28 lutego, 2016

ZIMOWE PODSUMOWANIE &PLANY NA MARZEC

Podsumowanie króciutkie (macie szczęście!), ponieważ w grudniu nie prowadziłam jeszcze tak dokładnych statystyk jak teraz… Co mi się podobało, co nie podobało?



Od grudnia do lutego udało mi się przeczytać 17 książek, z czego najmniej w grudniu właśnie, bo tylko 3. Nie rozumiem siebie – dlaczego czytam jednego miesiąca ledwie parę stron dziennie, a kolejnego pochłaniam literaturę na tony? Zdecydowanie profesjonalny czytelnik ze mnie!

GRUDZIEŃ – 3 KSIĄŻKI
1. Kod Leonarda da Vinci – Dan Brown [recenzja]
2. Chłopiec z latawcem – Khaled Hosseini [recenzja]
3. Larwa – John Fowles [recenzja]

STYCZEŃ – 7 KSIĄŻEK
1. Top Modelka - Richard Green [recenzja]
2. Ciężar milczenia - Heather Gudenkauf [recenzja]
3. Najważniejsze lata, czyli jak zrozumieć rysunek małych dzieci - Anna Kalbarczyk
4. Anioły i demony - Dan Brown [recenzja]
5. Nie-Boska komedia - Zygmunt Krasiński
6. Krucha jak lód - Jodi Picoult [recenzja]
7. Niezbędnik obserwatorów gwiazd - Mathew Quick [recenzja]

LUTY – 7 KSIĄŻEK
1. Wszechświat kontra Alex Woods - Gavin Extence [recenzja]
2. We dnie, w nocy - Agata Kołakowska [recenzja]
3. Duma i uprzedzenie - Jane Austen [recenzja]
4. Ślepy posłaniec - Radomir Darmiła [recenzja]
5. Czas pokaże - Anna Ficner-Ogonowska [recenzja]
6. Cukiernia w ogrodzie - Carole Matthews
7. Maszeńka - Władimir Nabokov

NAJLEPSZA KSIĄŻKA: „Maszeńka” – Władimir Nabokov vs. „Kod Leonarda da Vinci” – Dan Brown
NAJGORSZA KSIĄŻKA: „Top Modelka” – Richard Green

Wydaje mi się, że w ogólności luty był najbardziej owocnym w dobrą literaturę miesiącem, zwłaszcza, że udało mi się zimę zakończyć „z przytupem” dzięki Nabokovowi. Grudnia pozwólcie mi nie komentować, z czystej przyzwoitości, bo aż mi wstyd się pokazywać z tymi 3 książkami (aczkolwiek, wszystkie 3 były dobre lub świetne)

Teraz plany na marzec, czyli stosik!



1. wymęczenie do końca „Zbrodni i kary” Fiodora Dostojewskiego (czytam już ponad miesiąc, ale została mi ostatnia część)
2. „Bliżej ludzi. Rozmowy z mistrzami.” pod red. Daroty Krzemionki z wyd. Charaktery na Wielki Turniej Psychologiczny (daj mi Boże czas, żeby wyrobić się do 7 marca…)
3. „Bezdomna” – Katarzyna Michalak (słyszałam, że bardzo ładna książka)
4. „Dwie wieże” – Tolkien
5. „Podróż w nieznane” – Jackie Collins
6. „Stark. <<The dark half>>” – Stephen King
7. „Genialna przyjaciółka” – Elena Ferrante
8. „Dotyk Julii” – Tahereh Mafi
9. „Lalka” – Bolesław Prus, jako lektura (prawdopodobnie czytana między pozostałymi na doczepkę, albo w dwa dni przed terminem zaliczenia)

Jakie Wy macie plany na najbliższy miesiąc oraz jak minęła Wam książkowa zima? :)


24 lutego, 2016

#55 Czas pokaże

Zanim zacznę, chciałabym Wam bardzo serdecznie podziękować za ponad 6k wyświetleń! Jesteście niesamowici, teraz nic tylko czekać na 10k!

„Czas pokaże” Anny Ficner-Ogonowskiej czekał na mnie wiernie na półce aż od świąt Bożego Narodzenia i… dopóki nie zaczęłam, nie wiedziałam jak bardzo się tam marnował!


Julia – studentka psychologii (zanim zaczęłam, nie wiedziałam o tym, więc w środku czekała mnie jakże miła niespodzianka!) przeżywa bardzo ważne chwile w swoim życiu. Mimo że już dorosła, to nie oznacza, że nie potrzebuje wsparcia i ciepła miłości mamy. To nie oznacza również, że ustatkowała sobie życie, jest pewna tego, co chce robić i z kim się wiązać. W pewnym sensie „Czas pokaże” to powieść na pograniczu New Adult oraz literatury kobiecej.

Mimo potężnych rozmiarów (ponad 700 stron) książkę skończyłam w niecałe 3 dni… Historia wciągnęła mnie tak bardzo (zwłaszcza na początku) że dosłownie nie byłam w stanie się od niej oderwać! Z wielką satysfakcją urządziłam sobie maraton książkowy, przeszłam przez 400 stron, nie mogąc się doczekać tego, co mnie spotka na kolejnej kartce, w kolejnym akapicie. Czytałam zachłannie, nie znając umiaru, upajając się każdym słowem. (Czyżby to potwierdzenie mojego książkowego uzależnienia?) Zupełnie zapomniałam o bożym świecie, nie zauważyłam kiedy za oknem zaczęło się rozjaśniać… W końcu zdrowy rozsądek łaskawie się wyłonił (pewnie był zbyt zdegustowany tym, jak reagowałam na niektóre sceny w powieści i poszedł już sobie spać) i kazał mi odłożyć książkę.
Wróciłam do historii dnia następnego i bardzo, ale to bardzo żałuję, że nie skończyłam jej w połowie. Coś, co mnie zastało rano w niczym nie przypominało moich wieczorno-nocnych przygód…

