01 maja, 2016

Opactwo Northanger _ Jane Austen

Jane Austen tak czy siak zdobyła moje serce „Dumą i uprzedzeniem”. Teraz „jedynie” potwierdziła swoje zasługi.



Zgodnie ze standardami epoki, kobieta w wieku 17-24 lat zaczyna szukać partnera, w związku z czym wyrusza na podboje okolicznych prowincji, zamieszkując u znajomych i poszerzając swoje społeczne horyzonty. Znajomości wśród arystokracji to skomplikowana sprawa i mimo że trącąca ostro hipokryzją i fałszem, to nadal można ją zaliczyć do jednych z najważniejszych aspektów, budujących prawie wszystkie powieści XIX-wieczne.
Tak też i tutaj Austen zdecydowała się podążać utartym śladem – wysyła swoją heroinę (z początku miałam problem z tym słowem, po czym okazało się, że oznacza ni mniej ni więcej jak po prostu „bohaterka”, na co uczulam) do kuzynostwa. Młoda arystokratka nie grzeszy biegłością w sztuce zdobywania przyjaciół, bo trafia do obcego towarzystwa, to po pierwsze, a po drugie trafiają jej się same felerne egzemplarze. Jak więc poradzi sobie z odnalezieniem partnera?

Nie wiem nawet od czego zacząć, bo Austen ukazała się czytelniczkom w pełnej krasie, nie szczędząc własnego talentu pisarskiego, co jak najlepiej odbiło się na genialności „Opactwa w Northanger”.
Książka stanowi wzorcowy przykład powieści pozytywistycznej w bardzo dobrym tego słowa znaczeniu. Mimo że, jak zaznaczyłam, autorka nie sili się na wymyślne innowacyjne formy, to w treści zwyczajnie szydzi z egzaltowanych autorów, którzy myśleli, że wszystkie rozumy pozjadali. Zdecydowanie pochwala autorki, które dopiero powoli, nieśmiało domagają się głosu na „rynku literackim”. Romanse – idiotyzm dla nizin społecznych i niewykształconych kobietek czy nowa forma, dająca nowe możliwości i rozszerzająca ustalone granice? Spór niezażegnany, chyba do dziś i poruszony właśnie w powieści Austen, która stawia mur obronny dla zwolenników gatunku. Z to wielkie propsy dla autorki.

Chociaż tak sobie myślę, że nie tylko za to, bo każdy głupi może się opowiedzieć po którejś ze stron. Natomiast pisarka postawiła bardzo mocny argument na rzecz obrony gatunku, tworząc wspaniałe romanse. Wykorzystała do tego bardzo ciekawy typ narratora, rzadko dzisiaj spotykany – historia to pewnego rodzaju opowieść wyjęta wprost z ust opowiadacza. Dzięki wtrętom takim jak: „chciałabym, czytelniku, abyś…”, „tymczasem nasza bohaterka…”, powieść przybiera niezwykle uroczy charakter – można się poczuć, jak podczas długiego, zimowego wieczoru przy herbacianej gawędzie z dobrą ciocią. Naprawdę, absolutnie rozkoszne to, chociaż teoretycznie przejęte od odrealistycznionych romantyków – a u nich mi się tak nie podobało.
Poza tym, rozmowa z czytelnikiem, wejście z nim w dialog, niszczy bariery, burzy mury i zdecydowanie skraca dystans do narratora, co również niezaprzeczalnie wpływa (DOBRZE) na odbiór powieści.

Uważam, że Jane Austen to nie tylko protoplastka, ale przede wszystkim mistrzyni gatunku. Poważnie, nie znalazłam jeszcze romansu, który zachwyciłby mnie TAK BARDZO. Nie oszukujmy się, zakochuję się bez pamięci w mężczyznach z powieści autorki, nie poradzę nic na to, ze są wszyscy tacy świetni. Prawdziwi gentelmani, zwykle nieśmiali, pozostający pod dominującym, acz nie nachalnym charakterem kobiety. No i nasuwa się kolejna kwestia, czyli wpływ raczkującej emancypacji na rolę bohaterki w powieściach pisarek XIX-wiecznych.
Zadziwia mnie wciąż to, że we współczesnych romansach kobieta spychana jest do roli szarej myszki i stanowi często obraz uległej nędzy i rozpaczy oraz potrzebuje opieki silnego mężczyzny, żeby zaistnieć. A zadziwia mnie tym bardziej, jeśli widzę, jak mocną pozycję TA SAMA kobieta wywalczyła sobie 200 lat temu. Co z Wami, autorki? Bierzcie przykład z Waszych poprzedniczek i nie degradujcie płci pięknej, proszę. O wiele ciekawiej czyta się powieść, w której główna bohaterka ma moc sprawczą i nie potrzebuje uzależnienia – to ona ma uzależniać (o, to może stąd ta heroina…).
"Mężczyźni rzadko wiedzą, czego chcą; zwłaszcza młodzi mężczyźnie niesamowicie zmienni są i niestali."
To, czemu żadna dusza czytelnicza się nie oprze, czyli niepowtarzalny, absolutnie magiczny klimat opactw, sal baletowych, salonów arystokrackich, przydwornych ogrodów… I znów MIMO ŻE Austen ukazała je bardzo realistycznie, to jakimś cudem wydobyła z nich ten nieuchwytny akord tajemniczości. Długie opisy były wręcz wisienką na torcie. Chociaż dialogi również nie pozostawiły nic do życzenia. Widoczna różnica między np. rozmowami na dworze arystokrackim a rozmowami w domu rodzinnym wiernie oddawały atmosferę, z pewnością dobrze zaplanowaną. Zdania raczej sążniste, często przewyrazowane (Paulina, zostań słowotwórcą, dobrze ci to dzisiaj idzie…) zostały szyderczo wyśmiane, co ja z wielkim entuzjazmem poparłam i myślę, że zrobi tak wielu z Was. Bo mam świadomość, że często barierą przed sięgnięciem po jakiś „przedatowany” klasyk jest właśnie obawa przed zawiłym językiem, także u Austen nie miejcie obaw – poradzicie sobie.

