu przedświadomości, istoty autoerotyki itp. Mogłyby, ale nie świadczą, ponieważ z przytoczonych fragmentów wnioskuję, że były zbyt ogólnikowe. Z kolei ich autorzy wcale nie posunęli się dalej niż poeci piszący 300-400 lat przed nimi, którzy to domniemywali, iż w umyśle skrywa się jakby drugi człowiek, rozkazujący im myśleć to, co myślą i przelewać na papier. Historia psychoanalizy sięga bardzo głęboko, co do tego nigdy nie będę się spierać, ale Polacy nie byli pierwsi. Freud faktycznie też nie, przed nim był chociażby jego współpracownik i dobry przyjaciel, Josef Breuer, wciąż pomijany z niewiadomych mi powodów. Wydaje mi się, że Freud ukradł zdecydowaną część jego wkładu pracy i przypisał sobie, ale to już dygresje poza tematem. Zainteresowanych odsyłam do „Pasji utajonych” Irvinga Stone’a.

Z rzeczy praktycznych – „Epoka hipokryzji” nie nadaje się do autobusu. Nie ze względu na twardą okładkę, wbrew pozorom nie jest aż taka ciężka, ale możecie liczyć się z zaglądaniem przez ramię, ciekawskimi lub zgorszonymi spojrzeniami współpasażerów kiedy zauważą lid typu „<<Łechtaczka przykryta kapiszonem>>. Jak zdemaskować fałszywą dziewicę?” a zaraz obok bezwstydny rysunek przedstawiający piękną, czarnowłosą panią ledwo ledwo przykrytą halką na łóżku w namiętnej pozie. Zdjęcia też się znajdą. Po jakimś czasie już zaprzestałam  czytania tej książki w miejscach publicznych.



Szczególnie polecam osobom, które, tak jak ja, nie zadowolą się sztywnymi faktami historycznymi z nudnych podręczników i pragną dowiedzieć się więcej. Ciekawostek historycznych tutaj nie brakuje, krążą wokół tematu erotyki, na dziś dzień wśród niektórych kręgów wciąż pozostającym tabu. Łatwa, szybka i przyjemna, ale wartościowa, poparta autorytetami i autentycznymi wydarzeniami. Momentami śmieszna, czasem wstrząsająca i godna polecenia. J



18 października, 2015

#35 Pianistka

Austriaczka Elfriede Jelinek „Pianistką” zapewniła sobie Literacką Nagrodę Nobla w 2004r. Ta informacja widnieje na obwolucie i dumnie zapowiada wysoki poziom książki. Oczywiście przede wszystkim to właśnie ten fakt mnie przyciągnął i zainteresował, a po przeczytaniu mogę z ręką na sercu powiedzieć, że dokonałam słusznego wyboru sięgając właśnie po tą pozycję. Dlaczego?



Tytułowa pianistka, Erika, to kobieta przed czterdziestką, zwana tak ze względu na swoją profesję – naucza gry na pianinie, sporadycznie też na innych instrumentach. Po szkole muzycznej, zamiast sprawdzać się w zawodzie jako zawodowa wirtuozka i zaszczycać swoją obecnością światowe orkiestry, musi borykać się z młodocianymi uczniami, zazwyczaj o wątpliwej przyszłości artystycznej. Pomimo swojego wieku, nadal mieszka wraz z matką w mikroskopijnej kawalerce i zbiera grosz do grosza, aby kiedyś wynieść się z klaustrofobicznego półświatka na przestronne gale, bankiety i przede wszystkim – do własnego pokoju. Bo póki co, dzieli łoże małżeńskie ze swoją rodzicielką. Jej sytuacja rodzinna sprawia niemałe kłopoty na tle zawodowym i psychicznym oraz powoduje turbulencje uniemożliwiające poprawne życie.

