29 listopada, 2015

#42 Powód by oddychać


Ostatnimi czasy bardzo głośna książka, czy w ogóle seria z gatunku young adult zawładnęła sercami nastolatek i nie tylko. Również wśród dojrzałych czytelniczek zrobiła niezłą karierę. Być może dlatego, że łączy w sobie cechy popularnej literatury non-fiction i lekkiego romansu, a te dwa elementy zawsze łatwo się łączą i dobrze sprzedają.

Główna bohaterka, Emma (lub, jak kto woli, Emily) to szesnastolatka, która przeżyła zdecydowanie za dużo jak na swój wiek – śmierć ojca i odrzucenie ze strony matki spowodowały, że reszta jej drogi ku dorosłości została zdominowana przez skrajnie apodyktyczną Carol. Zamieszkanie u wujostwa na czas szkoły średniej stało się horrorem, wiążącym całe istnienie Emmy. Bohaterka pozostała bez szans na normalne funkcjonowanie wśród rówieśników, nie wspominając o mocno nadwyrężonej psychice. Wskutek tych zdarzeń, Emma zaczęła uciekać się do środków, pomagających jej wydostać się z matni życia w piekle – skupiła się na nauce i szkolnych zajęciach dodatkowych.
Oczywiście nie mogło zabraknąć tu wątku miłosnego, bez którego literatura młodzieżowa nie byłaby tym samym. Pojawia się Evan, czyli miłość zakazana, zależna nie od niego, nie od Emmy, a jedynie od Carol, przejmującej kontrolę nad życiem dziewczyny.

„Moim sposobem na życie było trzymanie nerwów na wodzy, dławienie w sobie emocji i ich wypieranie.”

Co przede wszystkim składa się na wartość książki, to właśnie fabuła. Według mnie, do złudzenia przypomina chociażby tą z „Eleonora & Park” (tutaj recenzja) z kilkoma różnicami, ale minimalnymi i niezbyt znaczącymi. Nieważne jak świetny okaże się pomysł, powielanie go zawsze okaże się chybionym strzałem, bo ileż można czytać jedną i tą samą historię? Nie chcąc odbierać autorce indywidualizmu, trzeba wspomnieć, że „Powód by oddychać” został wydany wcześniej niż „Eleonora & Park”. Jednakże wcześniej powstało multum pozycji o podobnej lub tej samej tematyce, kilka przeze mnie już przeczytanych, kilka do nadrobienia. Dla zainteresowanych – mogę podzielić się tytułami.
Oczywiście różnica pomiędzy inspiracją daną książką i wykorzystanie najciekawszych elementów w niej zawartych może skutkować nawet powstaniem innowacyjnej powieści, jeszcze lepszej od poprzedniej. Jednak w tym wypadku, Rebecca Donovan nie postarała się dla swoich czytelników i ślepo poszła za wyznaczoną i dobrze znaną wcześniej  trasą, nie wykorzystując przy tym żadnych nowych elementów, wątków.
Historia sprawia wrażenie raczej prostej, nie została zbyt urozmaicona, więc czyta się ją bez większego przejęcia, mimo momentami drastycznych scen.

Postaci występujące w książce co prawda stanowiły bardzo barwny, wręcz jaskrawy element powieści, jednak tylko przez to, że zostali mocno przerysowani, zwłaszcza główni bohaterowie. Zaczynając od Emmy, jest to typ postaci, której perfekcję autorka stara się niby sprytnie zatuszować przez niepewność i nieśmiałość. Chwilami przypomina Bellę ze „Zmierzchu”, zagubioną, aspołeczną szarą myszkę z kompleksami. I jak najbardziej, tutaj również Emma nie wie, że bije rekordy popularności wśród szkolnych plotkarek i atrakcyjnych chłopców. Najbardziej pożądanym obiektem wśród uczniów jest nie kto inny jak właśnie Evan, ze swoimi idealnie wyrzeźbionym ciałem, idealnie niewymuszoną inteligencją, idealnymi ocenami, idealną rodziną, idealną przyszłością, idealnym charakterem… Cóż jeszcze można o nim powiedzieć.
Analogicznie i zgodnie z przypuszczeniami, przyjaciółka Emmy, Sara, to jej przeciwieństwo. Popularna, piękna i bogata, może nie najlepsza w naukach ścisłych, ale za to równie dobrze wysportowana. Poza tym wygadana, szczera i władcza, a więc uzupełniająca braki w osobowości swojej koleżanki. Kontrast pomiędzy nimi wprowadza nieco komizmu do powieści i rozluźnia napięcie.

