29 stycznia, 2016

#49 Krucha jak lód

Na „Kruchą jak lód” czekałam z wielkim utęsknieniem, stała u mnie na półce i kusiła, ale książek w kolejce niemało. Jak to w życiu bywa – nie można na raz mieć wszystkiego, co się chce. A ja ostatnio chcę czytać bardzo dużo.



„Żyjemy w dużych domkach dla lalek, kompletnie nieświadomi tego, że w każdej chwili może pojawić się wielka dłoń i zmienić wszystko, co nas otacza, wszystko, do czego jesteśmy tak przywiązani.”

Dla tych, którzy są nowi na moim blogu, wyjaśniam, że Jodi Picoult to jedna z moich ulubionych autorek. Łączy medycynę z literaturą psychologiczną, nie raz wchodząc w tematy tabu przede wszystkim dla matek. Czy gdybym wiedziała, że moje dziecko będzie bardzo poważnie chore, nie będzie mogło przeżyć miesiąca bez złamania sobie którejś kości, usunęłabym ciążę? A jeśli nie, to czy zdolna bym była powiedzieć tak w sądzie, mając w perspektywie kilka milionów odszkodowania? Wózek, specjalistyczny sprzęt, porady lekarskie, zastrzyki, rehabilitacje i wiele innych rzeczy nie wchodzi zawsze w całości w zakres refundacji od państwa. A czy aby uzyskać potrzebne mi pieniądze musiałabym… pozwać własną przyjaciółkę?
Umówmy się, przed takim wyborem, na szczęście, nie staje każda matka, ale to nie zmienia faktu, że każdy z nas potrafi wyobrazić sobie taką sytuację, wcale nie jako odrealnioną i umieszczoną gdzieś hen hen daleko od nas. A to znaczy, że problem jest.
Willow wychowuje się w kochającej rodzinie, z mamą, ojcem i starszą siostrą, Amelią. Cierpi na osteogenesis imperfecta, czyli jeden z najcięższych przypadków łamliwości kości. Kiedy jednak rodzina wplątuje się w systemy prawne… rozpada się od środka. Mąż kłóci się z żoną, matka nie odnajduje kontaktu z córką, Amelia wyładowuje całą złość i frustrację domu na sobie, a ojczym zrzuca wszystko na karb dojrzewania. Rodzina trzyma się dzięki Willow, paradoksalnie, ponieważ to za jej sprawą wszystko zaczęło biec ku unicestwieniu.

„A może chciałam zapanować nad tym, co było we mnie nieposkromione, tak żeby przyporządkować swojej woli całą siebie.”

Picoult potrafi zaciekawić czytelniczkę (tak, -CZKĘ, ponieważ to zdecydowanie pozycja dla kobiet), łącząc wiele dziedzin w jednej fabule. Prawo, medycyna i psychologia – całkiem nieźle, bo taka wielowymiarowość fabuły świetnie nakręcała akcję i cały czas wprowadzane były jakieś nowe elementy. Brak miejsca na nudę przy książce 613-stronicowej, więc raczej cegiełce to, musicie przyznać, niezłe osiągnięcie. Także mimo grubości, „Krucha jak lód” poszła mi naprawdę sprawnie.
Ale! Nie ma roży bez kolców, na pewno nie u mnie, bo zawsze znajdę jakiś słaby punkt nawet najlepszej książki świata. Autorka wykazała się ledwie podstawą znajomości tych dziedzin, myślę, że nawet nie zbyt dokładną, szczególnie przy prawie. Chociaż na sądownictwie (szczególnie amerykańskim) się nie znam, to większość scen odwołujących się do kontekstu prawnego była mocno przesadzona i naciągana. Co do psychologii, jak dla mnie, poświęcono jej oczywiście za mało miejsca, ale to tylko ja. Tak naprawdę bardzo podobał mi się wątek autoagresji i zaburzeń odżywiania, nie przedstawiony płasko i pobieżnie, ale już z jakimś większym zamysłem.

Styl autorki przemawia do mnie całym sercem, chłonę go z największą przyjemnością, prawdziwa uczta! Kartki uginają się od przesyconych wyrazistymi emocjami dialogów, pani gospodarz nie pozwoli czytelniczce wyjść „z pustym żołądkiem”. Ja skończyłam powieść w pełni usatysfakcjonowana, ale ostrzegam, że czytelnicy, którzy nie lubią nadmiaru uczuć, mogą mieć po książce niestrawność z przejedzenia. Obiektywizmu tu za grosz, bohaterowie przerzucają się racjami, a najlepiej widać ich „wnętrzności” w monologach. Ja płakałam, śmiałam się, tęskniłam naprawdę, żałowałam razem z postaciami, ale, powtarzam, ktoś niezdolny do przyjęcia naraz takiego wylewu uczuć, może być zniesmaczony i tyle.

„Kiedy kogoś kochasz, wymawiasz jego imię zupełnie inaczej. Słychać, że w twoich ustach jest bezpieczne”

Chociaż książka długa, to recenzja dziś wyjątkowo nie, ponieważ to, co w niej zawarte, nie daje się przekazać prostymi słowami. Historia o kryzysie rodzinnym, spowodowanym sytuacją właściwie bez wyjścia, ponieważ każde rozwiązanie doprowadzi do straty czegoś ważnego. A więc może lepiej nie robić nic i nie pozwolić miłości opanować życia? Czy lepiej iść za głosem serca i w próbie ocalenia miłości posunąć się do granicy jej zniszczenia? Nie znajdziemy odpowiedzi na to pytanie chyba nigdy, w powieści również nie. Ale mimo tego, warto po pozycję sięgnąć, nie tylko ze względu na walory literackie, ale również na niesamowitą historię zawartą na jej kartkach. Wyjątkowa w swojej uniwersalności – tak chyba można ją opisać.


