25 kwietnia, 2016

Hotel Bankrut _ Magdalena Żelazowska [PREMIEROWO]

A co jeśli nie jesteś jedyną osobą, która przeżywa dramat życiowy?


Magdalena Żelazowska pisze o prawdziwych ludziach - takich, którzy bez żadnego uzasadnienia czy jakiejkolwiek zapowiedzi znaleźli się przed irytującym stanem, a mam na myśli bankructwo. Zjawisko dość egalitarne, aczkolwiek skrzętnie omijane przez społeczeństwo, trochę jak wirus, bo się czai wszędzie, ale oczywiście nie na nas samych. A tu, proszę, niespodzianka. Witam szanowną Panią / szanownego Pana, mam propozycję nie do odrzucenia (nie do odrzucenia, bo żadnej innej możliwości Pani / Pan nie ma), proszę mnie uważnie posłuchać (w razie czego, będę się sukcesywnie i natrętnie powtarzać): w związku z zerowym stanem Pańskiego konta, proszę niezwłocznie pozbyć się wszelkich marzeń, aspiracji, złudzeń, znajomości i wsparcia. Proszę wziąć się w garść, choć nie gwarantuję, żadnych profitów z tej racji. A tak w ogóle, to nazywam się Kryzys. Zaprzyjaźnimy się?
"Odkładała drobne do skarbonki, a życie na później."
W powieści autorka z rozmachem zabrała się do tworzenia postaci. Nie jedna, nie dwie, a pięć i oczywiście dodajemy jeszcze epizodyczne. Jednym słowem - to, czego Paulinka nie lubi najbardziej, ponieważ kto czyta Księgotekę od jakiegoś czasu, ten wie, że szczerze nie przepadam za głębokimi rozbudowaniami wielu wątków, a przede wszystkim zbyt dużą liczbą postaci "głównych". Bohater pierwszoplanowy dla mnie powinien być jeden, co najwyżej dwóch, ale rozumiem, że coraz trudniej autorom przyciągnąć czytelnika, więc kombinatoryka i wszelkie chwyty dozwolone. 
Ale tutaj to zupełnie co innego! Moja już z początku spora niechęć została przezwyciężona, co można uznać za spory sukces Żelazowskiej. Mozaika postaci faktycznie oddaje myśl przewodnią książki: każdy, bez względu na stan majątkowy, cywilny, towarzyski i zatrudnienia, może poznać osobiście, niezwykle popularną w Polsce, biedę. I okazuje się, że nawet niespecjalnie musi się wysilać, bo... samo jakoś tak wychodzi - brak pracy po studiach, nędzna emerytura, zwolnienie bo cięcia w budżecie, ryzykowny biznes i brak przebicia. A konto uszczupla się w zatrważającym tempie i co dalej? 

W związku z tym, że bohaterów jest tak dużo, logiczne jest pokazanie też różnych reakcji na bankructwo. Tym tropem poszła autorka, a wyszło to przyzwoicie, acz bez fajerwerków. Dramat tych ludzi jakoś niespecjalnie do mnie dotarł, ponieważ ich odpowiedź na toczące się bez ich wpływu sprawy nijak nie przystawała do tego, jak ludzie zachowują się w takich momentach naprawdę. Wyjątek to jedyna wiarygodna bohaterka - Weronika, która i tak została przez samą twórczynię zdegradowana i postawiona w roli kozła ofiarnego. A szkoda, bo w niej tkwił największy potencjał. 
Żelazowska MOGŁA przywołać mnóstwo irracjonalnych zachowań, jakie następują po tak wielkiej stracie (czy to stopniowej, czy nagłej) wkręcając czytelnika i włączyć u niego emocje, ale tego nie zrobiła. 

Co nie ulega wątpliwości, autorka ma wielki potencjał jako pisarka. Idąc za przykładem Cycerona i wiernie odwzorowując zasadę docere, movere, delectare, wyłożyła czytelnikowi morały BARDZO życiowe, czasem grając nieco na emocjach, ale przede wszystkim - wciągnęła w wir wydarzeń leciutką narracją. Temat cokolwiek ciężki, a Żelazowska poradziła sobie z nim z dziecinną łatwością. Pozwoliła sobie na ironiczne wstawki, potężną dawkę humoru i literacką swobodę, nie zrzekając się oczywiście głębokich przemyśleń - życiowych i etyczno-morlanych. Refleksyjny charakter nie nuży, a jednak pozostawia tam gdzieś w tyle po skończeniu książki parę zdań nie do powiedzenia, taką małą pustkę i konsternację.

Poza tym, klimat "Hotelu Bankrut" ożywiony tym mocniej przez charakterystyczny obraz Łodzi... cudo. To, co zostało przedstawione na niecałych 300 stronach, zachwyciło mnie bardzo bardzo (tak, chyba widać, że brak mi słów...). Że niby realizm, bo wszystko wiernie odwzorowane, bo opisy niezwykle dokładne, ale nie bez przyczyny w powieściowej Łodzi brak zalet. Zostały pominięte, nie od tak, ale żeby ZNÓW przypomnieć czytelnikowi o dramacie ludzkim w tak wielkim mieście, które wcale perspektyw nie obiecuje. Tylko zwodzi przeszklonymi wieżowcami, klimatycznymi kawiarniami, przepływem pięknych młodych zdolnych w Manufakturze, ale gdzieś pomiędzy tym wszystkim czai się nasz przyjaciel. Pamiętacie go - Kryzys.

"Dawna stolica mody. Dziewiętnastowieczne centrum europejskiego włókiennictwa, kwitnące fabrykanckimi willami i pałacami zdobnymi w sztukaterie. Miasto wielkich fabryk, wielkich fortun i wielkich nadziei, które usnęło przez jakąś tragiczną pomyłkę."

Jakoś tak nie mogę sobie poukładać wszystkiego po tej powieści. Myślałam, że nie będzie mi się podobała, a zostałam zaskoczona co najmniej miło, bo, kurczę... Żelazowska serio umie pisać, to trzeba jej oddać. Mimo drobnych usterek, które dotyczą przede wszystkim kreacji bohaterów, całość prezentuje się wręcz wzorcowo. Czytajcie, ślijcie dalej w świat, niech "Hotel Bankrut" otrzeźwi tych, co żyją w spokoju i złudzeniach. 
Powieść gorzka, a jej treść powinna zdecydowanie wskazywać na bardziej melancholijny, przygnębiający nastrój, jednak dzięki wspaniałomyślności autorki, czytelnik nie zostanie narażony na żadne niedogodności i z rozkoszą będzie delektował się każdym kolejnym rozdziałem a z postępem fabuły - coraz większym upadkiem bohaterów. 

2 komentarze:

  1. Zapowiada się bardzo ciekawie, chętnie przeczytam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetna sprawa i cały temat rozłożony na części pierwsze. Myślałem, że już niczego w tych kwestiach się nie dowiem.

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)