30 grudnia, 2015

• PODSUMOWANIE 2015 • [part 1]



* cały spis książek przeczytanych w 2015 r. znajdziecie w moich archiwach

Chociaż nie podsumowuję każdego miesiąca, to nie wyobrażam sobie nie zrobić podsumowania roku. Przygotowywałam się na to od... właściwie początku 2015, także czas sprawdzić, czy udało mi się zrealizować wszystkie moje wyzwania książkowe, przeczytać tyle ile chciałam i to co chciałam oraz czy ten rok w ogóle był owocny jeśli chodzi o literaturę.

Był! Przeczytałam mnóstwo dobrych książek, dużo wspaniałych i kilka wybitnych. Oczywiście, zdarzały się też mocne nieporozumienia, ale zdziwiłabym się, gdyby takich nie było. Myślę, że szybko zapomnę o tych książkach (np. "Nic" Dawida Bieńkowskiego i "Czarne i modre" Wojciecha Bieńko). Zauważyłam, że im bliżej końca roku, tym lepsze książki trafiały w moje ręce, od ostatnich 2-3 miesięcy (może nawet więcej) nie było chyba takiej, która szczególnie źle zapisała się w mojej pamięci. Teraz pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że taka tendencja się utrzyma i rok 2016 stanie pod znakiem jeszcze lepszej literatury.

Do 2015 roku podeszłam dość nieprofesjonalnie, nic nie planowałam, nie miałam żadnych konkretnych celów, kiedy zaczynałam tworzyć listę przeczytanych pozycji. Moim jedynym wyzwaniem było minimum 52 książki. Udało mi się przeczytać 63, dzisiaj lub jutro skończę 64, także naprawdę nie jest źle. Mam świadomość tego, że inni czytają więcej, ale ja ze względu na bardzo mało wolnego czasu i tak jestem z siebie dumna :) Zwykle cały tydzień od poniedziałku do niedzieli mam zajęty, zostają mi tylko popołudnia, natomiast bardzo dużo nadrabiam w czasie wakacji, ferii, przerw świątecznych itp. Mam już kilka pomysłów co do roku 2016, postawię sobie wyzwania i, mam nadzieję, przeczytam więcej książek, żeby nie było, że się lenię.

Najlepsze zostawiamy na koniec, a teraz kilka pozycji, jakich absolutnie nie chciałabym przeczytać ponownie, mam z nimi bardzo złe skojarzenia. Po prostu niewypały. Nie robię rankingu tych pozycji, wszystkie z nich są po prostu słabe i raczej ich nie czytajcie.

"Czarne i modre" - Wojciech Bieńko

Zdecydowanie nie czytajcie, nie polecam. Jedyną jej zaletą, jak dla mnie, jest to, że ma długość chyba do 200 stron. Powieść dość dziwna, w której fabuła została poprowadzona bez polotu i sztywno, przez co nie można nawet wczuć się w czytanie. Na szczęście, małe jest prawdopodobieństwo, że na nią traficie, ponieważ nie zyskała dużej popularności.





"Nic" - Dawid Bieńkowski

Chyba powinnam stworzyć nowe kryterium dla najdziwniejszych książek, ale szczerze mówiąc, zdarzają się powieści zupełnie odrealnione, a jednak niesamowite, ciekawe i DOBRE. Dla przykładu - chociażby "Larwa" Fowlesa ostatnio przeze mnie zrecenzowana. Ale nie o tym tutaj. "Nic" to... rzeczywiście nic. Faktycznie, pokazuje pewne zjawiska związane z prywatyzacją w latach 90., zachowuje klimat lat popeerelowskich, ale tylko tyle, bo fabuła wydaje się być niesamowicie chaotyczna. Autor skupia się na drobnostkach, które nie mają żadnego znaczenia, nie wytycza wiodącego wątku, także nadal nie do końca wiem, co Bieńkowski próbował mi przekazać.