„Jeśli będziesz patrzyć pod nogi, to może nie spotka cię nic złego.”

Na koniec jeszcze krótkie informacje techniczne 
- założyłam blogowego instagrama , i już niedługo wszystko będzie ładnie zsynchronizowane i działające :) 
- na fanpage'u Księgoteki już niedługo 100 łapek w górę za co bardzo bardzo Wam dziękuję, nic bez Was kochani Książkoholicy :* 

15 stycznia, 2016

#48 Anioły i demony - Dan Brown

Powstało we mnie uczucie głębokiej konsternacji przy ocenianiu tej książki.


Jeśli regularnie bywacie na moim blogu, wiecie, jak ostatnio bardzo zachwycił mnie „Kod Leonarda da Vinci” Dana Browna. Został moją ulubioną lekturą w 2015 w zestawieniu TOP10, a ja niezmiernie się cieszyłam, że seria tegoż autora z Robertem Langdonem zawiera jeszcze 3 książki. Tym razem padło na tom 1. z tetralogii, czyli „Anioły i demony” i… nadal nie mogę się wyzbyć tego uczucia pustki po skończeniu historii.
Jeśli chodzi o konstrukcję fabuły i występujące w niej elementy, powieść miała bardzo dużo wspólnego z „Kodem da Vinci”. Na samym początku – okrutne morderstwo owiane tajemnicą, a potem… Langdon wkracza do akcji. Jednak nie poradzi sobie sam, nawet wykorzystując swoje nadprzyrodzone zdolności umysłowe symbolisty religijnego z Harvardu. Pojawia się więc pomocna dłoń niezastąpionej, a jakżeby inaczej, kobiety. Jeden dzień na rozwiązanie zagadki – jeden dzień na ocalenie świata od zagłady i totalnego załamania religijnego. W „Aniołach” Brown na pozycji wroga ustawił bractwo iluminatów, co samo w sobie może już zachęcić wielu potencjalnych czytelników, bo faktycznie satanistyczna grupa posiada otoczkę grozy i niebezpieczeństwa. Jej obecności dopatruje się… dosłownie wszędzie, do tego stopnia, że przybrało to raczej formę zabawy, także książka może pomóc nieco otrzeźwić umysł i ujrzeć iluminatów prawdziwych. Groźnych i zdeterminowanych.

Nie wiem, czy coś zdoła zmienić moje zdanie na ten temat – Dan Brown to bezapelacyjnie król powieści sensacyjno-kryminalnej. Geniusz, inaczej tego nie nazwę, bo w  i tak już idealnie zbudowaną fabułę wplata wiele naukowych informacji, czy może raczej ciekawostek, nieprzeznaczonych dla umysłu laika. Mimo tego, robi to w jakiś zadziwiający sposób, że cała nauka zawarta w jego powieściach jest bardzo ciekawa, łączy wszystkie pozostałe elementy w spójną formę i podtrzymuję historię na stabilnym podeście. Ale to nie wszystko! O ile widać, że Brown zdecydowanie interesuje się symboliką religijną, prastarymi zakonami i ogólnie teologią, to potrafi jeszcze nieźle wytłumaczyć czytelnikowi-ignorantowi zasady fizyki atomowej. Przemyca w swoich powieściach sensacyjnych niezłą dawkę nauki w czystej postaci, od której w głowie może się zakręcić. Kilka razy musiałam oderwać oczy od książki, żeby pomyśleć „Nie, nie wierzę. Nie wierzę, to nie może być prawda…” TO TRZEBA PRZECZYTAĆ!

A więc skąd moja konsternacja? Otóż wciąż nie mogę wyjść z trybu porównywania do „Kodu” i jedna rzecz nie daje mi spokoju. Zakończenie dosłownie wcisnęło mnie w fotel… nie, raczej w łóżko, ale mniejsza z tym. Niesamowite, nieprzewidywalne, lepszego po prostu nie można sobie nawet wymarzyć! Perfekcyjne zawiązanie akcji, czyli z pewnością książka była dobrze zaplanowana. Ale! Najsmutniejsza rzecz, czyli przez większość powieści Brown nic a nic nie trzymał mnie w napięciu, bo niesamowicie łatwo było przewidzieć kolejne ruchy bohaterów. Zakończenie nadal pozostaje nieodgadnięte i chwała Bogu, jednak to okropne uczucie, kiedy wiem, jak potoczy się kilka kolejnych scen. Autor nie zbyt dobrze zakamuflował swoje intencje, dał czytelnikowi informacje, jakich nie miał Langdon, co skutkowało irytacją z mojej przynajmniej strony, ponieważ nie dość ciężko było odgadnąć, do czego historia zmierza. Moje niezadowolenie opiera się chyba też na tym, że zachowanie bohaterów miało jakiś taki nienaturalny wydźwięk, coś z tandety.
Jeszcze jedna mała ujma, na szczęście wcale nie taka dobijająca, nawet trochę śmieszna. Mianowicie Dan Brown zupełnie nie nadaje się do pisania romansów. Nie pozwólmy mu na to, to się może źle skończyć. Wątek miłosny w jego wykonaniu to co najwyżej parodia amerykańskich komedii romantycznych i melodramatów. Brownie, lepiej trzymaj się sensacji!