Bohaterowie na szczęście się nie zmienili, a konkretnie jeden – zakochałam się. Naprawdę! Mówcie, że jestem dziwna, ale Kochanowski już mnie zdobył – ordynator szpitala onkologicznego, niby-gbur, niby-cyborg, ale przy bliższym poznaniu i prywatnie… zupełnie inny. Oszczędzę Wam szczegółów, nie będę spoilerować, ale kto z Was oglądał „House’a” lub czytał „Dumę i uprzedzenie” (pan Darcy!) ten wie.
Natomiast główna bohaterka, na zasadzie kontrastu, nieraz sprawiała, że miałam ochotę bezceremonialnie wejść do jej głowy i zrobić gruntowne przemeblowanie. To, co przejawiało się głównie w drugiej części (tak będę dzielić książkę, ponieważ nie widzę innej możliwości) wprawiło moją czytelniczą estetykę w bardzo duże wzburzenie. Ja rozumiem, że portret psychologiczny głównej postaci, że emocjonalny tok powieści, że zawieszenie fabuły, że nawiązania do psychologii, ale, na Boga, bez przesady! Momentami długie myślowe wywody Julii były tak przytłaczające, że omijałam fragmenty – jeden, dwa akapity. Ale raczej nic nie traciłam, bo bohaterka powtarzała w kółko to samo. Bez końca jej dywagacje i rozmyślania trwały i trwały przez całe strony i rozdziały. I zwykle nie wnosiły nic nowego.

I podobnie fabuła, czyli historia w gruncie rzeczy dość zwyczajna, jednak poprowadzona świetnym piórem autorki i okraszona pikantnymi scenkami, a także ciekawymi wątkami pobocznymi, w drugiej połowie mocno osłabła. Po prostu została wyparta przez niestabilność emocjonalną głównej bohaterki. A bardzo szkoda, bo nie zawsze grubsza książka znaczy lepsza. Cała fabuła była naprawdę świetnie skonstruowana, chociaż, tak jak mówię, bez jakichś wielkich innowacji. Ale gdyby tylko wyciąć te przydługie retrospekcje i rozważania…

Już dwa razy się tutaj zdradziłam, że PSYCHOLOGIA. I nie byłabym sobą, gdybym nie poświęciła jej chociaż kilku zdań. Jestem więcej niż usatysfakcjonowana, że Anna Ficner-Ogonowska nie poszła za śladem współczesnych pisarek New Adult, wymyślając jakieś niestworzone historie i wkładając w nie sztuczne elementy psychologiczne. Tutaj pisarka pochwaliła się poważnym podejściem do sprawy i wysokim poziomem. Znowu nie chcę Wam zdradzać szczegółów i radości z odkrywania zaskakujących elementów, powiązań i ukrytych aluzji. Dla mnie stanowiło to naprawdę ciekawe i mądre urozmaicenie, nawiązujące do sytuacji życiowej głównej bohaterki.
Na dodatek autorka wprowadziła subtelne aluzje do romantyzmu, które również odegrały pewną rolę w powieści i były bardzo przyjemne jako takie małe dygresje.

Zastanawiałam się sporo nad tym, jak ocenić książkę. Osobiście nie należę o fanek oceniania skalą, bo nie zawsze oddaje ona wartość książki, a poza tym jak mam oceniać w jednakowy sposób „Dumę i uprzedzenie” i „Kod Leonarda da Vinci”? Zazwyczaj takie ocenianie odbiera mi całą radość z odbioru książki i w większości przypadków mam poczucie, że ocena nie odzwierciedla moich przemyśleń… Nie wiem jak macie Wy, ale to jeden z moich największych problemów książkowych.
Pierwsza połowa: coś niesamowitego! Jedna z najgenialniejszych prawdopodobnie najgenialniejsza powieść kobieca, jaką dane mi było przeczytać. Absolutne zauroczenie, nie tylko Kochanowskim, ale i całokształtem, fabułą, narracją i jeszcze te romantyczno-psychologiczne wtrącenia… Druga połowa: bardzo średnia, bardzo nijaka i bardzo nudna, jednak wcale nie aż taka zła, bo  jakiś tam poziom został utrzymany. Mimo wszystko, po książce zostały mi dobre wspomnienia i szacunek do autorki za umiejętność poprowadzenia interesującej fabuły i przyjemny dla oka, satyryczny styl pisania. Te przydługie rozmyślania bohaterki można by było wyciąć, nie stanowi to jednak żadnego problemu i mam nadzieję, że autorka więcej takich grzechów nie popełni.
Z czystym sercem mogę Wam polecić „Czas pokaże” jako lekturę pełną życiowego optymizmu, która może uświadomić Wam niejedno i zmienić Wasze życie. W porównaniu z „masówkami” dla kobiet, książka prezentuje naprawdę wysoki poziom.


22 lutego, 2016

001. MUST HAVE KSIĄŻKOHOLIKA // to warto mieć na półce_BASIC

Już jakiś czas temu wpadłam na pomysł regularnych (w moim rozumieniu to słowo ma wiele znaczeń, więc nie obrażajcie się, jeśli kolejny taki pojawi się za tydzień, a następny za 1,5 miesiąca) postów MUST HAVE KSIĄŻKOHOLIKA. Jak nazwa wskazuje - to każdy z szanujących się pożeraczy literatury mieć powinien. 