"Dziewczyny z Rijadu" - Radża as-Sani

Odradzam, ponieważ na rynku znajdziecie ogrom przecudnej literatury arabskiej (moja rekomendacja : Khaled Hosseini!), a ta niestety nie należy do ich grona. Prostota, ale w negatywnym sensie, czyli zupełna amatorszczyzna. W zamyśle miało być to opowiadanie blogerskie, to znaczy wstawiane w postach co jakiś czas, jednak zostało przelane na papier i wydane w wielu krajach. Szczerze mówiąc nie wiem czemu, według mnie powinno zostać w czeluściach internetu.




Oprócz tych trzech pozycji załapało się również kilka innych bardzo słabych, ale nie będę im robić złej renomy i pozwolę zadecydować Wam. Poza tym z perspektywy czasu podejście do niektórych książek mi się zmieniło. Tak odnoszę się do np. "Corpus delicti" - Juli Zeh, która z początku zupełnie do mnie nie przemawiała, jednak teraz uważam, że miała w sobie coś intrygującego i może nawet kiedyś jeszcze do niej wrócę, by zmienić swoją opinię, mam na dzieję, na lepszą.
Gdybym tylko mogła namówiłabym Was do omijania szerokim łukiem "Cierpień młodego Wertera" Johana Wolfganga Goethego, ale nie chcę być antyedukacyjna, a i tak pewnie sporo z Was przeszło już etap romantyzmu. Tym, co mają go jeszcze przed sobą serdecznie współczuję.


I to tyle... jeśli chodzi o część pierwszą. Domyślam się, że nie zaspokoi Was kilka najgorszych książek, które udało mi się przeczytać, dlatego w kolejnym poście planuję listę TOP 10 z tego roku. Wyczekujcie, wypatrujcie, bo jest już w przygotowaniu :)



29 grudnia, 2015

#45 Larwa

Chociaż przygodę z Fowlesem miałam zamiar zacząć od „Maga”, padło na „Larwę”, czyli książkę łączącą w sobie i czerpiącą z wielu gatunków literackich, a jednak tak inną od pozostałych pozycji rynkowych. Ma w sobie coś z kryminału, romansu, biografii tudzież dokumentu, nawet z powieści dygresyjnej lub epistolarnej, dlatego tak ciężko ją określić i ocenić w jakichkolwiek ramach. Dlatego „Larwa” to pozycja jak najbardziej uniwersalna i unikatowa.


Głównym bohaterem „Larwy” jest każdy, po kolei. Wszystkie postaci z osobna otrzymują swoje kilkadziesiąt stron i stają w centrum uwagi, a autor obnaża je przed czytelnikiem, nie dbając o zakrycie ich wstydliwości i intymności. Razem z Fowlesem odbiorca ma niepowtarzalną szansę zanalizować dogłębnie każdy charakter i dokonać autopsji umysłów bohaterów. To, w jaki sposób zostają ukazani, nie pozostawia wątpliwości – Fowles to mistrz charakterologii w swojej dziedzinie. Portret psychologiczny postaci książkowych im bardziej rozbudowany, tym lepiej. Przynajmniej ja ciągle o to zabiegam, ponieważ znajduję największą przyjemność w poznawaniu tych fikcyjnych osobowości, dostrzeganie różnic i podobieństw pomiędzy nimi oraz przyglądaniu się ich relacjom. Ponadto niektóre postaci przechodzą niesamowitą przemianę, zmieniają w sobie niemalże wszystko. Autor w pełni zaspokoił moje zapotrzebowania, a to oznacza, że zrobił to rzeczywiści dobrze.
Jedna bohaterka miała swój szczególny udział w powieści, chociaż pojawiła się dopiero na końcu ostatniego rozdziału, aby zamknąć fabułę. Mimo tego, to głównie w jej sprawie powstała powieść. Mowa o niejakiej Ann Lee, która to miała niemały wpływ na formę i reformę religijną głównie w Anglii w XVIII w. Autor wyjaśnia pokrótce jej rolę  oraz główne założenia, za jakimi manifestowała.
Wydawać by się mogło, że to w ogóle nie leży w gestii powieści, a jednak przez cały czas czytelnik wraz z autorem dąży do odkrycia tajemnicy osoby Ann Lee.

