15 stycznia, 2016

#48 Anioły i demony - Dan Brown

Powstało we mnie uczucie głębokiej konsternacji przy ocenianiu tej książki.


Jeśli regularnie bywacie na moim blogu, wiecie, jak ostatnio bardzo zachwycił mnie „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna. Został moją ulubioną lekturą w 2015 w zestawieniu TOP10, a ja niezmiernie się cieszyłam, że seria tegoż autora z Robertem Langdonem zawiera jeszcze 3 książki. Tym razem padło na tom 1. z tetralogii, czyli „Anioły i demony” i… nadal nie mogę się wyzbyć tego uczucia pustki po skończeniu historii.
Jeśli chodzi o konstrukcję fabuły i występujące w niej elementy, powieść miała bardzo dużo wspólnego z „Kodem da Vinci”. Na samym początku – okrutne morderstwo owiane tajemnicą, a potem… Langdon wkracza do akcji. Jednak nie poradzi sobie sam, nawet wykorzystując swoje nadprzyrodzone zdolności umysłowe symbolisty religijnego z Harvardu. Pojawia się więc pomocna dłoń niezastąpionej, a jakżeby inaczej, kobiety. Jeden dzień na rozwiązanie zagadki – jeden dzień na ocalenie świata od zagłady i totalnego załamania religijnego. W „Aniołach” Brown na pozycji wroga ustawił bractwo iluminatów, co samo w sobie może już zachęcić wielu potencjalnych czytelników, bo faktycznie satanistyczna grupa posiada otoczkę grozy i niebezpieczeństwa. Jej obecności dopatruje się… dosłownie wszędzie, do tego stopnia, że przybrało to raczej formę zabawy, także książka może pomóc nieco otrzeźwić umysł i ujrzeć iluminatów prawdziwych. Groźnych i zdeterminowanych.

Nie wiem, czy coś zdoła zmienić moje zdanie na ten temat – Dan Brown to bezapelacyjnie król powieści sensacyjno-kryminalnej. Geniusz, inaczej tego nie nazwę, bo w  i tak już idealnie zbudowaną fabułę wplata wiele naukowych informacji, czy może raczej ciekawostek, nieprzeznaczonych dla umysłu laika. Mimo tego, robi to w jakiś zadziwiający sposób, że cała nauka zawarta w jego powieściach jest bardzo ciekawa, łączy wszystkie pozostałe elementy w spójną formę i podtrzymuję historię na stabilnym podeście. Ale to nie wszystko! O ile widać, że Brown zdecydowanie interesuje się symboliką religijną, prastarymi zakonami i ogólnie teologią, to potrafi jeszcze nieźle wytłumaczyć czytelnikowi-ignorantowi zasady fizyki atomowej. Przemyca w swoich powieściach sensacyjnych niezłą dawkę nauki w czystej postaci, od której w głowie może się zakręcić. Kilka razy musiałam oderwać oczy od książki, żeby pomyśleć „Nie, nie wierzę. Nie wierzę, to nie może być prawda…” TO TRZEBA PRZECZYTAĆ!

A więc skąd moja konsternacja? Otóż wciąż nie mogę wyjść z trybu porównywania do „Kodu” i jedna rzecz nie daje mi spokoju. Zakończenie dosłownie wcisnęło mnie w fotel… nie, raczej w łóżko, ale mniejsza z tym. Niesamowite, nieprzewidywalne, lepszego po prostu nie można sobie nawet wymarzyć! Perfekcyjne zawiązanie akcji, czyli z pewnością książka była dobrze zaplanowana. Ale! Najsmutniejsza rzecz, czyli przez większość powieści Brown nic a nic nie trzymał mnie w napięciu, bo niesamowicie łatwo było przewidzieć kolejne ruchy bohaterów. Zakończenie nadal pozostaje nieodgadnięte i chwała Bogu, jednak to okropne uczucie, kiedy wiem, jak potoczy się kilka kolejnych scen. Autor nie zbyt dobrze zakamuflował swoje intencje, dał czytelnikowi informacje, jakich nie miał Langdon, co skutkowało irytacją z mojej przynajmniej strony, ponieważ nie dość ciężko było odgadnąć, do czego historia zmierza. Moje niezadowolenie opiera się chyba też na tym, że zachowanie bohaterów miało jakiś taki nienaturalny wydźwięk, coś z tandety.
Jeszcze jedna mała ujma, na szczęście wcale nie taka dobijająca, nawet trochę śmieszna. Mianowicie Dan Brown zupełnie nie nadaje się do pisania romansów. Nie pozwólmy mu na to, to się może źle skończyć. Wątek miłosny w jego wykonaniu to co najwyżej parodia amerykańskich komedii romantycznych i melodramatów. Brownie, lepiej trzymaj się sensacji!