Żeby nie było monotonnie, tematyka będzie... naprawdę różna. Mam już zaplanowanych kilka postów do przodu, więc będzie ciekawie, a przynajmniej mam nadzieję, że Wam spodoba się również. Będą to wpisy takie jak dzisiaj, po prostu o książkach (a to niespodzianka!) ale też mniej oczywiste, czyli akcesoria bardzo przydatne podczas czytania, albo nieprzydatne, ale za to ładne i baaaardzo książkowe. Albo też moje ulubione DIY w literackim wydaniu :)

Dzisiaj tematyka podstawowa, czyli co naprawdę warto kupić i w co inwestować, jeśli chodzi o zakup książek. Umówmy się - książki są drogie. Nie każdy może sobie pozwolić na posiadanie domowej biblioteczki wielkości oddzielnego pokoju (choć taka propozycja brzmi kusząco...). Ale niezależnie od tego, jakie gatunki preferujecie, co Wam najbardziej przypada do gustu, ta symboliczna 5 to pozycje obowiązkowe na Waszych półkach. 
Znajdziecie tu przede wszystkim typowe klasyki z literatury powszechnej współczesnej, nieco starsze pokolenia oraz... coś, czym zaskoczyłam nawet siebie samą!



[POZYCJE PODANE W KOLEJNOŚCI PRZYPADKOWEJ]

1. Jane Austen "Duma i uprzedzenie" [recenzja]

Z jednym zastrzeżeniem - błagam NIE KUPUJCIE WYDANIA FILMOWEGO. Okładka zabrała mi dużo radości z lektury, ale na szczęście, okładek macie do wyboru do koloru, co już samo w sobie świadczy o tym, że to pozycja warta przeczytania, a nawet więcej - posiadania.
Chyba najstarszy klasyk, jaki przeczytałam z zachwytem i wypiekami na twarzy - ponadczasowy romans, bezsprzecznie wysoka półka i tak dalej... ale odsyłam Was do recenzji, tam moje zachwyty nie znajdują końca.

2. George Orwell "Rok 1984" 

Teraz dla zrównoważenia coś bardziej "męskiego". Ze wszystkich dzieł (czy może ARCYdzieł?) Orwella "Rok 1984" do gustu przypadł mi najbardziej - ta książka po prostu cudowna, bardzo wartościowa i do bólu prawdziwa, chociaż równocześnie subiektywna. Przez długi czas (szczerze mówiąc aż do teraz, odkąd ją przeczytałam) nie mogę wyjść z podziwu dla kunsztu, jakim pochwalił się autor. Dodatkowo - uwielbiam tą minimalistyczną okładkę. Jedna z moich ulubionych. Ponadto jest to powieść, do której na pewno wrócicie i będziecie ją chcieli rozpowszechniać wśród swoich znajomych - gwarantuję.



3. Antonia Michaelis "Tygrysi księżyc"

Książkę dostałam dawno dawno temu na urodziny od kolegi (również książkoholika) i przeczytałam ją dwa razy - zawsze pełna napięcia i oczekiwania CO SIĘ STANIE DALEJ? Jest to historia o ubogim chłopcu wychowującym się na Indyjskich ulicach, zawsze gorących, zawsze czujnych, zawsze tętniących życiem. Pewnego dnia spotyka go przeznaczenie. I właśnie tak zarysowuje się fabuła, w której autorka zdołała zmieścić mnóstwo treści, ale tego nie trzeba nawet czytać. Wystarczy otworzyć książkę, a czeka Was niezapomniana podróż w głębię Indii.
Przeczytam tą książkę jeszcze raz, może nawet w tym roku i obiecuję Wam recenzję, więc wyczekujcie! 
I tak, nie mogłabym nie wspomnieć - piękna okładka, świetnie oddaje klimat powieści. 


4. Carlos Ruiz Zafón seria "Cmentarz zapomnianych książek" [recenzja tomu 1.] [recenzja tomu 3.]
Nie będę opisywać. Po prostu przeczytajcie. Zaufajcie mi i przeczytajcie, bo WARTO. Przeczytajcie dla siebie.



5. John Green, Lauren Myracle, Maureen Johnson "W śnieżną noc" [recenzja]
Lub jakakolwiek inna książka Johna Greena. Jeśli chodzi o autora, nie przypada mi do gustu. Może wyrosłam, może mam za wysokie wymagania, może nie doceniam współczesnej kultury masowej. Może. A może po prostu jest słaby. To o co w ogóle chodzi z tą książką?
Dwa pozostałe opowiadania były całkiem niczego sobie, nie zarzucam im poważnych zbrodni, a na święta są tak idealne, że lepiej trafić chyba nie można. I wcale nie dlatego polecam Wam kupić tą powieść. Ja jestem typem czytelnika, który otwarcie przyznaje się do tego: TAK, KUPUJĘ KSIĄŻKI DLA ŁADNEJ OKŁADKI (pod warunkiem, że nie są totalnym gniotem). I ta pozycja znalazła się u mnie z tego powodu. 
Reszta książek wydawnictwa Bukowego lasu Johna Greena jest wydana równie pięknie, ale niestety zawartością już tak nie zachwyca.
Przy okazji uświadomiła sobie, że była to pierwsza książka, jaką zrecenzowałam na blogu. Czytam i... może nieskromnie, ale zrobiłam postępy ;)


Piszcie, czy podoba Wam się taki pomysł, jakie macie pomysły na kolejne (i książki i tematy) i czy macie na półkach te pozycje?

GARŚĆ OGŁOSZEŃ

  • przypominam o Instagramie, na którym już ponad 40 obserwatorów ♥
  • oraz bardzo dziękuję za supermiły odbiór posta z recenzją "Dumy i uprzedzenia" - jak dotąd chyba mój najpopularniejszy, zdobył aż 823 wyświetlenia, a ja oczywiście liszę na więcej!



18 lutego, 2016

#54 Ślepy posłaniec

„Ślepy posłaniec” Radomira Darmiły może być przez Was nierozpoznawalny i racja, ponieważ nie został wydany. Także za możliwość przeczytania powieści serdecznie dziękuję autorowi.