Erika jest o tyle ciekawą postacią, że jej zgłębianie daje dostatnią satysfakcję. Jej osobowość można poznawać na wielu płaszczyznach, zastanawiać się co, jak i dlaczego, po co, w jaki sposób. Tutaj pole do popisu mają psychoanalitycy, i mówię to nie tylko ze względu na swoją słabość do tego zagadnienia. Panna Kohut to bohaterka niesamowicie ambiwalentna, sama nie do końca umiejąca siebie określić, ale nic w tym dziwnego, skoro w domu od co najmniej od trzydziestu pięciu lat otrzymuje tak sprzeczne sygnały od matki, jedynego boga we własnej osobie. Pragnie wyzwolić się z dotychczasowych pęt i wreszcie żyć własnym życiem, a jednocześnie nie ma możliwości uciec – nie wie nawet gdzie, musi szukać na oślep, bo nigdy nie zaznała innej miłości niż tej, której fundamenty stanowią kary (często cielesne).

„Obowiązkiem matki jest pomagać w podejmowaniu decyzji i zapobiegać decyzjom niewłaściwym. Nie trzeba potem mozolnie opatrywać ran, bo w ogóle nie dopuszczono do skaleczenia. Matka woli sama kaleczyć Erikę i potem doglądać procesu gojenia.”

W pierwszej części utworu na pierwszy plan wysuwają się więzi rodzinne, podchodzące pod patologiczne, jednak wcale nie tak rażące jakby się na pozór mogło wydawać. W naszych czasach wiele rodziców widzi w swoich dzieciach materiał na uosobienie niespełnionych marzeń. Tak i w „Pianistce”, pani Kohut tłamsi Erikę i stwarza jej jak najlepsze warunki, aby mogła osiągnąć cel swojej matki: zostać sławną artystką. Odejmując sobie każdy grosz od ust, skrupulatnie zbiera na specjalistyczne kursy, koncerty znanych twórców, nowy większy dom. A to wszystko po to, by uszczęśliwić córkę SIEBIE. Tak gładko główny temat przeskakuje z Eriki na jej rodzica, szczególnie na jego niedowartościowanie. W ogóle ciekawym wątkiem stała się tutaj znana wszystkim (najbliżej pewnie z domu rodzinnego) rywalizacja matki z córką – problem odwieczny i nikogo nie dziwiący, będący jedynie częścią natury psychicznej człowieka. Tutaj konflikt międzypokoleniowy Jelinek postawiła jako clou programu, pewnego rodzaju bazę, na której wszystko się zaczyna i kończy.

W drugiej części czytelnik razem z główną bohaterką dojrzewa do poznania miłości nie tylko rodzicielskiej, ale też tej zakazanej. Wtapia się w tło obserwując kochanków – Erikę i Klemmera, którzy dość nieporadnie podchodzą do tak zwanej „miłości”, nie bardzo wiedzą jak i z czym to ugryźć. Ta groteska zapewnia dobrą zabawę przy lekturze, oczywiście nie szczędząc obrzydliwości. Wszystko zależy od perspektywy, czytelnik ma spore pole do popisu przy takich tragikomediach i sam wybierze, czy woli się śmiać czy bulwersować. Mnie relacja między nauczycielką a uczniem faktycznie śmieszyła, obydwoje byli tak nieporadni jak małe dzieci stawiające swoje pierwsze kroki, jeszcze nie umiejące się obyć bez sprzętów pomocniczych. Obydwoje niezdecydowani i wstydzący się samych siebie, a przy tym bardzo emocjonalni i impulsywni. Para co najmniej nietuzinkowa i zawierająca wszelkie ukrywane przez społeczeństwo słabostki, stawiająca wyzwanie dzisiejszej hipokryzji dotyczącej spraw seksualnych.

„Teczka z nutami jak zwykle ściśnięta pod pachą, zamek błyskawiczny szczelnie zasunięty. Wszystko, co w Erice ma jakieś zamknięcia, jest zamknięte.”

W książce zostały przedstawione tematy tabu, ważne dla społeczeństwa, ale omijane szerokim łukiem, wśród „normalnych ludzi” wstydliwe i gorszące. A przez Jelinek podane ładnie w sposób godny szacunku, zupełnie obiektywny i neutralny.