Książka momentami bywa trudna do zrozumienia, ponieważ po pierwsze, mało w niej fabuły samej w sobie, jest opowiadana urywkami, niechronologicznie i z różnych punktów widzenia. Po drugie, bez rozumienia celu powieści, większość tekstu zwyczajnie nie ma sensu. Gdybym wiedziała, przed lekturą zrobiłabym mały research, bo przyznam, że przy czytaniu trochę się męczyłam. Bez znajomości kontekstu „Larwa” jest po prostu… dziwna. Splot różnych niezrozumiałych wydarzeń, pomieszanie rzeczywistości z fantastyką i ludzie, którzy nawet się nie znają, taka mieszanka nie ułatwia zrozumienia powieści. Wszystko staje się jasne w Epilogu, tak więc jeśli zdecydujecie się na tą książkę, polecam Wam zacząć od końca.

Autor w „Larwie” jawnie stawia się za swoimi przekonaniami, zwłaszcza religijnymi. Chociaż Fowles kojarzony jest z ateizmem, to tutaj wchodzi w niebezpieczną sferę sacrum, dotyka religii głównie protestanckiej (ponieważ akcja dzieje się w Anglii), ale również sekciarskiej i wcale nie kryje się z własnymi poglądami. To mogłoby oburzyć katolików, jednakże wystarczy trochę dystansu, tolerancji i, przede wszystkim, umiejętność oddzielenia fikcji literackiej od rzeczywistości. Bo, nie ma co ukrywać, powieść pochwala pogańskie kulty kobiecości i nawiązuje do przekonań sekt, które bazują właśnie na wielkiej roli kobiety we wszechświecie, czyli po prostu zakładają, że Bogiem jest kobieta. Mi osobiście nie przeszkadzają takie tematy, wręcz przeciwnie, uwielbiam wgłębiać się w istotę innych wierzeń i nie traktuję tego jako obrazę.
Chętnych odsyłam do recenzji „Kodu Leonarda da Vinci”, który również traktuje o niemalże o tych samych aspektach, jeśli chodzi o wierzenia, jednak w zupełnie inny sposób.

Poza tym, „Larwa” to powieść o bogactwie i wpływie możnych na funkcjonowanie świata, w tym właśnie różnych religii i powszechnie akceptowalnych „norm społecznych”. Autor łamie te ramy i gwałtownie wkrada się w tematy zakazane. Tabu nie istnieje, Fowles zręcznie i bez skrępowania pisze o nienormalnych zboczeniach seksualnych, nadludzkim pożądaniu i erotycznych obsesjach. Bezpruderyjność niektórych bohaterów raczej nie wprawia w zażenowanie, jedynie uświadamia, jak bardzo ludzkość stara się ukryć, zakamuflować swoje grzeszki. Rodzi się pytanie – po co i przed kim?  

Ze spraw technicznych, ciekawą rzeczą w „Larwie” jest sama forma podania. Jak wspomniałam na początku, łączy w sobie wiele cech z różnych gatunków literackich. Rozpoczyna się jak normalna epika – narracja, akcja, świat przedstawiony itd., potem następuje zupełne zerwanie z taką kompozycją na rzecz wywiadu. Nawet bez wtrąceń typu „rzekła”, „odpowiedział”, „postanowiła”, „płakała tłumacząc się”; mamy tylko pytanie - odpowiedź  - pytanie – odpowiedź. Autor wykorzystał również  formę listu, a na końcu osobiście zwrócił się do czytelników. Ogólnie rzecz biorąc, dość duży miks przeróżnych konstelacji i to także wprowadza chaos w powieści, ale z drugiej strony, mamy do czynienia z ciekawym zabiegiem, bo dzięki temu powieść (albo… czymkolwiek ta książka jest) nie zanudza.