Książka opowiada historię o wdowie w pełnym pruderii bogobojnym społeczeństwie. Ona najbardziej ze swojej rodziny odstaje od popularnego (a właściwie wymaganego) w społeczeństwie wzorca skromnej kobiety, dziewicy-męczennicy. Na brzegu morza, tuż po śmierci swojego religijnego męża, odnajduje Ringa. Jego obecność na wyspie budzi wiele kontrowersji związanych zarówno z przebywaniem obok niezamężnej kobiety jak i sposobem, w jaki znalazł się na plaży. Fabuła zarysowuje się co najmniej ciekawie.

Przyznam, że do książki podchodziłam ze sceptyzmem, jak do każdego debiutu zresztą. Poza tym, miałam na uwadze amatorski charakter tekstu, ale… zostałam zaskoczona i to w bardzo miły sposób. Z radością ogłaszam, że „Ślepy posłaniec” jest jedną z lepszych pozycji, które udało mi się przeczytać w tym miesiącu. Czym mnie tak ujął?

Aluzjami biblijnymi, a jakżeby inaczej. Racja, można się było po mnie tego spodziewać, bo czasami je wychwytuję nawet, gdy nie były zamierzone… Takie skrzywienie. W każdym razie, w tej powieści nie stanowią one wysublimowanych i ledwo zauważalnych motywów, jednakże nie można ich też nazwać nachalnymi. Takie w sam raz i do urozmaicenia w kontekście fabularnym i merytorycznym.

Poza tym bohaterowie, stworzeni z namysłem i bardzo poprawnie. Mimo że całość społeczeństwa to najogólniej rzecz biorąc, bezrozumna masa dewotów, to istnieją wyjątki… I to nie tylko wśród głównych bohaterów, bo i tych pobocznych. Nie ma dwóch takich samych charakterów, chociaż postaci mamy multum! Z początku miałam problem z rozróżnianiem imion, ale szybko przeszło, bo naprawdę się wciągnęłam. Poza różnorodnością, autor pomyślał również o tym, żeby bohaterów trochę pogimnastykować. Osobowość to w żadnym wypadku nie stała cecha postaci – co to, to nie tutaj! Szczególnie jedna postać zaskarbiła sobie moje uznanie za wielką przemianę, jaka w  niej zaszła.
W ogólności, nie przywiązałam się do bohaterów jakoś szczególnie, jednak mam jeszcze na to szansę, ponieważ to tylko część pierwsza, a kolejne… mają być jeszcze lepsze!

Jeżeli chodzi o wady, to przede wszystkim szablonowość. Mimo że zamysł świetny, zarówno jeśli chodzi o fabułę jak i gatunek, o którym za chwilę, to niezbyt dobrze wykorzystany. Na szczęście potencjał nie tyle co zupełnie stracony, ale właśnie nie do końca opracowany. A można było go jeszcze trochę podciągnąć, przede wszystkim schematem fabularnym.

No i gatunek, z którym miałam trochę problemów… „Ślepego posłańca” zaczęłam czytać z zamysłem, że będzie to literatura kobieca, a… nie ma chyba nic bardziej odbiegającego od niej niż ta właśnie historia. Umówmy się, romanse i w ogólności powieści dla kobiet wyróżniają się charakterystycznym stylem, problematyką, emocjonalnością i typem scen. Tutaj... nie zauważyłam chyba nic, co by chociaż mogło wskazywać na któryś z powyżej wymienionych elementów. Sceny bójek, brak portretu psychologicznego bohaterów: przede wszystkim ich emocji i uczuć, a także wątki nijak nie wiążące się z codziennym życiem kobiet. Jeśli oczekujecie powieści dla kobiet, tą książkę na razie odłóżcie (ale zanim to zrobicie, doczekajcie do końca). Ja pod tym względem niestety się zawiodłam.
Ale! Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pierwszy raz spotykam się z tak zaskakującym połączeniem gatunkowym. Fantasy – przejęcie niektórych motywów z powieści i opowiadań o średniowiecznych miastach i moralności średnich wieków (bądź co bądź bardzo ambiwalentnej i hipokratycznej, więc ciekawej) połączone z sci-fi, które absolutnie burzy psychikę czytającego, robi niesamowity plot twist i jeden z najlepszych zwrotów akcji w powieści. Pierwszy raz spotkałam się z tak osobliwym połączeniem (chociaż fantastyki dużo nie czytam, więc jeśli znacie podobne synkretyzmy dajcie znać w komentarzach), ale bardzo mi się to spodobało. Myślę, że dla miłośników fantastyki we wszelakiej postaci to smakowity kąsek. Nawet dla mnie, więc serio!

Podsumowując, nie wiem, czemu „Ślepy posłaniec” nie został jeszcze wydany! Czekam z niecierpliwością na papierową wersję, bo to nie tylko wspaniała historia o presji wymagającego społeczeństwa na kobietę, ale również ponadczasowe połączenie gatunkowe, które zaskoczy każdego czytelnika. Gorąco polecam! Od dawna nie spotkałam się z tak dobrym debiutem i chociaż mimo kilku nieuniknionych niedociągnięć, jest to książka zdecydowanie warta uwagi.


Dla chętnych (a mam nadzieję, że będą to wszyscy czytelnicy tej recenzji) powieść można zakupić przez Internet w wersji elektronicznej, więc warto tym bardziej!

13 lutego, 2016

#53 Duma i uprzedzenie


„Duma i uprzedzenie” Jane Austen to bezapelacyjnie książka, którą każda miłośniczka romansów powinna przeczytać. Klasyk XIX wieku i wspaniały romans umiejscowiony w angielskim hrabstwie między dworkami bohaterów.

