13 grudnia, 2016

Lśnienie _ Stephen King

W obiegowej opinii horror wszech czasów. Mało tego - napisany przez króla horrorów, który tak czy inaczej zdobył moje serce, a teraz mógł jedynie potwierdzić swój geniusz.


Nie mogę nazwać "Lśnienia" inaczej niż arcydziełem. Z autopsji pewnie wiecie, że czytając którąś z kolei książkę jednego autora, ciężko powstrzymać się od wyszukiwania podobieństw, różnic, wspólnych motywów itp. Zwłaszcza gdy obecnie czytana w szczególności przypomina Wam jedną z poprzednich. 
Analogii do "Misery" w "Lśnieniu" można znaleźć mnóstwo, ale zaznaczam już na początku, że nie polegają one na powieleniu fabuły, skopiowaniu bohaterów i, ogólnie rzecz biorąc, pójściu na łatwiznę. Tu możemy mówić z czystym sumieniem o korespondencji sztuk, bo o ile w "Misery" jest tak i tak, to w "Lśnieniu" tak i inaczej. Przykład? Nieskrywana przez Kinga miłość do motoryzacji, która stanowi mały ozdobnik, urozmaicenie, prawdopodobnie służy bardziej samemu autorowi, a czytelnik zauważy, że coś jest na rzeczy dopiero po paru książkach Kinga. Albo "Pod kopułą", w której autor nawet nie stara się zamaskować swojej pasji. W jednej i drugiej książce samochód czemuś zawinił - w "Misery" Paul Sheldon miał w nim wypadek, a w "Lśnieniu" okazał się po prostu zbyt słaby aby zapobiec wypadkowi

Myślę, że motyw pisarza-twórcy, zmagającego się z niewdzięcznością losu to bardzo oklepany i oczywisty motyw, jednak King urzeka mnie nawet tym, czego w normalnych warunkach nie trawię. To tak jakby ktoś podał mi kanapkę, ale taką hiperwyposażoną, z np. hummusem, plastrami awokado, cienkimi plasterkami pomidora, kiełkami, przyprawioną powiedzmy majerankiem, podczas gdy większość autorów to tylko masło i szynka. Fenomen polega na dziwnym połączeniu realistycznego myślenia z abstrakcjonizmem. U Kinga rodzi się coś na kształt rzeczywistej abstrakcji, w której autor nie pomija ważnych kwestii takich jak wiarygodność bohatera literackiego, jego przemyślenia i życie wewnętrzne podczas tworzenia zupełnie oderwanego od rzeczywistości świata przedstawionego. Nawet nie o hotelowe demony tu chodzi, ale o sam fakt życia w samotni. Poczucie izolacji od świata przechodzi z literackiej 3-osobowej rodziny na czytelnika i wzmaga poczucie niebezpieczeństwa, bezbronności i osaczenia. I tutaj właśnie postać Jacka Torrance'a, mimo że nie pozytywna, budzi we mnie wielki podziw swoją złożonością - wiarygodnością i nieprawdopodobieństwem jednocześnie. Tylko w ten sposób można oswoić czytelnika z, wydawałoby się, szablonowym i nudnawym wyalienowanym artystą. Tego właśnie spodziewamy się, gdy widzimy głównego bohatera-pisarza "Ja czuję rzeczywistość, rzeczywistość tworzę..." King (ani żaden inny autor) nie mógłby przecież zdegradować swojego książkowego alter-ego.

Trzech autorów zasłużyło sobie u mnie na chwalebny tytuł mistrza słowa. Jak się nietrudno domyślić jednym z nich jest King (drugim Zafón, trzecim Schulz - myślę, że standardowo). Tworzenie literackiego świata odbywa się nie tylko przez kreację miejsca akcji, budowanie fabuły i portretów psychologicznych bohaterów - esencja nieuchwytnego klimatu tkwi w słowach. Styl pisania Kinga należy do grupy raczej specyficznych, a co za tym idzie - oryginalnych. Nie czytałam chyba nigdy jego kopii, ale myślę, że bym się uśmiała, bo to, co autor "Lśnienia" tworzy na kartkach powieści jest... niepowtarzalne i niepodrabialne. Przy okazji trudne do opisania, więc wybaczcie, że się tego nie podejmę. 