Najbardziej skłania do refleksji postać Carol, jako kata i… właściwie tylko kata. Nie posiada ona żadnego szerszego kontekstu, nie robi dosłownie nic poza znęcaniem się nad Emmą. Ledwo widać jej dwulicowość, czyli przymilanie się mężowi, znajomym, zaraz po serii ciosów wycelowanych w Emmę. Ale i ten aspekt został słabo zarysowany przez Donovan. W gruncie rzeczy ledwo wspomniała o zakłamaniu Carol. Nie podała nawet powodu, dla którego główna bohaterka jest w domu tak poniewierana. Rozumiem, że jej istnienie to dostateczny motyw, ale ja miałam duży niedosyt jeśli chodzi o portret psychologiczny osoby cioci. Z powieści czytelnik nie dowiaduje się, dlaczego Carol tak się zachowuje, jaka była jej przeszłość, ani w ogóle, skąd w niej tyle zimnej krwi i nienawiści. To postać-zagadka, bezwzględnie za mało rozwinięta. Wydawać by się mogło, że jej charakter powinien grać główną rolę w kontekście całej historii, a autorka nie poświęciła mu żadnego akapitu.

Z kolei, na zasadzie kontrastu, rozmyślania nad relacją między Emmą a Evanem zdawały się nie mieć końca, ciągnęły się przez całe strony i rozdziały.  W pewnym momencie Donovan przekroczyła granicę, do której akceptowalne było rozwodzenie się nad tym związkiem i zaczęła zwyczajnie lać wodę. Akcja się rozwlekała niemiłosiernie, a kolejne rozdziały nic nie zmieniały. Zwroty akcji po jakimś czasie również straciły swoją moc trzymania w napięciu, a pod koniec książki prawie cała przyjemność jej czytania znikła.

Wbrew wielu pozytywnym opiniom, które krążą po Internecie o „Oddychając z trudem”, nie jest to pozycja konieczna do przeczytania. Nie ma w niej żadnej iskierki, czegoś, co by ją wzbogaciło, czy przykuło uwagę czytelnika. W stosunku do objętości (ok. 500 stron) autorka zawarła bardzo mało treści. Jeśli kogoś szczególnie interesuje sama fabuła, czy aspekt maltretowania albo tego typu zakazanej miłości, polecam raczej „Eleonorę & Parka” Rainbow Rowell z nawiązaniami do społeczeństwa lat 90, rasizmu, wszelkiej odmienności i różnego stopnia tolerancji oraz przenikania się grup biednych z zamożnymi. Dobrym wyborem będzie też „Kato-tata. Nie-pamiętnik” Halszki Opfer jeśli szukacie mocnych doznań i wstrząsających scen w powieści.
Rebeca Donovan nie sprostała wymaganiom i dla niewprawionego czytelnika być może książka okaże się fantastyczna, jednak ci bardziej wymagający nie odnajdą w niej zaspokojenia swoich instynktów czytelniczych.

22 listopada, 2015

#41 W księżycową jasną noc



Już od dosyć dawna planowałam sięgnąć po Williama Whartona, aż w końcu udało mi się upolować jedną z jego książek, „W księżycową jasną noc” i czuję się zobowiązana, aby już na samym początku złożyć autorowi należny hołd i podziękować za wspaniałe, chociaż tak krótkie przeżycia przy lekturze. Ta powieść ma w sobie bardzo dużo wartości zarówno historycznych, jak i społecznych (w domyśle głównie psychologicznych), a także biograficznych i, co chyba najistotniejsze, literackich. Wharton posługuje się niewymuszoną fantastyczną prozą, która robi wrażenie na czytelniku zarówno wymagającym, jak i niewprawionym.

Narrator pierwszoosobowy, jeden z żołnierzy walczących (a dokładniej… czekających na walkę) opowiada historię, której fabuła mieści się w kilku zimowych dniach 1939 roku, gdzieś w lesie w okopach i prowizorycznej stacji. Opowiadający William (już tutaj możemy zastanawiać się nad reminiscencjami autobiograficznymi) jest sierżantem okrojonego po wojnie plutonu i stara się zapanować nad współwalczącymi kolegami, jednak drużyna wydaje się być absolutnie samowystarczalna. Każdy ma własną działkę, a niepisane zasady pozwalają jednemu na coś, o czym drugi nie może nawet wspomnieć. Widoczna hierarchia pomiędzy żołnierzami musi zachować pozory rygorystycznej, aby usatysfakcjonować głównodowodzącego, ale w praktyce więzi między chłopcami (bo najstarszy z nich ledwo skończył dwadzieścia lat) są zbyt silne; oparte na wzajemnym zaufaniu i elektryzujących wręcz emocjach.