Mimo wszystkiego, co oceniłam źle, i tak warto przeczytać „Anioły i demony” po pierwsze ze względu na kunszt, z jakim powieść została wykonana. Po drugie, żeby rozwiać tajemnicę wokół iluminatów i wielu symboli religijnych lub pogańskich ukrytych pod postacią religijnych. Żeby dostrzec w sztuce chrześcijańskiej niesamowite rzeczy nie trzeba być ani wierzącym, ani historykiem sztuki, wystarczy sięgnąć po którąś z powieści Dana Browna.
Zakończenie książki uratowało ją, kiedy już niebezpiecznie opadała na dno, a więc nawet jeśli w pewnym momencie trochę się zniechęcicie – nie zarzucajcie „Aniołów i demonów”, bo ominie Was deser, czyli najlepsze na koniec. Tak, lektura tej powieści to, nie przesadzam, wspaniałe przeżycie i czuję, że tak jak „Kodu Leonarda da Vinci” nie zapomnę jej na długo.



12 stycznia, 2016

Czas na postanowienia!

Podsumowanie było, styczeń się już zaczął, a ja, z lekkim opóźnieniem (chociaż jak na mnie 12 dni to chyba i tak niedużo...) wstawiam moje noworoczne postanowienia.

Wszystkie będziecie widzieć gdzieś na paseczku z boku, aby móc mnie sprawdzać i kontrolować na każdym kroku, czy aby na pewno wszystko idzie zgodnie z planem i czy się nie obijam :)


1. Zaistnieję


Taki wzniosły cel, ale chodzi mi jedynie o to, żeby jakkolwiek pojawić się... Nie, raczej POJAWIAĆ SIĘ w sferze blogowej. Regularnie. Bo przez pół roku, od kiedy prowadzę bloga oprócz wakacji nie miałam okresu, żeby cyklicznie, bez dłuższych przerw bywać u innych bloggerów i u siebie. 
Recenzje i inne posty żyją sobie jak chcą, pozbawione jakiejkolwiek dyscypliny z mojej strony i nie mogę nad nimi zapanować. Także bywa, że opublikuję 3 posty w tydzień, a przez następny miesiąc cisza, pustka i ogólnie bida z nędzą. 

Za to serdecznie Was przepraszam, szczególnie tych, którzy wchodzą tu regularnie (a wiem, że tacy są, z czego bardzo bardzo się cieszę). Postanawiam od teraz jakoś ogarnąć siebie i Księgotekę!

2. Oklepany stosik


Coś co pewnie prawie wszyscy kojarzą, czyli W 2016 PRZECZYTAM TYLE ILE MAM WZROSTU! Nie wiem kto wymyślił wydarzenie, ale przyjęło się dość dobrze, bo to już nie pierwszy jego rok w blogosferze. 
Dla tych, co jeszcze nie są w temacie wyjaśniam - stos książek, które przeczytam w 2016 ma osiągnąć wysokość min. 163 cm! (Przy okazji znalazłam zaletę bycia niskim człowiekiem)

Uważam, że to wyzwanie jest bardzo miarodajne, na pewno bardziej niż "przeczytam ileśtam książek" (ale i to zaraz się znajdzie w moim wyzwaniowym zestawieniu). Bo co to za osiągnięcie przeczytać 130 książek o długości 100-250 stron przy osobie, która tych książek przeczyta 90, ale po 500-800 stron. Oczywiście czcionka, wydanie itd. itp., ale jak pod koniec roku ma się przed sobą tą wizję ponad półtorametrowego stosu literatury...


3. Wycisnę tyle, ile dam radę


Chociaż dla mnie liczy się jakość, a nie ilość, to moim postanowieniem na rok 2016 jest przeczytać na pewno więcej niż w 2015 (63 książki). Teraz celuję w minimum 80, mam nadzieję, że uda się więcej, ale biorąc pod uwagę mój skromny zasób czasu wolnego... Ale dla chcącego nic trudnego! Tym bardziej, że moja lista "Chcę przeczytać" powiększa się z dnia na dzień, a końca już od dawna nie widać. Czas coś z tym zrobić!

PS Prawie całą listę książek do przeczytania możecie znaleźć na moim koncie na lubimyczytac.pl. Prawie, bo drugie tyle jest zapisane w notatkach na telefonie, na skrawkach papieru, w prywatnych wiadomościach, w mojej głowie, generalnie wszędzie.

4. Ujarzmię moje półki


Po pierwsze, wyczytać wszystko, co na nich zalega. Szczęście, że jeszcze tak dużo pozycji się nie nazbierało, bo chyba dwanaście, ale co chwilę dochodzą nowe z biblioteki i zamawiane. No i tutaj powstaje drugi problem, czyli nie mam już gdzie trzymać nowych książek. Muszę a) przystopować z kupowaniem ton literatury b) domontować nowe półki. U mnie pierwsza opcja raczej odpada od razu, więc pozostaje wybrać się do IKEI. 
No i w ogóle nie podoba mi się to, że w tym najbardziej magicznym kąciku mojego pokoju panuje totalna anarchia, nieład i jakaś drętwota. Uporządkuję mój dobytek w jakiś logiczny sposób, może ozdobię go ładnymi obwolutami i zrobię małą rewolucję. Wykorzystam ten moment, kiedy jestem zafascynowana DIY związanym z aranżacją pokoju. 