Teraz ja pytam – dlaczego ta pozycja nie została szkolną lekturą? Mogłaby przecież, bo niczego jej nie brakuje ale cóż… widocznie lepiej uczyć o jakże wzniosłych rozterkach Wertera. Trudno.
Jednak zanim zacznę o tym, co naprawdę mnie ujęło w powieści, wspomnę po raz kolejny – to literatura na wysokim poziomie, przekraczająca kanony ustalone przez ówczesnych twórców, a dzięki temu – ponadczasowa.

Różni się zdecydowanie od romansów dzisiejszych, to chyba jasne. Pozwolę sobie przytoczyć posta blogowej koleżanki Ani – Czasysię zmieniają. Romansy się zmieniają. I, tak jak miłość wygląda zgoła inaczej teraz, niż na początku wieku XIX, to i powieści romantyczne skupiają się na nieco innych wątkach, w inny sposób przedstawiają niektóre aspekty. Romansy „starszej daty” wcale nie są przestarzałe! Ujmują miłość w subtelniejszy, o wiele bardziej wyrafinowany i wzniosły sposób – tak tutaj Jane Austen wystawia na ekspozycję burzliwe uczucia bohaterek (bohaterów trochę mniej…) opowiadając o sielankowym zauroczeniu, pierwszym spojrzeniu i pierwszych czułych spotkaniach. Te najbardziej przesycone uczuciami chwile w życiu każdej kobiety właśnie tutaj odnajdują swoje miejsce, oprawione świetnym piórem autorki.
Czego tutaj nie ma? Chyba każdy się domyśli, że seksu. Poza tym nie ma również rozwiązłości i typowej dla współczesnych zarówno autorów jak i kochanków odwagi. Nawet najbardziej śmiała i zaczepna ze wszystkich sióstr Lydia miała w sobie coś z pokory i uległości do partnera.

Czytając książkę właśnie odnalazłam mojego nowego ulubieńca. Pan Darcy skradł moje serce w całości! Chociaż na początku wydaje się być okropnym zarozumialcem, pełnym DUMY, to jednak za swoim pozornie bezczelnym zachowaniem kryje się mnóstwo dobroci i nieśmiałości, która jest w stanie przełamać UPRZEDZENIE młodej panny – Elizabeth. Ta para stanowi jeden z głównych wątków powieści, ale sióstr mamy aż 5 i każda odgrywa w książce mniejszą lub większą rolę. Są również ogromne drzewa genealogiczne, przyjaciele z hrabstwa i jego okolic, rodzina przyjaciół, ciotki i wujkowie, kuzynostwo i cała reszta, czyli piąta woda po kisielu. Swoją drogą, to niesamowite uprzytomnić sobie, że kiedyś spędzano tyle czasu z rodziną na balach, wystawnych ucztach, podwieczorkach i niezobowiązujących spacerach. Obrazy takich scen rozczuliły mnie już do końca. Dziś już byśmy ich mimetycznymi nie nazwali, bo takie zachowanie odbiega zupełnie od wzorca zabieganego małżeństwa biznesmenów z jednym dzieckiem.

„Duma i uprzedzenie” to powieść w pewnym stopniu feministyczna, chociaż o emancypantkach w wieku XIX nie było żadnych wiadomości. Sam fakt, że autorka jest kobietą już rzuca się w oczy, kiedy bierzemy pod uwagę męskie społeczeństwo, w którym kobieta jest pięknym, aczkolwiek nieco zawadzającym dodatkiem do wizerunku. Zafascynowało mnie również to, że to kobiety w książce stanowią gwóźdź programu – ich uczucia, rozterki, charakterki i problemy. Mężczyźni gdzieś tam krzątają się po drugim planie, ale płci pięknej Austen poświęciła nieporównywalnie więcej uwagi.

Powiedziałabym, że książkę czytało mi się wspaniale, ale nie mogę, ponieważ w środku pojawia się niezliczona ilość imion, nazwisk, rodów, że już po pierwszym rozdziale nie wiedziałam kto jest kim, z kim itp. Dopiero mniej więcej w drugiej połowie powieści zaczęłam sobie układać wszystkie relacje, wiedziałam kto z kim się kłóci, a kto w kim podkochuje. Jednak zajęło mi to bardzo dużo czasu i myślę, że nie tylko mi.

I znów to samo – okładka. Jak zwykle gardzę filmowymi okładkami, ale ta to już wyjątkowe paskudztwo. O ile w wersji angielskiej jeszcze jakoś to wypada, to polskie wydawnictwo powinno się po prostu wstydzić. Dlatego w grafice zamieściłam ładniejszą obwolutę. Pod spodem dla porównania moje brzydkie kaczątko. Akurat w bibliotece był tylko ten egzemplarz, ale zamierzam zdobyć książkę w wydaniu kolekcjonerskim, żeby mieć na półce.

I Wam, Książkoholiczki również to polecam, bo lektura „Dumy i uprzedzenia” to niezapomniane doświadczenie oraz spotkanie z nie tak odległą kulturą i obyczajami uroczej XIX-wiecznej Anglii. 


10 lutego, 2016

#52 We dnie, w nocy

Jeśli znacie mnie i moje książkowe upodobania choć trochę, wiecie, jak bardzo ubóstwiam literaturę kobiecą. Jedną z moich ulubionych autorek w tym zakresie jest właśnie Agata Kołakowska. Za sobą mam już jej „Płótno” oraz „Zaciszny Zakątek” (odsyłam do recenzji), a „We dnie, w nocy” zostało wydane bardzo niedawno. Z tego, co kojarzę to w sierpniu, jako przedostatnia jej książka. A jeśli chcecie być na bieżąco, 4 lutego wyszła najnowsza – „Niewypowiedziane słowa”, także powieści pojawiają się naprawdę w zabójczym tempie, a Kołakowska zdobywa coraz większą popularność.