Walka, jakiej nie znamy (i prawdopodobnie nigdy nie poznamy) z podręczników szkolnych została czytelnikowi ukazana w pełnej krasie, bez żadnych cenzur, hiperbol, korekt. Wharton nie potrzebuje wybuchających przed nosem granatów, pourywanych nóg, nieustannego spiskowania i kipiącej nienawiści pomiędzy stronami sporu, aby utrzymać napięcie. Co więcej, Wharton w ogóle nie potrzebuje napięcia, aby wywołać emocje. Jakby od niechcenia kreśli historie żołnierzy, opisuje ich codzienność i dosyć nudnawe, pełne niewygód oczekiwanie na jakiś zwrot akcji, ale w takim stylu, że nie sposób czytać to wszystko bez zaangażowania. Na czym jeszcze polega paradoks i komizm sytuacji? Otóż wbrew pozorom przeciętny dzień żołnierza w „Księżycowej jasnej nocy” na froncie nie jest pełen zasadzek, przygód, strzałów, krwi, walki. Wiąże się raczej z czekaniem. Zanim dojdzie do krótkiej wymiany ognia, kilka dni, czy tygodni funkcjonariusz spędza w brudnym mundurze w okopie lub, jeśli ma szczęście, jakimś opuszczonym budynku i zmienia swoich wspólników na warcie. W przerwach gra w karty i zastanawia się, jak odnaleźć, pojmać albo załatwić przeciwnika. Jeśli zostaną mu trzy godziny ekstra, może się przespać.
Być może dla wielu ów tryb funkcjonowania wojskowych jest absurdalny, ale faktycznie w historii doszło do takowej sytuacji. Tzw. „dziwna wojna” (z ang. phoney war) miała miejsce na froncie zachodnim po formalnym wypowiedzeniu przez Francję i Wielką Brytanię wojny III Rzeszy. Stało się to po zaprzestaniu natarć wojennych na lądzie (ofensywa w Saarze). Mówi się, że walczący po przeciwnych stronach mimo tego, że znali położenie swoich przeciwników, nie walczyli z nimi, a nawet dochodziło między nimi do spotkań czysto towarzyskich. O tym w książce Wharton nie wspomina bezpośrednio, ale pisze m.in. o ofensywie w Saarze, podaje czas i miejsce akcji, także z kontekstu czytelnik powinien wywnioskować, że chodzi o to konkretne „starcie”. Warto o tym pamiętać, gdy czyta się powieść, bo błędną opinią jest, że Wharton tak opisuje całą II wojnę światową.  

„Ta wojna to jest taki bigos, że nie opłaca się dużo myśleć. Spróbuj się rozluźnić. Niewiele możesz to zrobić.”

Samoistnie nasuwa się pytanie, skąd w ogóle autor wie takie rzeczy? A to tutaj właśnie zdołał on przemycić wątek autobiograficzny. Sam brał udział w wojnie w latach 1939-1940 po stronie Wielkiej Brytanii, a na początku zaznacza, że „nazwiska osób występujących w tej mroźnej opowieści wigilijnej zostały zmienione ku ochronie winnych”. Książka została więc oparta na faktach i z różnych (nie tylko autocenzuralnych) przyczyn, ubarwiona fikcją literacką. Ciężko odróżnić jedno od drugiego, bo przenikają się płynnie i niezauważalnie. Prawdopodobnie są to drobne niuanse, ponieważ znak rozpoznawalny Whartona to wkomponowywanie swojego życiorysu w fabułę własnych dzieł. W jego książkach oraz stworzonych postaciach można odnaleźć bliskich autora: dzieci, żonę Rosemary, a także jego przeżycia, np. życie w ubóstwie w Filadelfii, czy wspomnienia z przeprowadzki do Europy w latach 70.

Po przeżyciach wojennych Wharton doznał znacznego uszczerbku na zdrowiu, również psychicznym. Stres i zdecydowanie niehumanitarne warunki życia na froncie przyczyniły się może nie do obłędu i szaleństwa, ale na pewno pogorszenia stanu umysłu i zdrowia psychicznego. „Zawód” żołnierza z pewnością nie należy do najprzyjemniejszych, a jeśli ktoś tak nie uważa, niech sięgnie właśnie po „W księżycową jasną noc”. Tam bez żadnych ogródek narrator opisuje problemy, z jakimi musi zmagać się codziennie. Jedne spodnie na trzy miesiące; dieta składająca się z puszek mielonki, sardynek, kawy i chleba; brak dostępu do bieżącej wody pitnej; niepewność dnia następnego – to wszystko szara codzienność Williama i jego kolegów. Idzie przywyknąć do życia w brudzie, chłodzie i strachu, ale jakie to ma skutki uboczne, o tym się mówi dosyć niechętnie. Każda postać w powieści miała inny sposób „radzenia sobie” ze stresem – jedni potrafili to lepiej, inni gorzej, ale przecież powinnością każdego było przetrwanie.
Męki wojskowych, które opisuje Wharton z początku wprawiają w osłupienie, potem już tylko w bardzo głęboki podziw dla Bohaterów (wielka litera jak najbardziej adekwatna). W tym wypadku ujawnia się również uniwersalizm powieści. Dzisiejszym odpowiednikiem żołnierza byłby prawdopodobnie zawód policjanta, może negocjatora, lekarza sądowego do spraw zbrodni. Co nie ulega wątpliwości to to, że żaden z tych zawodów nie prowadzi do żadnych dobrych zmian w psychice ludzkiej. Autor nie zgłębia tego tematu, a szkoda, bo ten element ma znaczący wpływ na ostateczny wydźwięk historii i ogólnie jej sens.