5. Będę światowa




W tamtym roku przeczytałam tylko jedną książkę po angielsku, w tym roku planuję przynajmniej 3. Wynika to z tego, że chcę poprawić trochę zdolności językowe. Jednak, co ważniejsze, chcę czytać powieści w oryginale, ponieważ co poniektóre tłumaczenia przyprawiają mnie o mdłości i mam ochotę osobiście wygarnąć translatorom za tak słabo i pobieżnie wykonaną robotę. Tłumaczenie to ciężka sprawa, i chyba nie każdy zawodowiec ma tą świadomość, a więc ja splajtuję i stawiam na autentyki. Zachęcam do poparcia, bo z czytania obcej literatury w pierwowzorach niesie za sobą same korzyści! 


6. Tagowanie i inne zabawy


Super, bo to postanowienie nie jest zbyt wymagające - mam zamiar pobawić się trochę w tagi książkowe i różne wydarzenia tematyczne. Będę przejmować raczej od innych blogerów, ale mam w zanadrzu kilka pomysłów, co do tego typu zabaw/ konkursów. 
Jeśli również macie jakieś ciekawe pomysły lub autorskie wydarzenia - koniecznie napiszcie w komentarzach! 
PS Jestem chętna do współpracy z innymi blogerami :)

7. Będę sławna


Ok, wiem, że nie będę sławna, ale mogę trochę pomarzyć... Takim moim celem jest min. 150 obserwatorów do końca tego roku, co z pewnością jest do zrobienia. Wystarczy CYKLICZNIE DODAWAĆ POSTY (czyli ani rusz bez spełnienia 1. postanowienia), ale nie jakieś tam zwykłe posty. Starać się z tymi recenzjami, nie robić ich na pół gwizdka no i czytać dobre książki. Mam nadzieję, że sprawdzi się powiedzenie dobra fama sama niesie, bo nie ma opcji, żeby pojawiło się u mnie jakiekolwiek obs/obs kom/kom i tego typu rzeczy. Współpraca z innymi blogerami? - w porządku, jeśli konstruktywna. Reklama? - jak najbardziej, o ile nie nachalna. 
Czy mi się uda wypełnić to zadanie - zależy głównie od Was :)


Jeśli chodzi o najważniejsze plany książkowe na 2016 r.,to chyba tyle, oczywiście mam nadzieję, że uda mi się zrobić jeszcze więcej niż tutaj wypisałam.
Jakie Wy macie postanowienia na nadchodzący rok? Nie tylko blogowe i literackie, chętnie dowiem się kto jeszcze, oprócz mnie, schudnie 5kg? ;) 


06 stycznia, 2016

#47 Ciężar milczenia



Czasami zdarza się tak, że zupełnie przypadkowo trafiamy na książkę, która wydaje się być napisana właśnie dla nas! W idealnej tematyce wszystko tak, jak lubimy – bohaterowie, styl autora, cechy świata przedstawionego. W moim wypadku to „Ciężar milczenia” trafił do mnie, po prostu znalazł mnie w bibliotece wśród nieprzemierzonym gąszczu innych ksiąg. Ja zaakceptowałam go w całości.
Zaznaczam, że książka bardzo mi się podobała, ale może nie przypadnie do gustu każdemu, ponieważ mamy do czynienia z thrillerem psychologicznym, a wiem, że nie każdemu ten gatunek podchodzi. Co prawda, odznacza się pewną specyfiką, czasem bywa brutalny, ale wciąż do bólu autentyczny – przynajmniej w tym przypadku. Zgodny z rzeczywistością, niestety smutną, łączy w sobie cechy powieści psychologicznej, czyli np. uzależnienia, dysfunkcje psychiczne itp. z mrożącą krew w żyłach akcją.

Calli, główna bohaterka, nie wydaje z siebie żadnego dźwięku już od czterech lat i nikt nie potrafi powiedzieć – dlaczego. Ma ojca alkoholika, który pojawia się z zaskoczenia, aby potem zniknąć na długie miesiące, oraz mamę, silną kobietę, dzielnie stawiającą czoło przeciwnościom losu. Jednak prawdziwym oparciem w rodzinie jest dla Calli jej brat, Ben, w pewnym sensie nawet substytut ojca, chociaż starszy tylko o pięć lat.
Z kolei Petra to zupełnie zdrowa dziewczynka o radosnym usposobieniu, wychowuje się w pełnej, dobrej rodzinie. To jedyna osoba, która naprawdę potrafi rozmawiać z Calli. Bez słów wie o niej wszystko, łączy je magiczna więź i nikt nie ma wstępu do ich małego światka.
Takie relacje stanowią kręgosłup powieści, budują nie tylko portret psychologiczny bohaterów, ale również fabułę. Dwie dziewczynki rankiem wychodzą do lasu, zwabione przez znanych sobie mężczyzn, ale żadna nie ma pojęcia, że jej przyjaciółka również się tam znajduje.