I, żeby tradycji stało się za dość, na końcu kilka uwag o drobnostkach, które nie denerwują nikogo oprócz mnie. Mam zamiłowanie do perfekcji, a poza tym jakieś małe wykroczenia irytują zwykle bardziej niż jedno duże. Tymi „małymi wykroczeniami” stały się częste powtórzenia, które nie do końca wiem jak odbierać. Mam na myśli słowa „sardoniczny” i „dysydentyzm”. W pewien sposób określają istotę bohatera (w pierwszym wypadku) i sensu powieści (w wypadku drugim). Ale można uchwycić ją w inny sposób niż denerwując czytelnika natrętnym wyrazem. Skojarzyło mi się to źle, bo tak samo np. w „Zmierzchu” (o którego wartości literackiej chyba nie muszę mówić) prześladował odbiorców „szelmowski uśmiech” Edwarda.

Na podsumowanie podkreślam, że „Larwa” nie dotrze do każdego. Większe szanse mają ci, którzy z góry wiedzą, o co w ogóle chodzi, ale i to nie stanowi pewnie stałej reguły. Warto zapoznać się z czymś innym, świeżym, bo taka właśnie jest książka Fowlesa – wykorzystuje techniki mniej popularne wśród pozostałych pisarzy, dzięki czemu jego dzieła zasługują na miano niepowtarzalnych i unikatowych. Co do faktu, że są też dziwne, nie zaprzeczę, ale powstaje coś tajemniczo pięknego z tej niezrozumiałości i ekscentryczności.




 To prawdopodobnie moja ostatnia recenzja w tym roku, ale spodziewajcie się jeszcze jednego posta podsumowującego cały rok 2015! 

26 grudnia, 2015

#44 Chłopiec z latawcem



Po dłuższej przerwie wracam z recenzją „Chłopca z latawcem”. Przyznam szczerze, że przez kilka tygodni odwlekałam ocenę tej książki, być może podświadomie, ponieważ miałam do niej bardzo duże wymagania, a… No właśnie! Na pierwszy rzut oka nie ma zarzutów, wszystko jak powinno być: czyta się dobrze, przy czym towarzyszą niezapomniane emocje, a w świat bohaterów można wpaść bez zapomnienia. Jednak kiedy mózg nastawiony na wyszukiwanie w tekście defektów i wyodrębnianie każdego elementu, a potem analizowanie ich pod każdym kątem, prostota i poprawność nie wystarczają.

Ostatnio miałam przyjemność recenzować „Tysiąc wspaniałych słońc” (tutaj recenzja)  Khaleda Hosseiniego, teraz powróciłam do jego debiutu. Początkujący autorzy zwykle mają trudno, nawet jeśli chodzi o samo wydanie swojego pierwszego dzieła. Poza tym, nie posiadają jeszcze wyrobionego pióra, wkradają się różnego typu usterki i niedopatrzenia, a także uwidaczniają się wszelakie „płycizny” literackie, czyli lanie wody albo przewidywalność akcji. Tutaj z wielkim sutkiem stwierdzam, że Hosseini potwierdza regułę. O ile jego „Tysiąc wspaniałych słońc” (czyli książka wydana chyba jako druga w kolejności) zachwycała swoją tajemniczością, fabułą złożoną z wielu pokrywających się wątków, barwnymi bohaterami, tak tutaj brakowało mi „tego czegoś”.

Historia o chłopcu, którego w małym afgańskim miasteczku wychowuje ojciec. Mieszka razem z przyjacielem-służącym i jego synem – Hasanem. Główny bohater, Amir, być może z powodu braku kobiet w swoim życiu, być może z woli Allacha, nie prezentuje postawy dumnego mężczyzny, jak pragnąłby jego tata. Nie potrafi się obronić, ani dowodzić swoich racji. Co gorsza, interesuje się poezją i pisarstwem, czym skutecznie skupia na sobie mściwe oczy afgańskich rzezimieszków. Nie musi się jednak martwić, ponieważ zawsze ma za sobą silnego Hasana, który chętnie go broni, jak własnego brata.
Jest to opowieść trudna ze względu przede wszystkim na tematykę utworu, ale także sposób przedstawienia wydarzeń. Być może same w sobie nie miałyby tyle tragizmu, ile nadał im narrator wprowadzając kontekst wojny, a szczególnie niemocy jednostki wobec szarijatu. Autor nie skupia się na aspekcie politycznym, a już na pewno nie religijnym, ale w centrum uwagi stawia właśnie pojedynczą istotę, przede wszystkim dziecko, które niewiele może poradzić na to, co dzieje się wokół niego. Oczywiście w tle przewijają się wydarzenia historyczne i odgrywają one znaczącą rolę w całości powieści, jednak stanowią bazę do głównego wątku.