Na niekorzyść powieści działa pewnego rodzaju nierówność między bohaterami. Mam na myśli nierówność literacką, bo przecież na froncie nikt nie jest lepszy ani gorszy. Wharton poświecił zbyt mało uwagi niektórym postaciom, a inne z kolei rozwinął dość szczegółowo. Oczywiste wydaje się, że gwiazdą powieści zostanie główny bohater. Poza nim na pierwszy plan wysuwali się jeszcze Matka oraz ojciec Mundy, dwie mocno charakterystyczne osobowości. Nie stanowiłoby to problemu, bo nawet da się ich lubić, gdyby nie to, że przysłonili sobą resztę załogi. Gordon, Schutzer, Miller praktycznie znikli w cieniu swoich wojennych kolegów. Przyczyny można się dopatrywać też w długości książki – 246 stron to zbyt mało, aby zamieścić wszystkie istotne informacje i rozwinąć każdą postać po kolei. Jednak myślę, że nikt nie miałby nic przeciwko wydłużeniu powieści i to jeszcze z bonusem w postaci pikantnych szczegółów na temat bohaterów.

„W księżycową jasną noc” zrobiło na mnie ogromne wrażenie, oczywiście w pozytywnym sensie głównie dzięki wspaniałej narracji. Wharton prowadzi fabułę w, wydawałoby się, banalny sposób, ale tylko pozornie, ponieważ nie trzeba doszukiwać się siedemnastego dna, aby zauważyć pasję, z jaką to robi. W klarownych, a czasem wręcz lakonicznych wypowiedziach zawiera prawdziwy sens, wojny,czy może jego brak? Dodatkowo, wprowadza czytelnika w mroźny las, między żołnierzy i na front tylko za pomocą słów. Nie znajdziemy tu metafor, wzniosłych i patetycznych wypowiedzi, szlachetnych środków literackich, bo magia powieści polega właśnie na skondensowaniu doniosłej i niebagatelnej treści w przejrzystej i prostej formie.

„Byłoby dla mnie – dla nas wszystkich – o wiele lepiej, gdybyśmy mogli dać sobie nawzajem pociechę i oparcie, którego taj potrzebujemy, ale młodzi mężczyźni nie potrafią dzielić wielkich emocji. Chyba dlatego na świecie stale wybuchają wojny.”


We wszystkich elementach, które składają się na dzieło Williama Whartona przeważają te pozytywne, ewentualnie bardzo pozytywne. Drobne niuanse takie jak na przykład zbyt pobieżne zarysowanie portretów psychologicznych bohaterów nie wpływają znacząco na ostateczną prezencję książki. Sposób, w jaki Wharton zdołał określić istotę człowieczeństwa i „nieczłowieczeństwa” w czasie wojny i nie tylko, nie pozostawia już żadnych wątpliwości – jest mistrzem w swoim fachu. „W księżycową jasną noc” na pewno nie było ostatnią książką tego autora, jaką przeczytałam. Wszystkich, którzy jeszcze się z nią nie zetknęli, bardzo do tego zachęcam, a tych, którzy już to zrobili – do podzielenia się swoja opinią w komentarzach. 

15 listopada, 2015

#40 Wiedźmin. Czas pogardy

Kolejna powieść z serii Sapkowskiego, tym razem tom czwarty, czyli „Czas pogardy”. Chociaż pierwsza część („Ostatnie życzenie”) została wydana w 1993 r., popularność cyklu nie słabnie, a wręcz wzrasta. Zwłaszcza, że teraz panują prace nad realizacją filmu na podstawie książek. Adaptacja ma być anglojęzyczna, na co jedni reagują entuzjazmem, a drudzy wręcz przeciwnie. Ja uważam, ze to bardzo dobrze i, nie odejmując niczego pięknemu językowi polskiemu, cieszę się, że ekranizacja będzie chociażby bardziej przystępna na całym świecie.

Co do samej książki, nie wiem, czy Sapkowski mnie jeszcze zaskoczy. Pokazał mi się już z wielu stron, zarówno jako pisarz opowiadań, jak i powieści oraz jako człowiek z nieograniczoną wyobraźnią, czyli dobry fantastyk. Bez bicia przyznaję, że „Wiedźmin” to moja jedyna poważna styczność z fantastyką, co zresztą możecie stwierdzić po recenzjach, które dodaję. Królują raczej obyczajówki i literatura współczesna, ewentualnie young adult. Jednak wiernie trwam przy rozpoczętej serii i udało mi się przebrnąć przez połowę, z czego jestem niezmiernie dumna. I mimo usilnych prób zaprzyjaźnienia się ze smokami, elfami, dziewkami w gorsetach i potężnymi czarodziejami, wciąż nie potrafię się przekonać do fantasy.