Zacznę od postaci, bo to chyba jeden z najważniejszych elementów w powieści psychologicznej, jeśli zostaną dobrze poprowadzone. A tutaj zdecydowanie Heather Gudenkauf bezbłędnie sprostała zadaniu. Widać, że wie, o czym pisze i zabiera się do pracy poważnie. Jej bohaterowie odsłaniają przed czytelnikiem wszystkie swoje mocne strony i przywary podczas akcji – tak stresująca sytuacja, jak poszukiwania zagubionych w lesie dziewczynek eksponują bezwzględnie każdą bruzdę osobowości. W grę wchodzą emocje, a wtedy nie myśli się już o ukrywaniu swoich słabości, o ochronie godności. Liczy się tylko jedno – odnaleźć córki. Poza tym, dokładnie poznajemy również przeszłość bohaterów, ponieważ autorka wplata wiele reminiscencji sięgających nawet kilkadziesiąt lat wstecz. Okazuje się, że niektórzy popełnili w młodości błędy, których nie da się odwrócić, a muszą za nie płacić do dnia dzisiejszego. Tak właśnie fabuła zatacza koło, czy może raczej tworzy spirale, co daje niesamowity efekt, a możliwość wglądu w rzeczywistość zza kartki wciąga czytelnika w książkowy świat.

Jeśli chodzi o thrillery, nie czytam ich zbyt często, skusiłam się przede wszystkim na „PSYCHOLOGICZNY”. Nie ma opcji, wszystko, co zawiera ten przymiotnik od razu znajduje się w moich łapkach. Jednak kilka sporadycznych spotkań z tym gatunkiem mam za sobą, a „Ciężar myślenia” jest jednym z najlepszych i najbardziej efektownych. Gdybym miała porównać do np. Thomasa Harrisa, który zasłużył na miano króla thrillerów psychologicznych, on bazuje przede wszystkim na absolutnych wynaturzeniach, ciężkich zaburzeniach psychopatycznych, wszelkich dewiacjach i osobowościowych patologiach, co czasami daje efekt zupełnie antyrealistyczny. Natomiast w „Ciężarze myślenia” autorka ukazuje beznadziejność i tragizm sytuacji, która ma miejsce codziennie, tak blisko nas. To normalna mama z mężem alkoholikiem i dwójka jej dzieci – to bart i siostra. Rozpacz rodziców Petry, strach ojca Calli, waleczna postawa matki – to nic nadzwyczajnego, zachowania tak ludzkie i tak przyziemne, jakie tylko można sobie wyobrazić. Banalne emocje. U Harrisa właśnie tego mi brakuje – prostolinijności i jakiegoś odniesienia do naszego świata. Bo chociaż w gruncie rzeczy nie ma w jego powieściach elementów fantastycznych, uznając lubowanie w ludzkich zwłokach za możliwy w rzeczywistości scenariusz, czytając jego powieści miałam wrażenie, że akcja rozgrywa się w jakimś zupełnie innym wymiarze. Gudenkauf odnajduje wszystko, co najistotniejsze w brutalnej historii i nie potrzebuje udziwnień, aby utrzymać powieść w napięciu.

Akcja z kolei została poprowadzona w dość ciekawy sposób, ale przy tym wymagający i ryzykowny. Gudenkauf obstawiła na pozycji narratora aż sześć osób, co mogłoby wprowadzać zamieszanie, tym bardziej, że wszystko dzieje się symultanicznie, czasami w trzech, czterech miejscach na raz, a dodatkowo jeszcze wprowadzane reminiscencje – zgodzicie się, że taka sytuacja nie należy do najłatwiejszych dla pisarki, a więc postawiła sobie wysoką poprzeczkę. Ale dla czytelnika to raj na ziemi! O nudzie nawet nie zdążyłam pomyśleć, przeczytałam książkę prawie że na jednym tchu, bo co chwilę coś nowego, coś zaskakującego, jakiś dodatek i cały czas trzymanie napięcia – wielkie brawa. Narracja wychodząca od sześciu bohaterów (czasami też trzecioosobowa) prowadzi nie tylko właśnie do zgłębienia portretu psychologicznego postaci, ale również napędza akcję i wprowadza wciąż jakieś nowe wątki, daje całkowity ogląd na sytuację, tak jakby czytelnik znajdował się nad wszystkimi zebranymi w sprawie poszukiwań i obserwował gdzieś z góry całe zajście. To z kolei odbiera możliwość aktywnego uczestniczenia w wydarzeniach, ale ja nie mam żadnych zastrzeżeń – taka opcja również bardzo przypadła mi do gustu.

Jeszcze jedna rzecz, którą byłam zaskoczona podczas czytania, to w powieści pojawiła się na moment… Katie Glass! Wystąpiła w postaci reporterki pod próbującej wyciągnąć informację od rodziców zagubionych dziewczynek o postępującym śledztwie pod własnym imieniem i nazwiskiem. Została przedstawiona w lekko negatywnym świetle, co można odebrać jako krytykę jej osoby jako pisarki, ale to pozostawiam już Wam do osobistej refleksji.


„Ciężar milczenia” to fantastyczny thriller psychologiczny, w którym autorka pokazała swoje mocne strony. Mam nadzieję, że zostawiła ich jeszcze trochę w zanadrzu, ponieważ przymierzam się do jej kolejnych dzieł. Bohaterowie świetnie wykreowani, zwłaszcza w kontekście psychologicznym, a akcja bardzo trzyma w napięciu. Sam zamysł jest ciekawy i wszystko, co najlepsze zostało z niego wyciągnięte. Zdecydowanie polecam, jeśli ktoś chciałby poznać gatunek bliżej, albo w ogóle się do niego przekonać – gwarantuje bardzo przyjemne pierwsze spotkanie, może nawet miłość od pierwszego wejrzenia. Miłośnikom powieści psychologicznej chyba polecać nie muszę, mam nadzieję, że jak najszybciej zdecydują się sięgnąć po tę pozycję. 