Z racji tego, że "Lśnienie" jest horrorem (btw - kto oglądał niech napisze co sądzi o filmie), to powinno straszyć. I naprawdę straszy. Właściwie to jest jedyna książka, przy której NAPRAWDĘ się bałam. To mega dziwne uczucie, ale w sumie to polecam, bo boisz się, teoretycznie możesz po prostu zamknąć książkę w momencie gdy widzisz, że coś się szykuje, ale tego nie zrobisz, bo Twoje domysły mogą być gorsze niż rzeczywistość książkowa. Element zaskoczenia w powieści nie działa tak, jak w filmach i lepszy efekt jeśli chodzi o wzbudzenie niepewności i strachu autor osiąga budowaniem napięcia i sugestywnymi opisami. Przysięgam, że od co najmniej 3 tygodni boję się wanien, właśnie przez Kinga i jedną scenę, a dokładniej to przedstawienie obrazu w paru zdaniach... Mówię - moc słowa niezaprzeczalna. Polecam czytać w nocy, ze względu na atmosferkę i nie w autobusie, bo się zaczytacie i przegapicie przystanek. 

Oprócz tego, że przeciętny czytelnik, który liczy na szybką i łatwą rozrywkę się zadowoli (bo "Lśnienie" absolutnie wpisuje się w kanony pop-kultury), to i ten bardziej wymagający nie odejdzie zawiedziony. Symbolika w "Lśnieniu" odgrywa bardzo znaczącą rolę, w ogóle to jest całkiem porządnie rozwinięta i w żadnym wypadku nie oczywista. King nie posługuje się utartymi symbolami takimi jak róża i zwierzątka. King ma własny pomysł na paraboliczną rzeczywistość i buduje ją tak naprawdę od podstaw, wykorzystując do tego życiowe doświadczenia (wspomnienia) i bardzo luźne powiązania. No są np. osy i redrum, z którym na początku nikt nie wie o co chodzi, ale w miarę postępowania fabuły ukazują się jego kolejne znaczenia. Zwróćcie też uwagę na żywopłoty, taka wskazówka.

Przy okazji symboliki, kończąc już na tym, od czego powinnam zacząć to omówię krótko tytuł. Nie mam pojęcia czemu, naprawdę - CZEMU zmieniono początkową polską "Jasność" na "Lśnienie". W połowie książki zaczęłam się zastanawiać o co w ogóle chodzi i do końca czytania nie doszłam do żadnego wniosku, myśląc, że coś przeoczyłam. Na szczęście okazało się, że nie jestem głupia. Jasność to zdolność / przekleństwo / przypadłość Danny'ego, 5-letniego synka Jacka Torrance'a. W jaśnieniu chodzi o czytanie ludzkich myśli (często niekontrolowanie) i posiadanie wizji (zwykle niechcianych). The shining - jasność, shining on - jaśnienie i wszystko byłoby jasne. To nie lśnienie. Jaśnienie. 
W powieści występuje jeszcze inne jaśnienie, właśnie symboliczne, ale powiem tylko tyle, do reszty dojdziecie sami, bo moje wyjaśnienia bez znajomości kontekstu to trochę gówno.

Jak się zorientowaliście, bardzo polecam "Lśnienie" Kinga. Aktualnie zaliczam do ulubionych książek i najlepszych, jakie przeczytałam (są 2 oddzielne listy, owszem). Gdyby komuś się nie spodobała, będę bronić. Ale czytajcie, naprawdę. 

5 komentarzy:

  1. Czytałam i... nigdy więcej XD Szczerze mówiąc, choć rozumiem, czemu ta pozycja się może podobać to w żadnym razie tego "nie czuje". Dla mnie ani to straszne nie było, ani w napięciu jakoś szczególnie nie trzymało. Danny był dość uroczy, ale generalnie historia mnie nudziła XD Z resztą, cała recenzja jest już u mnie opublikowana ;P Zdecydowanie, King nie jest dla mnie.
    drewniany-most.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. niestety nieczytalam jescze tej ksiazki, ale na moje szczescie posiadam ja.
    Film jak najbardziej na plus. :)
    www.nacpana-ksiazkami.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  3. Od półtora roku mam książkę zgraną na czytniku, i nie mogę przez nią przebrnąc, utknęłam w pewnym punkcie i nie mogę ruszyć. Filmu też nie oglądałam, ale byłam na wystawie Kubricka i widziałam fragmenty Lśnienia :D jakąś tam książkę Kinga czytałam, ale ta zupełnie mi nie podeszła :(

    OdpowiedzUsuń
  4. To jest właśnie magia książek Kinga. On nawet zwyczajny motyw mycia zębów opisze w sposób niezwykły i doda jeszcze coś od siebie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Widziałam fragmenty filmu, ale... znudziły mnie. Serio, chociaż być może jest to związane z tym, że nie do końca wiedziałam, o co chodzi. Mam ogromną ochotę na przeczytanie książki, a potem zrobienie drugiej podejścia do adaptacji. Ciekawe, czy się nie zawiodę.

    ksiazkowa-krolowa.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Wszystkie komentarze czytam i w miarę możliwości odpowiadam :)