„Czas pogardy” był dla mnie ciężką książką, niestety musiałam się męczyć, żeby przebrnąć przez niektóre fragmenty. Najbardziej przeszkadzał mi brak koherentności. Jeżeli chodzi o spójność, mam do zarzucenia sporo, albowiem wydarzenia nie były ze sobą połączone w żaden logiczny sposób, nie zauważyłam związków przyczynowo-skutkowych, a to sprawiło, że ogromnie trudno było mi wciągnąć się w lekturę. Zdarzenia oderwane od siebie, rozsypane po całej fabule i mające się nijak do siebie. Oczywiście całość tworzy w miarę zrozumiałą historię, ale momentami po prostu gubiłam się w akcji. Sapkowski bardzo szybko zmienia tematy i to mnie nieco wyprowadzało z rytmu.

Co dobre, to bohaterowie. A dokładniej, ich portret psychologiczny. Autor świetnie ich prowadzi już przez cztery tomy i pozostaje wierny stworzonym przez siebie charakterom, nie zapominając jednak o ich ewolucji. Postaci zmieniają się i po różnicy między tomem pierwszym a czwartym widać to już wyraźnie. Mimo wszystko, Geralt zostanie Geraltem, a Yennefer – Yennefer. W przypadku Geralta to ciekawa historia i bardzo dobrze się układa, ponieważ o ile w tomach pierwszych niesamowicie mnie irytował, teraz wydaje się być bardziej ustatkowany i wyważony, co działa na jego korzyść w moich oczach. W obecnej chwili jestem nawet w stanie szczerze polubić głównego bohatera.

Co do kwestii książek o Wiedźminie w ogóle jako o serii, mam poczucie, że to nie jedna z wielu sag. Z pewnością jest to saga wyjątkowa i nietuzinkowa, bo w niczym nie przypomina tych, które czytałam wcześniej. Chodzi mi przede wszystkim o wspomnianą już wcześniej spójność, tyle że nie w obrębie jednej powieści, a tych kilku (do tej pory czterech, a tak naprawdę dwóch, bo tomy 1 i 2 liczę jako preludium). Historie pozostają ze sobą jak najbardziej w zrozumiałym związku i jedna to kontynuacja drugiej. Łączą je bohaterowie, miejsce, przybliżony czas akcji, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że wszystko to jakoś się rozsypuje. Tomy nie trzymają się siebie kurczowo, a jedynie pozostają w luźnej relacji, co daje autorowi większe pole do popisu.

Uważam, że fantasy Sapkowskiego trzeba lubić, żeby je czytać. W ogóle, trzeba lubić gatunek. Ja do miłośników nie należę i nie wiem, czy kiedykolwiek przyjdzie mi czytać powieści fantastyczne z wypiekami na twarzy. Na jakiś czas odpuszczę sobie chyba Wiedźmina, bo przez korek, który spowodował, na moich półkach utworzył się już dość pokaźny stosik kolejnych powieści.

Wybaczcie mi również za lakoniczność tej recenzji, nie chciałabym się powtarzać po raz czwarty, a w poprzednich częściach odkrywałam mniej więcej te same zalety i wady.  Zaciekawionych odsyłam do moich opinii o poprzednich tomach z sagi. (Pod spodem linki) 

06 listopada, 2015

#39 Tysiąc wspaniałych słońc

Nawet nie wiem od czego zacząć recenzję „Tysiąca wspaniałych słońc”. To powieść tak złożona, różnorodna, że aż ciężko się czegoś chwycić. Jednak nie jest chaotyczna, zdecydowanie panuje w niej porządek, a chronologia rozłożona została na ponad trzydzieści lat. Wydarzenia, chociaż nieprawdopodobne i druzgocące, miały miejsce w realnym świecie. Naszym świecie. Jakieś 4300 km w linii prostej od nas. Co gorsza, to dzieje się nadal.

Na głównym planie Khaled Hosseini umieścił szeroko pojęte życie muzułmanów. I to naprawdę luźno pojęte, ponieważ ukazuje różnorakość postaw, z jakimi można się zetknąć odwiedzając Afganistan. Fabułę przedstawia, adekwatnie do rozwijającej się akcji, z perspektywy kobiet lub mężczyzn. Jak często się dzieje w „literaturze islamskiej”, to jednak płeć piękna zostaje postawiona na świeczniku. U innych autorów ma to różne skutki, jednak Hosseini nie tyle pisze powieść o islamskich kobietach, ile stawia je w realistycznym świecie Afganistanu i zręcznie wplata je w historię.