02 stycznia, 2016

#46 Top Modelka. W sidłach kariery



„Top Modelka” – książka, czy może raczej książeczka, która stała i stała na mojej półce, aż o niej całkowicie zapomniałam. Nadszedł jednak jej czas, a wrażenia… ambiwalentne. Napisana przez Greena, niestety lub na szczęście nie Johna, a niejakiego Richarda – pisarza niezbyt poczytnego, szczególnie w Polsce, ale być może w Chorwacji, skąd pochodzi, robi większą karierę.

Dwójka ludzi związanych ze sobą mocnym uczuciem, jednak czy na tyle trwałym aby wytrzymało zaprzeszłe błędy i wciąż nie zaleczone rany z dzieciństwa oraz różnice w światopoglądzie? Fotograf i piękna dziewczyna, absolutnie nie akceptująca zawodu swojego partnera żyją ze sobą od dłuższego czasu, ale, jak w większości związków, w pewnym momencie coś się zaczyna sypać, czy raczej osypywać, powoli, z początku niezauważalnie. Nadchodzi w końcu lawina, nieunikniona zapadnia, kryzys i, przede wszystkim, próba dla związku.

Historia została pozbawiona jakiegokolwiek obiektywizmu, ponieważ została mocno oparta na moralności religijnej (chrześcijańskiej). W gruncie rzeczy to właśnie kwestie wiary stanowią nie tło, a clou całej książki. Decyzje bohaterów są analizowane przez pryzmat religijny, zaprzeszłe wydarzenia z życia i ich wpływ na teraźniejszość również mają być dowodem na istnienie siły wyższej i tak dalej. Autor jest teologiem, ale też, nie ma wątpliwości, chrześcijaninem. W odbiorze czuć, jak bardzo osobiście traktuje swoje dzieło.

Całość prezentuje się amatorsko i nie zrzucam tego na karb braku doświadczenia, tudzież wprawy. Ewidentnie Richard Green nie posiada zmysłu pisarskiego, pisze bez polotu, przez co lektura jest nie tyle co nudna, ale po prostu męcząca. Nie ma w niej nic niezwykłego, a sumienie nie pozwoli mi jej zaliczyć nawet do tych „przeciętnych”, a szkoda, bo z historii można by wyciągnąć o wiele więcej. Gdyby tylko obudować ją w jakieś zaskakujące, inteligentne wstawki i zwroty akcji, jakiś punkt kulminacyjny, coś nieprzewidywalnego… Nie wydaje mi się, że wymagam dużo, tym bardziej że dawałam „Top Modelce” bardzo duże szanse, a zawiodłam się.

Książeczka na jeden, może dwa wieczory, kiedy nie mamy nic pilnego do przeczytania, prędzej jako zapychacz czasu. 166 stron, z których prawie połowa  jest pusta, ponieważ tak została zaprojektowana przez wydawcę (a lasy znikają…) nie wniosła nic do mojego życia, nie zachwyciła, zupełnie nie wciągnęłam się w fabułę, nie utożsamiłam z bohaterami. Nie wyobrażam sobie nawet, żeby mogło się tak stać przy tak małej objętości powieści. Nie sądzę, żeby kogoś szczególnie zachwyciła, może byłaby dobra dla osób, które czytają bardzo mało lub prawie w ogóle, a potrzebują wsparcia w wierze. 

01 stycznia, 2016

• PODSUMOWANIE 2015 ! • [part 2]



Teraz czas już na drugą część podsumowania, czyli prawdziwy WRAP UP, czyli najlepsze z najlepszych! Książki, które zaszczyt miałam czytać, które uświetniły mój rok, wzbogaciły mnie i pozwoliły przeżyć wspaniałą przygodę.
Od razu zaznaczę, że bardzo ciężko było mi wybrać TYLKO 10 najlepszych, ale prawdziwe schody zaczęły się, gdy musiałam ustalić miejsca dla poszczególnych lektur. Starałam się w miarę obiektywnie jakoś to wyśrodkować i... takie wyniki:

10 najświetniejszych pozycji z roku 2015 - zapraszam :)


10. "Wybawiciel" - Jo Nesbo

Ostatnio niemożliwie wzrosła popularność cyku z Harrym Holem autorstwa Jo Nesbo i wcale nie bez powodu, bo ja też obiecałam sobie, że przeczytam resztę tomów. Zaczęłam, jak to ja, od środka cyklu, ale przeniosę się do początku i grzecznie przejdę przez wszystkie etapy serii.
"Wybawiciel" to krwawy kryminał nie tylko z porywająco wciągającą fabułą, ale także genialnie nakreślonymi bohaterami z pogłębieniem ich portretów psychologicznych. Poza tym z nawiązaniem biblijnym, czyli tym, co Paulinki lubią najbardziej.
Tak właśnie wywalczył sobie zaszczytne miejsce w czołowej dziesiątce.