Mimo wszystkiego, co oceniłam źle, i tak warto przeczytać „Anioły i demony” po pierwsze ze względu na kunszt, z jakim powieść została wykonana. Po drugie, żeby rozwiać tajemnicę wokół iluminatów i wielu symboli religijnych lub pogańskich ukrytych pod postacią religijnych. Żeby dostrzec w sztuce chrześcijańskiej niesamowite rzeczy nie trzeba być ani wierzącym, ani historykiem sztuki, wystarczy sięgnąć po którąś z powieści Dana Browna.
Zakończenie książki uratowało ją, kiedy już niebezpiecznie opadała na dno, a więc nawet jeśli w pewnym momencie trochę się zniechęcicie – nie zarzucajcie „Aniołów i demonów”, bo ominie Was deser, czyli najlepsze na koniec. Tak, lektura tej powieści to, nie przesadzam, wspaniałe przeżycie i czuję, że tak jak „Kodu Leonarda da Vinci” nie zapomnę jej na długo.



13 komentarzy:

  1. Czytałam ją w gimnazjum i pamiętam, że wtedy męczył mnie sam styl Browna, mimo, ze całokształt mi się podobał. Teraz pewnie musiałabym sobie ją odświeżyć, by napisać o tym coś więcej :)
    drewniany-most.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdybym ja przeczytała ją w gimnazjum też prawdopodobnie zupełnie inaczej bym do niej podchodziła. Wtedy czytałam zgoła inne książki, oceniałam je przez inny pryzmat. A adresatkami Dana Browna nie są przecież gimnazjalistki, także pewnie gdybyś ją sobie odświeżyła, znalazłabyś w niej mnóstwo elementów, które wcześniej się ukrywały. Ja miałam tak z kilkoma książkami z gimnazjum

      Usuń
    2. Nie wątpię, ale do czytania mam tyyyyyyyyyyle, że jakoś nie czuje potrzeby by do niej wraca. Ja się w życiu z tym nie wyrobię.

      Usuń
  2. Czytałam ją lata temu. Wtedy byłam pod jej ogromnym wrażeniem. Teraz mam do niej głównie sentyment. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam nadzieję, że po wielu latach będę ją dobrze wspominać. Niewykluczone, że do niej wrócę ;)

      Usuń
  3. Ja również na początku przeczytałam "Kod da Vinci", a później "Anioły i Demony". Kodem byłam zachwycona, ale później, tak jak Ty, bezustannie porównywałam te dwie książki. Po pozostałe dwie części już chyba nie sięgnę, bo boję się, że wszystkie będą bardzo do siebie podobne :(
    Buziaki, Lunatyczka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja w swojej biblioteczce mam jeszcze "Zaginiony symbol" , a na "Inferno" poluję. Tak czy inaczej przeczytam dwie pozostałe książki, bo jednak nadal jestem pod wrażeniem "Kodu". W razie czego, dam znać i powiem czy warto :)

      Usuń
  4. Swoją przygodę z tym autorem chcę zacząć od "Kodu Leonarda da Vinci", a jeśli mi się spodoba, to na pewno sięgnę po inne jego książki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nawet lepiej zacząć od "Aniołów i demonów" Po pierwsze dlatego, że to pierwsza książka z serii (chociaż wszystkie 4 nie są ze sobą powiązane fabularnie), a po drugie - lepiej być mile zaskoczonym po gorszym, niż zawiedzionym po lepszym ;)

      Usuń
  5. nie czytałam ale kuzyn przeczytał wszystkie i bardzo mu sie podobały :)


    Pozdrawiam i życzę miłego weekendu :)
    Anru,

    OdpowiedzUsuń
  6. Pamiętam, że czytałam książki Browna w gimnazjum i naprawdę bardzo je lubię :) Dopracowane i ciekawe, chociaż momentami nużące ;)
    Pozdrawiam ;)
    bookowe-love.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  7. Próbowałam, czytałam, ale jakoś tak... Nie do końca. Ale! Wrócę do niego ponownie. Być może wtedy mój gimnazjalny umysł nie chciał dokończyć powieści. Cóż.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi w gimnazjum też by się pewni nie spodobał - pominęłabym zupełnie to, co teraz wydaje mi się esencją także warto spróbować :)

      Usuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)