„We dnie, w nocy” – tytuł może niezbyt wymowny, tak samo jak okładka – bez opisu nic nie wiemy, więc może krótko o co chodzi? Historia Anny i Piotra, na początku zupełnie od siebie niezależne, łączą się we wstrząsający sposób. Całości dopełnia narracja anioła stróża Anny (stąd tytuł i piórka na okładce), czyli nieco obiektywizmu w tym całym emocjonalnym wirze.
I skoro już zaczęłam o okładce, muszę wspomnieć, że wydania powieści Agaty Kołakowskiej zachwycają mnie za każdym razem. Nie widziałam do tej pory chyba jeszcze żadnych polskich książek tak pięknie wydanych. Uwielbiam te pastelowe, rozbielone obwoluty, śliczną czcionkę na grzbiecie i w ogóle wszystko, jednym słowem – cudo. Między innymi dlatego tak chomikuję Kołakowską na półkach.

Wiadomo, nie oceniaj książki po okładce, więc co tak naprawdę mogłabym o niej powiedzieć? Jestem trochę rozczarowana. To znaczy, smutno mi, bo ta powieść nie przypominała mi innych, pełnych kobiecej subtelności i magicznej atmosfery historii autorki, co oczywiście nie znaczy, że była zła. Po prostu inna.
Opowiada o traumatycznym wydarzeniu, co wprowadza niepokój i w ogóle traktuje o sprawach bardziej dojrzałych, trudniejszych. To już nie taka lekka lekturka dla przyjemności. Bliżej jej do pełnej goryczy, smutku historii o niesprawiedliwości i niezrozumieniu świata. Chociaż mimo wszystko czyta się szybko (mi udało się w jeden wolny dzień), to jedna z tych powieści, po których można dostać kaca.

Fakt, że akcja dzieje się niejako na przełomie wieków, dodaje nieco animuszu i w ogóle przyspiesza tok wydarzeń. Bo przez większość książki, fabuła raczej się ciągnie, dryfuje sobie nieśpiesznie między rokiem 1997 a 2013, nie czyni żadnych rewolucyjnych kroków. Ale takie niechronologicznie przedstawienie zdarzeń, przy włączeniu w to dodatkowo narracji z trzech stron sprawia, że na początku nic nie ma sensu. Ja potrzebowałam co najmniej pięćdziesięciu stron, żeby sobie poukładać kto jest kim i kiedy sprawa się dzieje.
Ale mam nadzieję, że i Wy z doświadczenia wiecie, że wprowadzenie takiej wieloosobowej narracji zazwyczaj wychodzi na dobre, bo pomimo początkowej konsternacji czytelnika ma same plusy: napędzanie akcji, większa wiedza o świecie przedstawionym dzięki ukazaniu kilku punktów widzenia, pogłębienie portretów psychologicznych postaci, wprowadzanie nowych wątków i pewnie zapomniałam wypisać jeszcze wielu innych zalet. Piszcie w komentarzach, czy Wy lubicie taki sposób prowadzenia narracji, ja bardzo!

Czasami w książkach stylizowanych na lata 90. zupełnie nie można odczuć klimatu epoki, jednak tutaj wielkie brawa dla autorki – genialnie zarysowała atmosferę czasu. Chociaż z doświadczenia nie wiem, jak to w tym 1997 r. było, to z filmów, opowiadań jednak można się zorientować. Jednak nie chodzi o konkretną datę, ale właśnie ten przełom wieków, a przede wszystkim raczkujący Internet. Rewolucja w globalizmie – można rozmawiać zawsze, wszędzie, z każdym. Bez zobowiązań, bez wstydu, bez konsekwencji. Mamy przed sobą perspektywę tylu nowych znajomości, nieodkrytych miejsc i cudownego wyobcowania z dramatycznego realizmu świata pełnego problemów. Kusząca propozycja, na którą zgodziła się rzesza nastolatków i dorosłych w tamtym czasie (teraz również się to zdarza, choć nie tak często). A skutki bywały… różne, na przykład takie, jak opisane w książce. Historia została oparta na faktach, na prawdziwej Ani i prawdziwym Piotrku, którzy naprawdę spotkali się w najgorszych możliwych okolicznościach.

Chciałabym Was serdecznie zachęcić do przeczytania tej książki, bo warto poznać historię, chociaż tym razem dość brutalną, ale opatrzoną przez kojące pióro autorki. Uczta dla oczu i duszy – śliczne wydanie i niesamowita historia, pełna emocji od radości po rozpacz. Czytelniczko, biegiem do księgarni!

Postanowiłam wprowadzić comiesięczną segregację książek, żeby jakkolwiek je ogarnąć, czytać jakoś rozsądniej… Sama nie wiem, za dużo ich i po prostu muszę je jakoś sprowadzić do pionu. Luty postanowiłam poświęcić na literaturę kobiecą i obyczajówki. Piszcie w komentarzach na co mam zdecydować się w marcu. Waham się miedzy horrorami/ sensacją a New Adult. I oczywiście zgłaszajcie swoje propozycje dobrej literatury. Dziękuję Książkoholicy :)


07 lutego, 2016

#51 Wszechświat kontra Alex Woods

„Jedna z najlepszych powieści, jakie kiedykolwiek przeczytaliście”


Taki napis widnieje na górze okładki, a ja zachęcona nim oraz wieloma pozytywnymi recenzjami z chęcią zabrałam się za lekturę. Moje wrażenia… nieokreślone, co ostatnio zdarza mi się chyba zbyt często, dlatego próbuję tę powieść ocenić jak najobiektywniej.