[RECENZJA]

9. "Służące" - Kathryn Stockett

Dziewiąte miejsce głównie za to, że nawiązuje do ważnych dla społeczeństwa wydarzeń historycznych i zjawisk, czyli wielkiej fali rasizmu w Ameryce w latach 60. Autorka bardzo dobrze radzi sobie z ukazaniem specyfiki grupy społecznej, jaką są czarnoskórzy, zaznacza szczególnie przeróżne reakcje ze strony pozostałej części społeczeństwa na Murzynów. To wszystko udaje jej się wpleść w wielowątkową i przejmującą fabułę. Opowieść nie raz śmieszy i rozczula i w sposób bardzo przystępny przekazuje ważkie treści.






8. "Życie to nie bajka" - Joanne Greenberg


Powieść zapadła mi w pamięci, ponieważ porusza temat bardzo trudny i w ogóle niemile widziany wśród pisarzy. Jednak dla mnie, pasjonatki psychologii, zdecydowanie za mało zauważany. Schizofrenia to choroba niesamowicie ciężka do zrozumienia, dlatego aby o niej pisać, trzeba mieć sporą wiedzę na ten temat. Za każdym razem, kiedy sięgam po lekturę traktującą o jakiejkolwiek chorobie psychicznej (szczególnie o zaburzeniach odżywiania, ponieważ ten temat z kolei jest nadużywany) boję się, że autor nie sprosta zadaniu. I tutaj na początku miałam niemiłe wrażenie, że autorka wysila się na marne, jednak zdołała udowodnić, że rzeczywiście zna się na rzeczy i przekazała wszystkie najważniejsze kwestie nie tylko związane bezpośrednio z chorobą, ale też z rodziną, szpitalem psychiatrycznym itp.
Ponadto cały czas płynnie przechodziła ze świata fantastycznego do rzeczywistego, za co wielkie brawa.

7. "Pasje utajone. Tom I i II" - Irving Stone

Pasje utajone to dwa tomy dość opasłe poświęcone życiu naukowemu Zygmunta Freuda. Pomijam fakt, że zdecydowanie nie należę do koła jego miłośników, zresztą podobnie jak większość współczesnych psychoterapeutów, psychoanalityków. Jednak trzeba mu oddać, że zrobił ogromny krok naprzód w kwestii psychologii zdrowia i właśnie dlatego zdecydowałam się poznać go nieco bliżej.
Książka przybliża postać Freuda i właściwie dzięki niej wyrobiłam sobie konkretne zdanie na wiele tematów. Objętość tomów i mikroskopijna czcionka (przynajmniej w starszym wydaniu) mogą zrazić, jednak Stone zasługuje na gratulacje, ponieważ... sfabularyzował biografię. I to przesądziło o mojej ocenie.


6. "W księżycową jasną noc" - William Wharton

Zaszczytne 6 miejsce dla tej książki, ponieważ zmieniła moje spojrzenie na historię, którą próbują wbić mi do głowy w szkole. Dzięki niej zapamiętałam datę "dziwnej wojny" (a u mnie zapamiętywanie dat i wydarzeń historycznych to raczej ciężka sprawa), a nawet takie szczegóły, jak np. państwa w niej uczestniczące i miejsca frontów.
Ta powieść jest wspaniała w swojej prostocie, stanowi sztandarowy przykład typowej męskiej literatury - nie dość, że wojenna, to jeszcze treściwa, a nawet lakoniczna. Zaraz, zaraz... to dlaczego w ogóle mi się podoba? No i właśnie! Zachwycić mnie taką powieścią to, zapewniam, nie lada wyzwanie, a Wharton zrobił to z dziecinną łatwością. Jego zmysł czujnego obserwatora zachowań ludzkich, ale także umiejętność trzymania czytelnika w napięciu przekonała mnie o wartości powieści.

5. "Zaciszny zakątek" - Agata Kołakowska

Sprawa przy czołowej 5 robi się bardzo skomplikowana, uwierzcie, ale niezmiernie się cieszę, że otwiera ją polska pisarka. Mam wrażenie, być może nie tylko ja, że na rynku polskim nie docenia się rodzimych twórców. Pozostają wciąż ci sami, nie robi się miejsca dla innych, którzy według mnie powinni chociaż dostać szansę.
Agata Kołakowska zdobyła już wcześniej moje serce "Płótnem" - powieścią, do której mam niezwykły sentyment (recenzja tutaj). Autorka, dla kontrastu do kolegi z poprzedniego miejsca, pisze wspaniałą literaturę kobiecą. Zachwyca mnie wciąż swoimi powieściami, ich klimatem, wspaniałymi bohaterkami i zaskakującą fabułą do tego stopnia, że została moją ulubioną autorką polską. Zamieniłabym na nią nawet, podobno niepokonaną, Grocholę.
Coś lekkiego i przyjemnego, ale absolutnie nie dennego - idealna lektura na popołudnie po męczącym dniu, albo na leniwe wakacyjny poranki, albo na długie zimowe wieczory, właściwie... idealna zawsze.
Bardzo cieszę się, że Agata Kołakowska zyskuje wśród polskich czytelniczek coraz większą popularność, a ja, jeśli tylko mogę, z wielką chęcią się do tego przyczynię.