„Przekupieni albo zastraszeni ludzie donosili jeden na drugiego: sąsiad na sąsiada, dziecko na rodziców, brat na brata, służący na pana, przyjaciel na przyjaciela.”

„Chłopiec z latawcem” to tzw. książka-droga, czyli przedstawienie jednej postaci z bliska, opisanie jej dzieciństwa, potem dorastania i dzieciństwa, często wykraczając poza granice tabu i dotykając najbardziej intymnych i osobistych spraw. W tym celu autor użył narracji pierwszoosobowej, która sprawdziła się tutaj, według mnie, znakomicie, ponieważ gdyby Hosseini zdecydował się na narratora trzecioosobowego, utraciłby sporo z tkliwości powieści. Napięcie i zaangażowanie czytelnika w losy głównego bohatera wywoływał głównie emocjonalny tok jego wypowiedzi i możliwość poznania jego myśli, a także dotykanie spraw osobisto-intymnych.

Autor nie stronił również od scen naturalistycznych, bo skoro już tak mocno ingerował w prywatność bohatera, to czemu jeszcze bardziej nie wstrząsnąć czytelnikiem? Właśnie o to chodziło w „Chłopcu” – wywołać emocje, oburzenie, może nie skandal, ale na pewno burzę myśli, pytań i wątpliwości na różne poruszane tematy. To wzmaga się poprzez właśnie brak cenzury przede wszystkim w momentach walki i widoku „ludzi” w zmasakrowanym po wojnie miasteczku, już pod koniec książki. Kilka razy pojawił się motyw ecce homo (o ile można tak powiedzieć przy omawianiu dzieła mającego źródło w kulturze islamskiej) na znak ukazania okrucieństwa i irracjonalności działań ortodoksyjnych Talibów. Znacznie częściej jednak w powieści wykorzystywany był obraz ofiary udziecinnionej, a to ze względu, że właśnie dzieci mają wysuwać się na pierwszy plan, a przed wszystkim – ich niemoc, bezsilność i niewinność.

Zarówno jak „Tysiąc wspaniałych słońc”, debiut Hosseiniego traktuje o przyjaźni trudnej, niemającej prawa zaistnieć, szczególnie w kraju islamskim. Pomimo wielu wątków, ten wysuwa się na pierwszy plan, ponieważ jest początkiem i końcem. Jedna relacja, bardzo silna, powoduje w życiu bohatera lawinę wydarzeń, przynajmniej taki był zamysł autora. Mimo tego nie mogłam się pozbyć wrażenia, że cała historia jakoś nie trzyma się kupy, a wydarzenia są niezależne od siebie. Czyli jednym słowem, brak koherentności. Kiedy nie ma spójności, czytelnik gubi się w opisach i następujących po sobie zdarzeniach, a tutaj, niestety, autor miał problem z jej utrzymaniem.

Podobnie jeśli chodzi o język, jakim Hosseini się posługiwał. Po tym aspekcie najbardziej uwidacznia się brak doświadczenia i zdradza, że „Chłopiec z latawcem” to debiut literacki. Częste powtórzenia, momentami sztuczne podtrzymywanie napięcia i słownictwo bohaterów nieadekwatne do sytuacji - to wszystko można wybaczyć i przełknąć z pokorą, po prostu udawać, że się nie zauważyło, zważając na to, że mamy do czynienia z chwilą stawiania pierwszych kroków wybitnego powieściopisarza, reprezentanta wspaniałej literatury arabskiej.