Fabuła „Pianistki” jest bardzo rozciągnięta w czasie, tak naprawdę składa się z kilku ledwo ledwo połączonych ze sobą cienką nicią wydarzeń, także treści bezpośredniej tutaj niewiele. Ale to właśnie pozwala nam skupić się na pięknej formie, w jakiej została podana. Jelinek reprezentuje bardzo charakterystyczną stylistykę, osobiście przypomina mi trochę naszego polskiego Gombrowicza. Niekonwencjonalne porównania, zaskakujące zestawienia, liczne metafory i odważne epitety. Dla czytelnika być może trudne i momentami uciążliwe, ale spróbujcie kiedyś sami coś takiego napisać! Nie każdy to potrafi, bardzo trudno jest odkrywać w tak przyziemnych czynnościach tak niesamowite zależności. Zmysł obserwatora i talent pisarski nie wystarczą, konieczny jest otwarty , skupiony i wytrenowany umysł. Widać, że autorka dogłębnie zbadała poruszane tematy, uważnie obserwowała i dopięła wszystko na ostatni guzik. Za to bardzo duży plus dla powieści.

„Brudna fala klasyki wylewa się wszystkimi otworami domu i spływa po zboczach w dolinę.”

W związku z takim specyficznym stylem pisania, prawdopodobnie bardzo ciężko było przełożyć na inne języki tą powieść. Zresztą w kilku miejscach pojawia się adnotacja od tłumacza: „nieprzetłumaczalna gra słów”, czy „Erika – imię znaczące”. Szczególnie trudne wyzwanie dla interpretatorów zazwyczaj stanowi właśnie gra słów, a gdy dokładamy jeszcze tą stylistykę, w której tak naprawdę każde słowo ma znaczenie, ze względu na swoją wartość emocjonalną i układ liter, sylab… właściwie wszystko, to mam ochotę składać niskie pokłony translatorom. Mam nadzieję, że Ryszard Turczyn rzeczywiście jak najwierniej przełożył treść „Pianistki”.



„Zaufanie to dobra rzecz, ale kontrola jest wskazana.”

Czytanie „Pianistki” to czysta przyjemność i dla wytrawnego czytelnika prawdziwa uczta. Natomiast jeśli ktoś woli sięgnąć po coś niezobowiązującego i „lżejszego”, ta pozycja raczej nie będzie dobrym wyborem. Zachwyca kunsztownym wykonaniem, dopracowaniem i przede wszystkim cudowną formą, ale aby wyciągnąć z niej całą jej wartość, należy porządnie się wczytać i trochę pogłówkować.


12 października, 2015

#34 Bellagrand

„Byli całkowicie spłukani, materialnie i emocjonalnie, i nie mieli sobie nic do powiedzenia.”

 „Bellagrand”, czyli książka o młodzieńczym i namiętnym zakochaniu, niosącym za sobą nieodwracalne skutki. Książka pełna przygód, kipiących aż od prawdziwych emocji. Książka o sile przyjaźni, o wierności, o relacjach rodzinnych, o polityce i o starciu kultur. Paullina Simons opowiedziała historię dwójki ludzi, których obdarzyła czasem niezmierzonych cierpień i problemów, ale i chwilami sielanki. Przedstawiła czytelnikom parę tak skrajną, jak tylko można sobie wyobrazić – ona, imigrantka z Włoch, on, niezadowolony ze swojego pochodzenia Amerykanin. Czy możliwe jest, aby z dwóch tak sprzecznych nie tylko kultur, przekonań, ale i osobowości, powstała tak epatująca pożądliwością pełna miłość?

Widocznie tak, skoro małżeństwo Giny i Harry’ego potrafi przetrwać życie w nędznych warunkach, wciąż pod dachem Mimoo, matki kobiety. Mąż, zbyt dumny, aby podjąć się pracy jakiejkolwiek poza wykładaniem na Harvardzie, nie może utrzymać żony, która zarabia w przędzalni, aby związać koniec z końcem. Dodatkowo, mężczyzna wielbi teorię socjalistyczne oraz w ogóle wszystko związane z Rosją radziecką, co w Ameryce lat 20. jest bardzo ryzykowne.  Gina z biernie zezwala ukochanemu na wszystkie niekonwencjonalne poglądy, byleby zatrzymać go przy sobie, nawet ceną problemów na tle politycznym.