Głównymi bohaterkami „Tysiąca wspaniałych słońc” są Mariam oraz Lajla. (Przy okazji: niesamowite imiona.) Ta pierwsza urodziła się jako harami, nieślubne dziecko. I mimo że jej ojciec był cokolwiek niebiednym człowiekiem, ona przez piętnaście lat żyła w warunkach godnych politowania. I to nie od opisów tego opuszczonego „domu” bolało serce, ale od relacji między matką i córką. Dziewięcioletnia Mariam regularnie spotykała się z ojcem i niestety, on ze swoim darem przekonywania, potrafił wmówić jej, kto dba o nią i się troszczy. Dziewczynka nie potrafiła wierzyć matce, aż doszło do okrutnej zdrady i ucieczki. Ten jeden moment zaważył na całym życiu piętnastolatki. Tylko dlatego, że chciała zobaczyć ojca Dżalila w jego mieszkaniu, jej dalsze losy zostały powierzone obcym.
Z kolei Lajla, jako przedstawienie paralelnego bytu, urodziła się ponad dwadzieścia lat po Mariam w dobrej, pełnej, wyrozumiałej rodzinie. Dziewczynka wychowywana przez kochających rodziców, do czasów wojny miała dwóch braci. Jej matka nawet przyjaźniła się z Mariam, a więc wysnuwa się podejrzenie, że kobiety i ich losy były sobie przeznaczone. Życia kobiet bowiem splatają się w nieoczekiwany sposób i wtedy, gdy nikt się tego nie spodziewa.

Wartym zauważenia elementem tej powieści są relacje powstające pomiędzy bohaterami. Khaled Hosseini wydobywa z nich całą esencję i podaje czytelnikowi do skosztowania, a raczej delektowania. Biorąc pod lupę chociażby Lajlę i jej przyjaciela z dzieciństwa, Tarigha. Ich związek, chociaż obydwoje uwielbiają przebywać ze sobą, staje się przywarą ich rodzin. Bo jak to, dziewczynka z chłopcem? Do pewnego wieku, w porządku, można to zaakceptować, ale umówmy się, że nie chcemy w domu jedenastoletniej kobietki wolnych obyczajów. Poza tym ludzie gadają. O tak, ludzie w Kabulu uwielbiają gadać, szczególnie o newsach z życia sąsiadów. I nikt nie ma tego nikomu za złe, ponieważ to najnaturalniejszy sposób spędzania wspólnie wolnego czasu, zwłaszcza dla kobiet. Chociaż Tarigh i Lajla byli sobie niesamowicie bliscy, wiedzieli o sobie niemalże wszystko, stali się jednością i dopełniali się wzajemnie, nie mieli prawa spędzać ze sobą czasu. A na pewno nie jako przyjaciele.

Inaczej sprawa się ma z mężem i żoną. Niestety, duża część społeczeństwa kultury europejskiej, być może też z powodu aktualnej sytuacji z uchodźcami itd., ma błędne przeświadczenie, że muzułmańskie kobiety są traktowane przedmiotowo, nie przysługują im żadne prawa, ich mąż to ich pan i generalnie wszyscy są przeciwko nim, a za najdrobniejsze przewinienie zasługują na karę śmierci. I po części ludzi, którzy tak sądzą, mają rację, ale przypominam, że dzieje się tak tylko w pewnych częściach pięciu krajów na świecie, gdzie obowiązuje szarijat. Taki ortodoksyjny islam chętnie się opisuje, mówi się o nim, bo wzbudza dużo emocji, a co za tym idzie, przyciąga uwagę. Ale nie zapominajmy o pobożnych, dobrych muzułmańskich rodzinach, często lepszych od naszych europejskich. Khaled Hosseini nie zapomina o różnorodności kultury islamskiej. Tak jak wspomniałam na początku, ukazuje jej wielorakość i patrzy na życie Afgańczyków przez wiele pryzmatów, a więc nie szokuje czytelnika, a wyprowadza go z manowców i stawia przed obrazem islamu żywego.

Genialni bohaterowie tworzą niesamowity świat przedstawiony. Znajdą się tu złe i dobre charaktery, ale najwięcej takich, których nie zdołamy do końca określić. Ocenianie niektórych czynów i zachowań według ogólnie przyjętych norm raczej nie sprawdzi się w perspektywie męczeństwa i niewolnictwa, jakim jest chociażby bycie islamską żoną. Bywa, że Mariam albo Lajla robią rzeczy, których nie można by się po nich spodziewać, stają się zupełnie nieobliczalne, ale mimo tego, nie dziwimy się im. Ja nawet szczerze podziwiałam je za to, jak wiele są w stanie wytrzymać.

„Lajla nigdy by nie uwierzyła, ze ciało ludzkie może wytrzymać tyle złośliwego regularnego bicia i wciąż normalnie funkcjonować.”

„Tysiąc wspaniałych słońc” to powieść utrzymana w niezwykłym klimacie. Tajemniczość, napięcie, a momentami dosłownie czuć aż prażące się na piecu migdały, słychać piski dzieci wybiegających na ulicę w południe. Odbiorcę przeniknie do głębi ta sensualność, wszechogarniająca świat przedstawiony. Sadzawka i drzewa wokół niej, miasto kolorowe i głośne, wszystko opisane tak subtelnie i obrazowo, nie boję się tego określenia, perfekcyjnie. Nie mogę niestety powiedzieć, że jest to książka wrząca od zwrotów akcji, fabuła odznacza się raczej małą dynamizacją. Jednak historia trzyma w napięciu, a przecudne opisy w pełni zaspokajają mój popęd czytelniczy. Dla niecierpliwych zbawienna może być wiadomość, że pojawia się sporo dialogów, które w jakiś sposób akcję przyspieszają, jednak clou powieści nadal pozostaje jej tło. To właśnie sceneria, osobowości, widoki, zapachy najbardziej zapadły mi w pamięć po lekturze.