Po opiniach znajomych oraz własnych wspomnieniach z autorem spodziewałam się czegoś więcej po „Chłopcu z latawcem”, jednak nie mogę powiedzieć, że książka nie była wspaniała. Była. Zrobiła na mnie na tyle dobre wrażenie, że wybaczam Hosseiniemu wszelkie usterki, niedopatrzenia i ujmy wynikające z braku doświadczenia. Co przede wszystkim zapada w pamięć po ukończeniu lektury, to klimat przelany z ujmującą dokładnością i czułością na papier, co stanowi dla wielu bardzo trudne wyzwanie.
Polecam „Chłopca z latawcem” na dni, kiedy pragniemy oderwać się od własnych problemów, ale ostrzegam – to, ze książkę kwalifikuje się jako beletrystykę, nie oznacza, że jest „lekka”. Pełno w niej niewypowiedzianego cierpienia wynikającego z popełnionych w dzieciństwie błędów, żalu za to, czego bohaterowie nie zrobili i bólu, na który nie mają żadnego wpływu. Jednak ostrzegam, jeśli chcecie zapoznać się z dziełami Hosseiniego, zacznijcie właśnie od „Chłopca z latawcem”, dopiero później sięgajcie po kolejne jego pozycje.


10 grudnia, 2015

#43 Kod Leonarda da Vinci



„Jest pani dziewicą Graala, moja droga. I proszę mi wierzyć, że nigdy nie zapomni pani swojego pierwszego razu.”

„Kod Leonarda da Vinci” prawdopodobnie Wam znany, chociażby ze słuchu to, nie przesadzam, jedna z najlepszych książek, jakie udało mi się przeczytać kiedykolwiek! Wiem, że na moim blogu łatwo można się natknąć na sformułowanie „najlepsza książka od…”, „jedna z najlepszych w ostatnim…” „jeszcze lepsza niż…”, ale tutaj naprawdę i z czystym sumieniem mogę określić powieść Dana Browna mianem arcydzieła. A co do pozostałych książek, nic im nie umniejszając, ten rok jest po prostu rokiem dobrej literatury dla mnie. Trafiam na świetne, albo chociaż wystarczająco świetne powieści, z prostego względu – czytam to, co polecają mi ludzie. Szukam też innych recenzji na blogach, kieruję się nimi, albo konsultuję swoje wybory z koleżankami.

Mamy tutaj historię o tajemnicy, która może zmienić losy ludzkości, jej przyszłości, a także przeszłości! Ta niewiadoma strzeżona jest od wieków przez zakon pod nazwą Znak Syjonu, do którego należą tylko ludzie godni sekretu, a więc bardzo ścisła elita. Dla przykładu, do jej kręgów wpisywali się Leonardo da Vinci czy Victor Hugo, a w czasach, gdy działa się akcja książki, Jacques Sauniére. Niestety nie dane czytelnikowi poznać go bliżej, gdyż akcja rozpoczyna się jego tragiczną śmiercią w muzeum Luwru od kuli pistoletu. Nie wiadomo, kto uśmiercił głowę zakonu, a tym samym odciął możliwość dostępu do największej tajemnicy ludzkiego istnienia. Sauniére zostawia po sobie jednak ślad, zupełnie niezrozumiały i zagmatwany kod przeznaczony jedynie dla jednej pary oczu – Sophie.
Dziewczyna razem z Robertem Langdonem, badaczem symboliki, zaczyna poszukiwania właściwego rozwiązania cyklu zagadek. Jedno rozwiązanie rodzi kolejne pytanie i tak bez końca. Bo tylko najwytrwalsi i godni dostąpienia zaszczytu posiadania władzy przez znajomość tajemnicy, mogą poznać sekret.

Chociaż książka liczy ok. 550 stron, jej akcja trwa zaledwie dwa, trzy dni. Brown genialnie poprowadził fabułę, utrzymując jej ciągłość. Wszystkie wydarzenia następują po sobie i łączą się bezpośrednio związkami przyczynowo-skutkowymi. W kilku dniach bohaterów autor zamieścił mnóstwo treści zarówno tej związanej z następstwem i rozwojem wydarzeń, jak i opisami i kolejnymi etapami rozwiązywania tajemnicy. Bohaterowie dosłownie nie mają przerwy w książce, brak w niej zawieszenia czasowego, takiego pustego pola, o którym czytelnik nic nie wie i bardzo dobrze, bo napięcie cały czas trzyma i nie ma miejsca na nudę. Dodatkowo, akcja dzieje się w kilku miejscach, a więc możemy mówić o symultaniczności. Nie wytrąca to z nadanego rytmu, wręcz przeciwnie – jeszcze napędza rozwój zdarzeń.