Najlepsze i chyba najbardziej rzucające się w oczy, to lekkie pióro, zupełnie niewymuszone, jak to często bywa u współczesnych pisarzy lub „pisarzy”. Autor ma świetny styl. Nie w tym wypadku. Gavin Extence pisze niezwykle ujmującym, do bólu prostym, ale trafiającym w sedno językiem, można by powiedzieć, że wręcz satyrycznym. Naprawdę zdumiewa mnie to, że przy takiej lakoniczności można przekazać tak ważne przesłania. Najbardziej uwidacznia się ta skłonność do minimalizmu w opisach postaci – „Nie trzeba wymieniać wszystkich detali. Zamiast tego wystarczy podać jedną, wyrazistą cechę, żeby pobudzić wyobraźnię czytelnika.” Przyznacie – genialne w swojej prostocie.
I faktycznie, autor pozostając wierny tej zasadzie, klarownie przedstawił czytelnikowi bohaterów, swoją drogą, bardzo nietuzinkowych. Każdy, który odgrywał w powieści znaczącą rolę był z całą pewnością nieprzeciętny – Alexa uderzył meteoryt, a jego mama zajmuje się wróżbiarstwem – w porządku. Natomiast zamknięty w sobie indywidualista – pan Peterson uwielbiał zapalić sobie „ziołowego papierosa” przy dobrej lekturze, a poza tym wziął się zupełnie z nikąd w życiu głównego bohatera – przypadek? Czy „wszechświat” to zaplanował?

Właśnie takie pytania przewijają się przez całą powieść, ale bardzo subtelnie – chyba nigdy nie padają wprost, a autor zbliża się do nich najbardziej w punkcie kulminacyjnym o charakterze egzystencjalnym. W roli narratora został obsadzony właśnie Alex, którego poglądy zmieniają się w miarę dorastania – od trzynastego do siedemnastego roku życia spotyka ludzi oraz przezywa momenty w swoim życiu takie, które kształtuję jego światopogląd oraz osobowość. To też na swój sposób niesamowite, bo przypomina mi przygody Theo ze „Szczygła” i uświadamia, że ludzie jednak się zmieniają.

Co bardzo dziwne, mimo, lekko mówiąc, męskiej zwięzłości powieści, tom jest dosyć obszerny, ma ponad 400 stron, a ja do tej pory nie wiem, na co została zmarnowana co najmniej jedna czwarta z nich. Wydaje mi się, że niektóre motywy zbyt często się powtarzały, niektóre przemyślenia jednak się przeciągały, ale jak mówię, nadal nie były jakoś metaforycznie i merytorycznie rozbudowane – bardzo dziwne zjawisko.
Podobnie z fabułą, nie była szczególnie pociągająca, chociaż nietuzinkowa, bo składała się z tajemniczego splotu „przypadków”, a to podkreślało nieprawdopodobność wszystkich wydarzeń. Jednak czy tak się nie dzieje naprawdę? Gdybym dobrze odpowiedziała na jedno więcej pytanie z matematyki na teście gimnazjalnym, byłabym teraz w innej, lepszej szkole, miałabym zupełnie innych znajomych, być może nawet nie prowadziłabym bloga. Gdyby Alexa nie zaczęli gonić chuligani, nie trafiłby do szklarni zasadzonej marihuaną i nie poznał dziwnego starego pana Petersona. A potem… życie toczy się dalej, swoim torem w różnym tempie, ale do przodu, choć czasem tego nie zauważamy.
Wydaje mi się, że autor chciał zwrócić szczególną uwagę czytelnika na znaki, jakie codziennie daje nam „Wszechświat”, abyśmy zrozumieli, że nasze życie UPŁYWA. Nie zawsze pod naszą kontrolą i tak jakbyśmy chcieli, ale nawet największa tragedia może doprowadzić do czegoś zaskakująco dobrego.

„Czasem można znaleźć porządek w chaosie, tak jak i znamiona chaosu, które stanowią podstawę wielu procesów pozornie uporządkowanych”

Z wyżej wymienionych powodów niesamowicie trudno zakwalifikować mi jakoś tę książkę. Z jednej strony wszystkie techniczne szczegóły wskazują na to, ze mam do czynienia z młodzieżówką, na poły z Young Adult, choć trochę bardziej przypomina mi to wszystko New Adult. Ale tak na pierwszy rzut oka zupełnie nie można by tak powiedzieć o lekturze, ponieważ przesłanie jakie za sobą niesie oraz tematy, które porusza (ciężka choroba, odrzucenie społeczne, samobójstwo, teologia) wskazują zdecydowanie na powieść dla dorosłych. Ale gdyby ktoś był zainteresowany, uprzedzam, że seksu w niej ani trochę, bo główny bohater to w gruncie rzeczy aspołeczny ciamajda.

Zaraz po przeczytaniu książki i jeszcze zanim na dobre się nad nią zastanowiłam, nie widziałam w niej nic szczególnego. Potrzebowałam paru godzin i porządnego rozmyślania („Co ja napiszę w tej recenzji?”), zanim dostrzegłam w niej ukryte wartości. Oczywiście „Wszechświat kontra…” nie pozostaje bez wad, widocznych gołym okiem, jednak warto przeczytać, jeśli macie melancholijny nastrój i potrzebujecie jakiegoś filozoficznego pokrzepienia serc.

„W życiu nie ma prawdziwych początków ani końców.”



04 lutego, 2016

#50 Niezbędnik obserwatorów gwiazd

Niezliczona ilość rekomendacji i wielka popularność nie tylko tej pozycji, ale i „Poradnika pozytywnego myślenia” (wraz ze wspaniałą ekranizacją)… ta książka MUSIAŁA mnie zachwycić.



„Niezbędnik obserwatorów gwiazd” to krótka powieść o chłopcu, który w dzieciństwie nie otrzymał poczucia bezpieczeństwa, spełnienia i akceptacji, chociaż w jego rodzinie nie dzieje się nic niepokojącego. Natomiast teraz ma niepowtarzalną szansę od losu odzyskać to, co utracił – pomóc sobie i jeszcze komuś. Samą swoją obecnością działa uspokajająco, jednak nie uświadamia sobie własnej siły osobowości. Numer 21 (alias Russ) oraz Finley spotykają się… być może przypadkowo, ale aż nie chce się wierzyć, że tak wspaniała znajomość może być zbiegiem okoliczności.