Fabuła, dzięki swojej ciągłości, jest bardzo koherentna. Wszystkie wydarzenia pozostają ze sobą w związku przyczynowo-skutkowym, a do tego wiarygodności dodają im autentyczne wydarzenia historyczne. Przywołanie m.in. wybuchu World Trade Center, czy walki z sowieckimi komunistami sprawia, że historia staje się nam bliższa i odbieramy ją jako realniejszą. Tło historyczne także podnosi rangę powieści i dzięki temu, iż są to wydarzenia powszechnie znane, pozwala nam ono umiejscowić akcję w czasie.

Ostatnią pozycją z zakresu literatury arabskiej, jaką miałam okazję przeczytać, były „Dziewczyny z Rijadu” (tutaj recenzja) i tutaj absolutnie bez porównania. Poziom i wartościowość obydwu pozycji nie może się równać. „Tysiąc wspaniałych słońc”, na razie świeżo po przeczytaniu, bije na głowę większość książek, które przeczytałam.

„Tak jak igła kompasu zawsze wskazuje północ, tak oskarżycielski palec mężczyzny zawsze znajdzie kobietę.”


Zdecydowanie polecam powieść, szczególnie miłośnikom sensualnych doznać podczas czytania, ale nie tylko. „Tysiąc wspaniałych słońc” zostało napisane do wszystkich. I co intrygujące, prawdopodobnie zupełnie co innego wyniesie z książki młoda kobieta, co innego starsza, a mężczyzna odbierze ją jeszcze inaczej. Książka została polecona mi, a ja z wielką chęcią przekazuję ja dalej. Warto, przynajmniej raz w życiu po tę historię sięgnąć. 

01 listopada, 2015

#38 Gwiazd naszych wina

„Gwiazd naszych wina”, czyli książka, którą, jak sądzę większość z Was kojarzy zdobyła popularność wśród czytelniczek przede wszystkim za sprawą głośnej ekranizacji w 2014 r. John Green pisze powieści skierowane głównie do płci pięknej, myślę że w wieku raczej 11-14 niż 15 i wzwyż. Mimo tego, historia dla mnie była trochę wciągająca, chociaż fabułę i tak znałam wcześniej.



Jak zwykle zdecydowanie odradzam wam oglądanie adaptacji filmowej przed przeczytaniem papierowego pierwowzoru. Zły pomysł. Ja niestety tak zrobiłam, chociaż zostałam w pewien sposób do tego zmuszona, ale już od pierwszych stron powieści bardzo tego żałowałam. Wyobraźnia przed zobaczeniem ekranizacji działa inaczej, sami musimy „dorysować” sobie bohaterów, ich ulubione miejsca i całą scenerię. Po filmie mamy już gotowca, także książce zostaje odebrana cząstka jej duszy. Myślę, że gdybym nie zapoznała się wcześniej z (dość słabą) reprodukcją filmową, powieść odebrałabym inaczej, a prawdopodobnie nawet lepiej oceniła.

Jeśli ktoś jeszcze nie padł ofiarą mass mediów i blogów, od roku ogłaszającym światu pojawienie się NOWEJ POWIEŚCI JOHNA GREENA, krótko o fabule. Głowna bohaterka, szesnastoletnia Hazel, choruje na raka płuc i od trzynastego roku życia zmaga się z bólem i uciążliwym leczeniem. Chodzi na chrześcijańską grupę wsparcia, chociaż wolałaby odpocząć w domu. Pewnego dnia na spotkaniu pojawia się nowy chłopak – Augustus. Oboje są sobą zaintrygowani, aż dochodzi do pierwszej ostrej konfrontacji. Potem, muszą zadecydować, ile wyrzeczeń mogą spełnić, aby być razem.
Dla mnie, rak jako przeszkoda w związku to już dość oklepany temat i trochę mam go dość, więc już na samym początku podchodziłam do „Gwiazd…” niezbyt chętnie. Zanim w ogóle na polskim rynku pojawiły się jakiekolwiek przebłyski o tej pozycji, wyszedł film o właściwie identycznej fabule, „Now is good”, według mnie, o niebo lepszy – lepsze zdjęcia, lepsza obsada, lepsza muzyka, ale nie skupiajmy się teraz na tym. Historia Hazel i Augustusa to żaden fenomen i, jeśli tylko będzie Wam się chciało, na rynku znajdziecie mnóstwo podobnych albo i lepszych książek o tej samej tematyce.