Postaci stworzone przez Dana Browna zachwycają swoją inteligencją, a także mocnym charakterem, bo w „Kodzie” nie ma miejsca dla mazgajów. Stawka jest wysoka, więc muszą być godni, aby o nią walczyć. Napisanie tego typu bohaterów poszło autorowi z dziecinną łatwością. Na szczęście nie wprowadził tak wieloma barwnymi osobowościami chaosu w powieści, jedynie wzbogacił ją i urozmaicił. Ten smaczek to właściwie jedna z rzeczy, która w „Kodzie” zwraca szczególną uwagę odbiorcy, bo, nie oszukujmy się, nikt nie lubi „letnich” postaci. Najbardziej przywiązujemy się właśnie do tych „gorących” lub „zimnych” i jest różnica między tymi pojęciami. Chociaż de facto taki podział nie istnieje, zwykłam określać bohaterów zimnych jako tych jednostronnych, pozostających przez całą fabułę w danej tonacji. Nie przeobrażają się, nie widać ich zmiany, gdy fabuła się rozwija. Natomiast bohaterowie tzw. gorący to ci najlepsi – sam smak i wisienka na torcie jeśli chodzi o konstrukcję jakiejkolwiek powieści, a zwłaszcza kryminału (i to ma odniesienie właśnie w „Kodzie”). Przez czas trwania akcji, zachodzą w nich zmiany dotyczące poglądów, myślenia, charakteru. Wykreowanie takich bohaterów może być dla niedoświadczonego autora utrapieniem, ale Dan Brown sprostał zadaniu perfekcyjnie.
Ponadto, kolejnym faktem wpływającym na wartość książki jest to, iż autor zdecydował się na pogłębienie portretu psychologicznego co ciekawszych bohaterów, nawet tych drugoplanowych. To zawsze miły dodatek, wspierający różnorodność treści. Ponadprogramowe informacje o danej postaci też sprawiają, ze poznajemy ją z innej strony, być może bardziej prywatnej, a co za tym idzie, staje się gorąca. Taki sposób na wzbogacenie jakiejś osobowości zawsze się sprawdza.

Zagadka, którą bohaterowie książki mają rozwiązać polega na podążaniu za głęboką symboliką, zawartą w obrazach Leonarda da Vinci, ale przekazywaną z pokolenia na pokolenie i będącą w użytku powszechnym już od tysięcy lat. Niektóre symbole takie jak np. pentagram nabierają pod piórem Browna zupełnie inne znaczenie, niż to, którego byliśmy świadomi do tej pory. Alegorie, nawiązania i ukryte treści atakują nas ze wszystkich stron, a my pozostajemy na nie zupełnie nieświadomi. Jednak nie podczas podróży z Sophie i Langdonem. Wtapiamy się w drogę usłaną znakami, wchodzimy w nie bardzo głęboko i dzięki wiedzy autora na ich temat, zyskujemy niepowtarzalną szansę pogłębienia (i to w dobitnym tego słowa znaczeniu) wiedzy o świecie niewidzialnym dla większości ludzi. Brown z łatwością rozprawia się z problematyką ukrytych znaczeń, wszystko cierpliwie wyjaśnia i nieraz zaskakuje czytelnika. Ja pozostawałam pod stałym wrażeniem ogromu łączących się ze sobą w niezliczone struktury symboli i alegorii. Wszystko było ze sobą tak mocno i perfekcyjnie powiązane, a do tego wybitnie opisane.  

„Pieniądze i wiara to potężne bodźce.”