Tak patrząc całościowo, Austen połączyła techniki romantyczne z pozytywistycznymi, biorąc oczywiście co najlepsze z każdej epoki, a jednocześnie przegoniła o lata świetlne współczesne pisarki romansów – JAK? Nowoczesna treść w starszej formie dają ostatecznie genialny, bardzo wymowny obraz świata widzianego oczyma panny.
Jeśli ktoś chce uczyć się od najlepszych – polecam. Jeśli ktoś nie lubi romansów – polecam. Jeśli ktoś kocha romanse – polecam (czyt. poważnie, musisz to przeczytać). Jeśli ktoś nie lubi romantyzmu/pozytywizmu – polecam. Zmienicie swoje dotychczasowe przekonania, bo ta powieść zdecydowanie jest zdolna do wywołania rewolucji w twoim dotychczasowym czytelniczym świecie. No i jest totalnie urocza, przecudowna, a przede wszystkim – NIEPRZESŁODZONA (co muszę zarzucać prawie każdej romantycznej historii XXI wieku).

Recenzja zrobiła się poważnie długa, więc kto dotarł dzielnie do końca – gratulacje :). Zainteresowanych odsyłam oczywiście do recenzji „Dumy i uprzedzenia”.



10 komentarzy:

  1. Nie czytałam nic od tej autorki.Czas to zmienić. :)
    Pozdrawiam cieplutko!
    http://olalive-blog.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam twoje recenzje! Są jednocześnie profesjonalne i luźne :) twórczość Austen uwielbiam, choć tej powieści nie czytałam, ale zachęciłaś mnie w 100%. Dobrze, że mam tę książkę na półce :) http://ksiazkowa-przystan.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Przemawia do mnie Opactwo Northanger, bo romanse same w sobie lubię. Ale jak wczytuję się w idealny świat bohaterów bez skazy z przewidywalnym happy endem to ręce mi opadają. Myślę, że to odpowiednia pozycja dla mnie :)
    Pozdrawiam- strefawyobrazni.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie lubię twórczości tej autorki...

    OdpowiedzUsuń
  5. Nie czytałam jeszcze nic tej autorki, ale na pewno zacznę od "Dumy i uprzedzenia". Jeśli mi się spodoba, to sięgnę również po tę książkę ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie czytałam jeszcze "Opactwa...", ale kilka innych powieści już tak;D Recenzowałam je;D Lubię Austen - tylko jej romanse póki co podobały mi się tak bardzo, po współczesne nie sięgam;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kurcze, do tej pory nie przeczytałam żadnej z książek tej autorki. Raczej rzadko sięgam po klasykę, ale tym razem chyba powinnam zrobić wyjątek i chociaż spróbować ;)

    Pozdrawiam
    Przygody mola książkowego

    OdpowiedzUsuń
  8. Jane. Jane. Och! Jane. Muszę przeczytać. "Duma i uprzedzenie" posiadam, ale jeszcze nie zaczęłam czytać. Jeśli mi się spodoba, od razu zabieram się za "Opactwo Northanger". Cudownie piszesz o tej powieści, więc może faktycznie warto przeczytać powieść, w której główna bohaterka nie potrzebuje ciągłej opieki zapewnianej przez mężczyznę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam w planach, ale najpierw przeczytam ,,Dumę i uprzedzenie", która czeka na mnie od dawna :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Austen pokochałam za Dumę i Uprzedzenie, ale Opactwa nie miałam jeszcze okazji przeczytać. Myślę, że zaopatrzę się w tę książkę podczas najbliższej wizyty w bibliotece :D
    Buziaki, Lunatyczka

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)