O ile Hazel była całkiem poprawną postacią, to Augustus przez cały czas swojego istnienia na kartkach powieści nie dawał mi spokoju i niesamowicie mnie denerwował. Ten chłopak to dla mnie po prostu idealista-megaloman, który potrzebuje do życia kogoś, od kogo może być lepszy i zdrowszy. Akurat trafiło na Hazel, której nie chciałabym tylko dla kontrastu idealizować, i nie będę, bo była perfekcyjnie przeciętna. Introwertyczka, ale potrafiąca pokazać swoją wybuchową naturę w odpowiednich momentach. Dobrze wychowana, taktowna, pomocna, co daje o sobie znać w kontaktach z przyjaciółmi, a poza tym nie zbyt przejmująca się swoją chorobą. Hazel na dobrą sprawę była dosyć urocza, a w filmie odebrano jej sporo dziewczęcości.
Augustus ma tendencję do wpadania w irytujący patos i erudycję. Nie obrażając nikogo, w niektórych momentach miałam niemalże pewność, że choruje dodatkowo na ukrytego Aspergera, ale w końcu zrezygnowałam z tej teorii, uznając, że John Green by czegoś takiego nie napisał. Gry słowne bohatera i te wszystkie sążniste zdania nie wiem czy miały bawić, czy wzbogacić jego portret psychologiczny, w każdym razie ani jedno ani drugie się nie udało.

Żeby nie było samych wad, to wspomnę o wątku, który naprawdę mi się podobał, czyli świat jako instytucja do rujnowania marzeń. Może to trochę pesymistyczne, ale dzięki temu wpasowuje się w klimat książki. Hazel i Augustus ze wspólnymi marzeniami wbrew przeszkodom przechodzą dzielnie przez życie, a na każdym kroku spotyka ich rozczarowanie, bo w realności nie istnieją Dżiny. W książce najbardziej obrazowo zostało to przedstawione przy kwestii autora „Ciosu udręki”, Petera van Houtena. Czasami nasze wyobrażenia zdecydowanie przerastają rzeczywistość i, choćby bohaterowie nie wiem jak mocno chcieli, nie zmienią pewnych rzeczy, które po prostu są. Mogą zmienić jedynie swój stosunek do nich i siebie samych.

Jak powiedziała Hazel: „ Na tym świecie jest tylko jedna rzecz okropniejsza od umierania na raka w wieku szesnastu lat, a jest nią posiadanie dziecka, które na tego raka umiera.”. To kolejna poważna i znacząca kwestia poruszona w powieści, moim zdaniem zdecydowanie za mało wyeksponowana. Green powinien poświęcić trochę więcej uwagi właśnie roli rodziców chorej głównej bohaterki, a nie na pseudointeligente wypowiedzi Augustusa.

W „Gwiazd naszych wina” pojawiła się jedna informacja, która mnie cokolwiek podburzyła, mianowicie straszny spoiler filmu „300” , który po pierwsze nie wiem z jakiej racji się tam pojawił, a po drugie został obnażony niemalże do ostatniej minuty. Stanowczo żądam wyjaśnień od autora, o co z tym chodzi. Może to jakieś głębsze przesłanie, którego nie zrozumiałam, ale jaki sens ma zdradzanie szczegółowych i kluczowych elementów filmu, raczej niezwiązanego z książką?

Jeśli chodzi o wydanie, dostałam to postfilmowe (właśnie, czy w księgarniach można jeszcze dostać gdzieś „Gwiazd naszych wina” w wydaniu z tej ślicznej serii powieści greenowskich?) Niedobrze, bo według mnie aktorzy zostali słabo dobrani, ale dobrze, bo w środku znalazły się ciekawe kadry z filmu bardzo wysokiej jakości. Jeśli chcecie jeszcze zdążyć na „Papierowe miasta” z uroczo rozbieloną obwolutą, radzę się śpieszyć, o ile już zupełnie nie zdjęto ich z półek.



„Gwiazd naszych wina” to książka, która prawdopodobnie porwie młodsze nastolatki, ale ja już niestety wypadam z grona wielbicielek. Bardzo dużo defektów, niedociągnięć i tzw. mechanicznych usterek, po prostu nie pozwalało mi się skupić na (wątpliwej) wartości książki. Fabuła też już trochę przetarta, także dużej przyjemności z odkrywania historii również nie było. Jednym elementem Green zyskał sobie u mnie poparcie, a mianowicie umiejscowieniem takiego niezwykłego romansu w bardzo boleśnie realistycznym świecie. Dodatkowo szybko się czyta, co przy tej pozycji jest dużą zaletą.

„Biorąc pod uwagę ostateczną jałowość naszej walki, czy przelotne wrażenie <<znaczenia>>, jakie daje nam sztuka, posiada jakąkolwiek wartość? Czy też jedyną wartością jest to, by wieść życie w możliwie najbardziej komfortowy sposób?”