Wszystkie te symbole dotyczyły chrześcijaństwa. Dan Brown niestety ostro krytykuje idee Kościoła, przede wszystkim te ortodoksyjne, a dokładniej – obala teorię na temat historii religii. To wywołało wielkie oburzenie wśród teologów, historyków, a także wierzących. Dlatego też, zanim przeczytacie „Kod Leonarda da Vinci” nabierzcie dystansu i wchłaniajcie historię z umiejętnością odróżniania prawdy (której w powieści naprawdę dużo) od fikcji literackiej. Oczywiście hipoteza, którą Dan Brown przedstawia ma swoich zwolenników i w poważnych kręgach też traktuje się ją jako prawdziwą. To nie oznacza, że sam autor ma takie poglądy. Starając się w to nie wchodzić, ostrzegam tylko przed tym, że w tekście można natrafić na odważne i ostre kawałki krytycyzmu i widoczny jest pejoratywny stosunek narratora do niektórych sfer Kościoła chrześcijańskiego. Trzeba również wziąć pod uwagę fakt, że Brown porusza się raczej po obszarach anglosaskiego pojęcia o świecie, nie zaś po konserwatywnej polskiej megalomanii. Nawet już nie wyolbrzymiając, Polacy po prostu inaczej patrzą na pewne sprawy, aniżeli Amerykanie. W wydaniu „Kodu Leonarda da Vinci” – SONIA DRAGA w spółce z ALBATROSEM z 2004 r. w posłowiu od wydawcy polskiego Zbigniew Mikołejko wyjaśnia te różnice i pomaga czytelnikowi wejrzeć w obraz przedstawiony przez Dana Browna z jeszcze lepszej perspektywy.
Kontekst w jakim rozpatrywane są przez narratora kwestie chrześcijańskiego Kościoła zupełnie nie ma wpływu na wartość książki. Pozostanie wspaniała i genialna ze swoją głęboką symboliką, aluzjami do bogactwa kultury pogańskiej i boskości kobiecej, a także nietuzinkowymi i barwnymi postaciami, no i, przede wszystkim, porywającą fabułą, pełną tajemnic.

Całość dopełnia wspaniałe tło, czyli Paryż przedstawiony jako miasto tajemnic. Zresztą, co w „Kodzie” nie jest tajemnicą… Jednakże Paryż, czyli główne miejsce akcji został wyniesiony na piedestał. Atmosfera miasta tworzy niepowtarzalną otoczkę do wszystkich wydarzeń, wydaje się być idealnym miejscem na taką historię. Nie tylko dzięki Luwrowi z pokaźnym zasobem dzieł da Vinciego, ale również ze względu na różnorodność kulturową i przenikające się różnorakie grupy społeczne. Autor unaocznia fabułę, wprowadza jej realistyczny wydźwięk poprzez wplatanie wątków historycznych z przeszłości Paryża, albo wspominanie o słynnych budowlach takich jak Art du Carrousel, Musée d’Orsay, centrum Pompidou i oczywiście Musée du Louvre.

„Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna, to książka, którą umieściłabym na liście tych, które absolutnie trzeba przeczytać. To czysta sztuka literacka, trafiająca się dość rzadko, a więc korzystajmy! Czytając ten kryminał, przenikliwość autora uwidacznia się w każdym prawie aspekcie, w każdej dziedzinie. Nie ma wątpliwości, że powieść napisał człowiek wykształcony i inteligentny, a przede wszystkim, utalentowany i, zapewniam, nie zmarnował zasobów wiedzy oraz postarał się, aby historia pod względem poprawności i rzeczowości była perfekcyjnie dopracowana. Udało mu się to, a całość, jaka powstała to nie mniej, jak dzieło sztuki z prawdziwego zdarzenia.
Najlepsze ze wszystkiego i w ogóle nie podlegające jakiemukolwiek sporowi były wszechobecne symbole. Ich mnogość, wprawia czytelnika w wielką satysfakcję, że po prostu może współtowarzyszyć bohaterom, również wspaniałym, w wielkiej podróży ku odkryciu tajemnicy o wadze większej niż życie i największe pieniądze.

„Życie jest pełne sekretów. Nie można wszystkiego wiedzieć od razu.”