„Nigdy się nie bój, delitto mio. Jesteśmy tacy, jak marzyliśmy. Czasem oddaleni, ale zawsze razem.”

Przyrzekam, że dawno żadna książka nie wprawiła mnie w taką konsternację. Sprzeczności nie występują tylko w bohaterach, ale i w stylu autorki. Po przeczytaniu jej genialnego „Jeźdźca miedzianego”, nastawiałam się na najlepsze i najlepsze otrzymałam. Niestety, autorka postawiła mnie w trudnej sytuacji, wtrącając między fragmenty naprawdę wysokiej klasy, coś co w ogóle do niej nie pasuje – elementy tandetnego romansu. Naprawdę, niektóre sceny (często zajmujące sporo miejsca) mocno trąciły myszką i nie wierzyłam własnym oczom, że Paullina Simons to pisała. Gdy w pewnym momencie Ginie i Harry’emu zaczęło się bardzo powodzić, można by powiedzieć, że trafili w sam środek raju i żyli w błogiej bezczynności, nie martwiąc się zbytnio o daleką przyszłość. Takie wyrwanie z koszmaru było potrzebne bohaterom i fabule, aby nabrała pełniejszego kształtu, stała się bardziej interesująca, zaskakująca i wartościowa i różnorodna. Jednak ta idylla trwała za długo! Podczas połowy książki praktycznie nic się nie działo, totalne zawieszenie akcji. Wszystko stanęło i przez zbyt długi czas ani myślało ruszyć. Przerażała mnie nie tyle sama stagnacja, a brak dążenia do jakiegoś celu u bohaterów. Równocześnie z pozbawieniem głównych postaci motywu istnienia, sama fabuła stała się bezsensowna.

Skoro wady powieści mamy już za sobą, teraz czas na jej zalety, których na szczęście jest o wiele więcej. Paullina Simons, poza tymi drobnymi wykroczeniami, nadal potrafiła mnie zadziwić i sprawić, że niesamowicie wciągnęłam się w pełne niespodzianek życie Giny i Harry’ego. Co bardzo cenię w autorce, potrafi wpleść bezkonkurencyjny romans w wydarzenia historyczne. Tutaj akcja dzieje się w latach 1911-1929, a więc w czasach ciężkich, niewdzięcznych i wymagających poświęcenia. Są to zupełnie inne realia, niż w naszym wieku XXI, a więc autorka przybliżyła czytelnikowi charakterystykę epoki i zrobiła to bezbłędnie. Żywię do Simons bardzo duży szacunek za tak wierne oddanie ducha wojennego wśród zwykłych ludzi. Tego klimatu, który został oddany w „Bellagrand” czy jej poprzednich książkach, nie da się powtórzyć. Poparte rzetelną wiedzą oraz talentem pisarskim fakty historyczne Simons przedstawiła w zupełnie innym wymiarze, niż ten, który większość z nas zna z podręczników szkolnych. Poza wartością w literaturze, jest to ciekawe doświadczenie, w którym możemy wejść w historię głębiej i pomyśleć o nich w niekonwencjonalny sposób.

W „Bellagrand” zaciekawił mnie dobór postaci. Różnorodność charakterologiczna bohaterów prowadzi do ostrych starć osobowości. Te z kolei mogą być fatalne w skutkach lub, wręcz przeciwnie, owocować dobrym rezultatem. Powieść pełna sprzeczności i kontrastów nie może być mdła, także autorka sprytnie się wybroniła i nawet wprowadzając przydługie momenty stagnacji, wciąż bazowała na wielorakości postaci. Myślę, że najbardziej niedorzeczną, to znaczy sprzeczną postacią był Harry – dumny, wręcz pyszny, skrajny w swoich poglądach sceptyk odznaczał się niemożliwą czułością wobec żony. Kiedy znajdowała się przy nim, potrafił stać się wulkanem namiętności i sypać czułościami jak z rękawa. W głębi duszy mężczyzna chował swoją spokojną naturę, wrażliwość i współczucie. Mimo tego że bez pracy, to wciąż bardzo wykształcony i oczytany, zatopiony we własnych myślach wieczny marzyciel. Jednak jego porywczość nie pozwalała mu wieść spokojnego żywota. Harry to postać nieobliczalna, tak naprawdę gwiazdka „Bellagrand”, ponieważ Ginę odebrałam jako szarą myszkę, chowającą się przed wszystkim i każdym, byleby tylko nikt nie odgadł, że jest Włoszką. Skrywała w sobie włoski temperament, a razem z nim swoje przekonania tak długo, że stała się zbyt… amerykańska, podczas gdy Harry zaskakiwał nas impulsywnością właściwą Włochom.