„Zabawne, jak jedno brutalne wydarzenie może sprawić, że spojrzysz na świat inaczej.”

Jak wspomniałam, co do „Niezbędnika” miałam ogromne oczekiwania, także zadanie podwójnie utrudnione i nie do końca wypełnione… Primo, bohaterowie. Tak bardzo ubolewam nad tym, że autor nie dał sobie większego pola do manewru nad postaciami. Wręcz mocno je ograniczył, bo wspaniałe charaktery, stworzone z inteligentnym zamysłem zostały zwyczajnie zdegradowane przez zahamowanie. Brzmi to tak zawile, ale może łatwiej będzie Wam zrozumieć to w ten sposób: każdy z trzech głównych bohaterów (zresztą nie tylko, bo drugoplanowi też przyciągają uwagę czytelnika) nosi w sobie potencjał na faworyta książkoholików – to naprawdę nietuzinkowe postaci i zostały zaprezentowane w sposób intrygujący. Niestety w miarę postępu akcji, stawali się coraz bardziej… płascy, jacyś tacy jednowymiarowi, aż zupełnie się nimi znudziłam. Także prezent zapakowany w najśliczniejszy i najbardziej obiecujący papier, przecudnie obwiązany kokardką, to wygląda zachęcająco, ale uważajcie – jest pusty w środku.
O bohaterach można jednak powiedzieć coś dobrego, a mianowicie to, że byli… PRAWDZIWI. Za co wielkie wielkie podziękowania ode mnie dla autora, ponieważ we współczesnych powieściach młodzieżowych (pośród których przeważają znacznie YA i NA*) najbardziej denerwuje mnie właśnie stereotypowość nastolatków i ich rażąca w oczy, sztuczna nierzeczywistość. Chyba że to ja żyję w innym świecie…

Dalej fabuła, wydaje mi się, że najlepszy element książki, ponieważ pełno w niej punktów zwrotnych i generalnie jest całkiem oryginalna. Koszykówka, przyjaźń, kosmos – ktoś ładnie połączył to w zgrabną spójność i przedstawił w postaci ciekawej historii nastolatków. Matthew Quick naprawdę mnie zaskoczył, pokazał coś świeżego, nowego, a tego właśnie mi brakowało w ostatnim czasie, kiedy mam wrażenie, że każda książka w gruncie rzeczy nie wnosi do mojego życia ani doświadczenia (to przede wszystkim) nic nowego. W takim razie „Niezbędnik” będzie świetną lekturą, jeśli chcecie odświeżyć umysły, zrelaksować się, poznać jakieś nowe horyzonty. Jedyne zastrzeżenie do historii mam takie, że Quick pisał dość lakonicznie, jak dla mnie, zbyt zwięźle i nie pozostawił zbyt dużo miejsca na niektóre wątki.

„Zastanawiam się, czy naprawdę myśli, że jego rodzice są na statku kosmicznym, czy też używa kosmosu jako pewnego rodzaju tarczy – warstwy słów, dzięki którym może się swobodnie i szczerze wyrażać”

Mimo że „Niezbędnik” czyta się w jeden, dwa dni, naprawdę łatwo, szybko i przyjemnie, to nie ulega dyskusji, że to wartościowa lektura. Autor poważnie i z rozmysłem podszedł do niektórych wątków „cięższych”, ale obudował je w taki sposób, aby nie przytłaczały czytelnika. Może to odbiera jej trochę patosu, ale myślę, że Quick wcale do niego nie dążył, a ja to przyjmuję.

Na koniec nadmienię jeszcze, że absolutnie ubóstwiam oryginalną, bladoniebieską okładkę – pastele i minimalizm, to wszystko, czego mi trzeba, jeśli chodzi o piękną obwolutę. Natomiast co do drugiej w kolejności, która wyszła chyba mniej więcej równo z okładką filmową do „Poradnika pozytywnego myślenia”, jej również nic nie brakuje, brawo dla wydawców. :)

Nie wiem naprawdę, jak podsumować „Niezbędnik” – nie potrafię dać Wam jednoznacznej oceny – czytać, nie czytać? Musicie zdecydować sami, ponieważ to jedna z tych lektur, gdzie „to jest w porządku, ale z drugiej strony…”, „a w tym wypadku autor totalnie zepsuł cały potencjał, chociaż jeśli patrzeć na to w ten sposób…”. Pozycja ma mnóstwo zalet, które łączą się z wadami, czasami to jedno i to samo, a czasami wszystko zależy od oczu czytających. Przeczytajcie recenzję, zastanówcie się, czego poszukujecie w książce na dany moment i wybierzcie.
Ja pozostałam z lekkim niedosytem, naprawdę brakowało mi tego rozwinięcia fabuły i refleksji nad charakterami. Dla mnie pół na pół, ale z lekką przewagą na plus za oryginalność i wprowadzenie ważnych wątków do, wydawałoby się, oklepanej i przetartej ostatnimi czasy literatur młodzieżowej.

*YA/NA – ostatnio udało mi się ogarnąć chyba wszystkie różnice (a na pewno te najważniejsze) między Young Adult i New Adult, także mam nadzieję, że już nigdy nie będę tego mylić. Piszcie koniecznie w komentarzach, czy chcielibyście, abym zrobiła post na ten temat, bo nie znalazłam w polskiej sferze blogowej żadnych artykułów, które jasno by porównały te dwa gatunki! Czym się różnią? Jakie mają cechy wspólne, jak powstały, a także: jak odróżnić je od zwykłej młodzieżówki?