4. "Cień wiatru" - Carlos Ruiz Zafón

Niekwestionowany mistrz pióra. Trzyma w napięciu, chyba jak żaden inny autor, ale najlepsze w jego książkach jest to, że czytelnik wpada w nie bez zapomnienia. Naprawdę, nie ma opcji, żeby "Cień wiatru" nie pochłonął tego, kto trzyma go w rękach. To powieść tak niesamowita, przesycona tajemniczością, ale też i grozą, którą można czytać bez końca. Można, bo to nie rozwiązanie jakiejś zagadki, dojście do punktu kulminacyjnego, czy po prostu zamknięcie fabuły (o nie nie, zamknięcie fabuły jest najgorsze, bo oznacza, że to już koniec!) określa jej istotę. "Cień wiatru" to genialna książka ze względu na narrację prowadzoną perfekcyjnie, ujmująco aż do bólu.
Przyznaję, że płakałam, kiedy musiałam kończyć tą lekturę, bo to oznaczało rozstanie z bohaterami, brak kolejnych zaskakujących wątków z fabule, ale przede wszystkim - niedosyt słów płynących od autora prosto do mnie.
Na uwagę zasługuje też tłumaczenie, staram się nie pomijać tego aspektu, bo czasami zły przekład może zepsuć całą powieść. Tutaj tłumacz spisał się wzorowo i mam nadzieję (bo jeszcze nie czytałam Zafóna w oryginale), że wiernie oddał charakter książki.

3. "Szczygieł" - Donna Tartt

Widzę, że opisy coraz dłuższe, ale, wybaczcie, nawet nie postaram się ich skracać, zwłaszcza w finałowej trójce.

"Szczygieł" całkowicie, od początku do końca zawładnął moim sercem, jest moją miłością i mam wielką chęć zachować go tylko dla siebie, ale Wy zasługujecie na szczerość z mojej strony - czytajcie, bo warto! To jedna z najlepszych książek, jakie przeczytałam kiedykolwiek.
Bardzo dokładnie skonstruowana szczegółowa fabuła. Majstersztyk, jeśli chodzi o historię, ponieważ występują w niej wydarzenia, które się ze sobą łączą, bez wyjątku pozostają w związku przyczynowo-skutkowym. Jedno powoduje drugie i tak od początku, aż do końca. Wszystko się zazębia,
Poza tym, niesamowici bohaterowie, a zwłaszcza przemiany, jakie przechodzą przez te kilkanaście lat. Przede wszystkim Theo, główny bohater to postać niesamowita, dopracowana w każdym calu. Autorka poświęciła każdej osobowości jakąś część książki, mniejszą lub większą, ale każda z nich ma bogaty portret psychologiczny. No i jeszcze w tle ten klimat, fuzja przeróżnych światów - wielkie metropolie i leniwe pustynie, przeszklone penthouse'y i duszne klitki. Zestawione razem zapewniają wspaniałe przeżycia podczas czytania.

2. "Poczwarka" - Dorota Terakowska

Taka niepozorna książka, a zawiera w sobie mnóstwo mądrości życiowych i nie tylko, ponieważ autorka wykazuje się znajomością tematu choroby. Tytułowa "Poczwarka" to dziewczynka chora na downa, urodzona w dobrej, zamożnej rodzinie. Problematyka utworu polega spojrzeniu na niepełnosprawność oczami zarówno dziecka jak i rodzica. Podział i ogromny kontrast między jednym punktem widzenia a drugim został nakreślony fantastycznie.
Ta powieść kumuluje w sobie całą gamę emocji, od rozpaczy, przez smutek, do rozradowania. Jednak narrator, nawet mimo wielkiej ambiwalencji i naprawdę trudnego tematu natury moralno-etycznej nie nakazywał czytelnikowi stać po konkretnej stronie "sporu". Pozostawał bezstronny, a odbiorca dzięki rzetelnym zarysowaniu sytuacji nie czuje się skrępowany.
Ale wisienka na torcie to, jakżeby inaczej, cudowne nawiązania biblijne do Księgi Rodzaju i poematu o stworzeniu świata. Sam smak, naprawdę autorka stanęła na wysokości zadania.

1. "Kod Leonarda da Vinci" - Dan Brown

Pierwsze miejsce, jak najbardziej zasłużone. za niezwykłe połączenie kryminału i książki popularnonaukowej. Dan Brown stworzył pewnego rodzaju.. powieść popularnonaukową traktującą o sztuce, ale też i o teologii. Być może po kilkunastu tygodniach od przeczytania nie wyszłam jeszcze spod wrażenia lektury, ale szukam i szukam i nie mogę w niej znaleźć żadnych usterek, błędów.. nic!
Już sama fabuła, jako szkielet, ma w sobie coś z geniuszu - ciągła, nieprzerwana, bohaterowie nie mają chwili wytchnienia. Akcja dzieje się w przeciągu bodajże kilku dni, a cały czas coś się dzieje. Momenty stagnacji nie istnieją. Dalej bohaterowie, którzy, jakżeby inaczej, przechodzą niesamowitą przemianę w czasie rozwiązywania wielkiej zagadki. Dalej (wybaczcie, mogę wymieniać i wymieniać) mnóstwo informacji typowo naukowych, ale bardzo ciekawych i w ciekawy sposób przekazanych, zostały zręcznie wplecione w fabułę. Wszystko razem współgra, łączy się, zależności między bohaterami, wydarzeniami i całym światem przedstawionym - to wszystko staje się jednością i wynika samo z siebie.
Naprawdę niesamowita książka, która zmieniła moje życie, więc przyznajcie, że nie mogła znaleźć się nigdzie innej jak tutaj, na podium.