Na szczególną uwagę zasługują przedstawione w powieści więzi rodzinne. Mamy tu do czynienia z problemem aktualnym od lat, czyli z kłótniami, zatargami i niedopowiedzeniami w gronie familii. Sprzeczki rodzinne  odegrały bardzo ważną rolę w fabule, stały się przyczyną i skutkiem wszystkiego oraz splatały się z każdym innym wątkiem.

Akcja toczyła się wartko, głównie dzięki dialogom, które dynamizowały tekst. Książka podzielona jest na części, w których występują albo same dialogi, albo same opisy. Osobiście wolałam te fragmenty z dialogami, gdyż nakręcały całą fabułę i wnosiły wiele nowych informacji. Właściwie, to rozmowy pomiędzy bohaterami podtrzymywały „Bellagrand” i dzięki nim powieść stała się interesująca, ponieważ przydługie opisy raczej nieekonomicznie zajmowały tylko miejsce na kartkach.

„Wszystko działo się natychmiast. Zawsze było za gorąco albo za zimno.”

„Bellagrand” to książka, którą warto przeczytać, szczególnie dla tych, którzy polubili trylogię o Tatianie i Aleksandrze, ponieważ żołnierz we własnej osobie występuje właśnie tutaj. Jest to pozycja, którą można czytać na kilku płaszczyznach. Bohaterowie na pewno nas nie zawiodą, będziemy razem z nimi przeżywać rozterki i uniesienia, których tu nie brak. Poza usterkami, które niestety mocno rzucają się w oczy i lekką tandetnością, „Bellagrand” określiłabym jako interesującą i wartościową lekturę.

„-On jest statkiem. My tylko pasażerami. –A jeśli statek zatonie? –Zatoniemy razem z nim.”




10 października, 2015

Z innej beczki - muzykoteka

Przypuszczam, że nie jestem jedyną osobą, która ma problemy ze znalezieniem chwili ciszy i spokoju, żeby przeczytać książkę. Kiedy akurat znajdę wolny czas, przeszkadza mi albo telewizor w sąsiednim pokoju, albo brat za ścianą, ewentualnie odgłosy z kuchni. Z kolei w ZTM skupienie się na tekście graniczy niemal z niemożliwością zważając na milion bodźców, które jednocześnie atakują: rozmowy między pasażerami to pół biedy przy telefonicznych monologach, dodatkowo hałasy z ulicy i głęboki głos lektora: "NASTĘPNY PRZYSTANEK...". Jaki mam na to sposób?

Muzyka. Ale nie jakakolwiek - to by było za łatwe. Słuchając i czytając jednocześnie, również istnieje duże prawdopodobieństwo, że nie zrozumiemy tekstu, ponieważ rozpraszają nas słowa. Gdy czytam książkę, nie ma znaczenia, po polsku czy po angielsku, nie jestem w stanie słuchać polskich piosenek, bo moje myśli idą w niewiadomym kierunku i nie mogę się zupełnie skupić. Co do piosenek po angielsku, dopuszczam tylko te, gdzie te słowa jednak nie występują zbyt często.

W ciągu paru miesięcy zgromadziłam całkiem ładną listę podkładów muzycznych idealnych własnie do czytania. Oczywiście nadal wolę kontemplować słowo pisane w ciszy, ale sytuacje ekstremalne wymagają poświęcenia. Cechą wspólną większości poniższych utworów jest to, że są neutralne, to znaczy dopasują się do gustów muzycznych praktycznie każdego. Występuje wśród nich różnorodność, także podkład nie będzie monotonny.

1. Ludovico Einaudi - Una Mattina



2. Seinabo Sey - Younger (Kygo remix)



3. Chris Malinchak - So good to me 


4. Ludovico Einaudi - Nuvole Bianche



5. Alina Baraz & Galimatias - Show me



6. Hayden James - Something about you



7. Laura Veirs - July Flame (Gamper & Dadoni remix)



8. Tinashe - 2 On (Explicit) ft. SchoolBoy Q



9. Yiruma - Kiss the rain



10. Tom Odell - Another love (Zwette edit)




Szczególnie upodobałam sobie instrumentale wykonywane tylko na pianinie, które ma bardzo łagodny dźwięk, idealny jako podkład do czytania. Podobno w ogóle muzyka klasyczna, zwłaszcza brakowa, poprawia zdolność do skupienia myśli, więc jest przydatna w takich sytuacjach lub np. przy nauce. 
Dość ważne jest, żeby muzyka wpisywała się w nasze upodobania. Co to za sens, męczyć się, słuchając czegoś, co drażni nasze uczy? Nie osiągnęlibyśmy wtedy tego, o co nam chodzi - warunki odpowiednie do czytania. Ale jest jeszcze coś, do czego doszłam po niedługim czasie - to absolutnie nie może być jedna z Waszych ulubionych piosenek! Kiedy próbuję czytać przy czymś, co szczególnie lubię, moja uwaga za bardzo skupia się na piosence a nie tekście. 

Jeśli spodobała się Wam 'playlista', chcielibyście poznać więcej podobnych tytułów, dajcie znać, chętnie się podzielę.
Zachęcam do stworzenia takiej listy w swoim telefonie czy kanale YT, wykorzystując te lub inne utwory. Może Wy macie jakieś podkłady, którymi chcielibyście się podzielić? :)

05 października, 2015

#33 Wstęp do psychoanalizy

„Jeśli dziecko nie chce otworzyć piąstki, by pokazać, co w niej trzyma, to z pewnością jest to coś niedozwolonego, coś, czego mieć nie wolno.”


Dzisiaj książka z zupełnie innej półki, czyli literatura popularnonaukowa. Początkowo nie miałam zamiaru pisać jej recenzji i zachować tylko dla siebie, jednak znalazłam w niej dużo elementów, które być może Was zainteresują, przyciągną Waszą uwagę. Oprócz tego, że jest to pozycja naukowa, ma również charakter oratorski - składa się z dwudziestu ośmiu wykładów spisanych po wygłoszeniu ich na Uniwersytecie Wiedeńskim w latach 1915-1917. Przedstawiam Wam „Wstęp do psychoanalizy” Zygmunta Freuda.

Jak sama nazwa wskazuje, przedmiotem wykładów stała się psychoanaliza, dzieło życia Freuda. Lekcje zostały podzielone na trzy części – pierwsza o psychopatologii życia codziennego, druga o marzeniach sennych oraz symbolice w nich zawartych oraz trzecia o głównym celu nauki, nerwicach oraz sposobie ich leczenia poprzez terapię psychoanalityczną. Najwięcej miejsca Freud poświęcił właśnie ostatniemu segmentowi, a dwa poprzednie stanowiły pewnego rodzaju bazę, czy fundamenty, bez których zrozumienie istoty psychoanalizy właściwej byłoby bezsensowne i  prawdopodobnie niemożliwe.

Co charakterystyczne we „Wstępie…”, zostały w nim przedstawione po prostu mowy Freuda, użyte jako wykłady na Uniwersytecie w Wiedniu. Tekstu wtórnego nie okrojono ze zwrotów do słuchacza, takich jak, poprzedzające każdy wykład, „Panie i Panowie!”, ani z pytań retorycznych, ani z polemiki ze studentami. To tworzy niepowtarzalny charakter wypowiedzi i czytając, momentami można się poczuć jak jeden z uczniów Freuda, siedzący przed nim na uniwersytecie. Taki sposób przekazania czytelnikowi informacji jest dość rzadko spotykany, a szkoda, ponieważ nie zanudza. Wręcz przeciwnie, bezpośrednie zwroty do odbiorcy dynamizują tekst, co przy takiej ilości terminów i specjalistycznej leksyki oraz zawiłych teorii jest zbawienne.

Jednak mimo tego elementu, „Wstęp do psychoanalizy” czytało się ciężko. O ile literatura popularnonaukowa zwykle nie sprawia mi aż takich trudności, zwłaszcza gdy (jak w tym przypadku) jestem zaznajomiona z większością poruszanych tematów, to tutaj przy niektórych wykładach męczyłam się niemiłosiernie, a to z dwóch powodów. Po pierwsze, Freud opowiadając o psychoanalizie bazował przede wszystkim na terminach, których ilość przy etiologii nerwic mnie po prostu przytłoczyła. Po drugie, w tłumaczeniu zachowano słownictwo, którym posługiwano się na przełomie XIX i XX w., a więc poza przetłumaczeniem na język ludzki psychologicznego bełkotu, trzeba było też rozpracować archaizmy.

We „Wstępie…”, zgodnie z naturą psychoanalizy, wspomniano niezliczoną liczbę kontekstów, w których może być ona stosowana w różnoraki sposób. Mało osób ma świadomość, że symbole występujące w marzeniach sennych spotykamy na przestrzeni wszystkich wieków, od starożytności aż po czasy współczesne, w wielu dziedzinach sztuki. Na pierwszy plan wysuwa się literatura, przede wszystkim bajki, folklor, mity greckie. Oprócz symboli, psychoanaliza czerpie także z postaw bohaterów tekstów kultury. Dla przykładu przytoczę tutaj tragedię Sofoklesa pt. „Król Edyp” i problem który porusza, mianowicie, nieznany jeszcze wtedy pod swoją nazwą, kompleks Edypa. Jak widać, ludzie wcześniej podejrzewali istnienie powiązań, stanów umysłu, symboli, które Zygmunt Freud, a za nim Carl Gustav Jung czy Erich Fromm zebrali w całość i uporządkowali oraz stworzyli z tego naukę.

 „Psychoanalizę jako naukę charakteryzuje nie materiał, którym się ona zajmuje, lecz technika, jaką stosuje. Można psychoanalizę zastosować zarówno do historii kultury, nauki o religii i mitologii, jak i do nauki o nerwicach – bez pogwałcenia jej istoty.”

Osobiście najbardziej polubiłam jedenaście wykładów traktujących o marzeniach sennych. Temat, chociaż wcześniej nie był mi najbliższy, okazał się łatwy i przyjemny oraz bardzo interesujący. Co do psychopatologii życia codziennego, potraktowałam to raczej jako wprawkę, ponieważ nie ma w niej nic zaskakującego. Główny problem psychoanalizy – nerwice, które miały okazać się najciekawsze i najbardziej zajmujące, sprawił mi największe trudności. Połowa wiedzy zawarta w ostatnich trzynastu obszernych wykładach, w ogóle do mnie nie dotarła. Poza tym, pewne rzeczy, które rozumiałam, stały się dla mnie niejasne, a więc co poniektóre wykłady strasznie namieszały mi w głowie.

„Wielokrotnie nasuwało nam się podejrzenie, że psychoanaliza nerwic przechowała więcej pamiątek ze starożytnych czasów rozwoju ludzkiego, niż wszystkie inne źródła.”


„Wstęp do psychoanalizy” polecam osobom, które faktycznie interesują się psychoanalizą, czy jakąkolwiek formą terapii psychologicznej, ponieważ jeśli ktoś nigdy nie miał styczności z terminami i wiedzą przedstawionymi w tej pozycji, może mieć bardzo duże trudności ze zrozumieniem wykładów. Dobrą opcją jest też czytanie pojedynczych wykładów z gatunku lżejszych, gdyż niektóre to naprawdę interesujące mowy (np.  Wykład X – „Symbolika w marzeniu sennym”, Wykład XI – „Praca marzenia sennego”, Wykład XVII – „Znaczenie objawów”). Dla mnie książka ta stanowiła wspaniałe źródło inspiracji i, na pewno, wiedzy. Czytałam ją z zamysłem poszerzenia swoich wiadomości na temat moich zainteresowań, więc sięgnęłam do fundamentów i trafiłam na ciężki, ale wartościowy egzemplarz dobrej literatury popularnonaukowej.