30 marca, 2016

[PREMIEROWO] Uwodzicielka _ Stephanie Laurens

Szkocja, wiek XIX – rustykalne klimaty, układy matrymonialne i intryga… nie tylko miłosna. Co kryje się za kartkami drugiej części sagi rodzinnej - „Uwodzicielki”?


28 marca, 2016

002. MUST HAVE KSIĄŻKOHOLIKA // moje ulubione herbatki

W ramach (ponoć regularnego) cyklu postów na Księgotece tytułem MUST HAVE KSIĄŻKOHOLIKA postanowiłam zestawić Wam moje (a kto wie, może i Wasze) ulubione herbatki – zdobywczynie mojego serca, niezastąpione i wiecznie przepyszne – miłości moje zamknięte w liściach.

26 marca, 2016

Podróż w nieznane _ Jackie Collins

Luksusowy jacht sam w sobie warty miliardy nielegalnych dolarów, a na nim najwięksi celebryci warci każdy sto dwadzieścia razy tyle. 5 par wybiera się na nieprzyzwoicie bogate wakacje wśród wód oceanu – do pewnego czasu niezmąconych…

24 marca, 2016

Moje ulubione blogi & co mnie denerwuje w blogosferze

Blogosfera to magiczne, nieprzemierzone miejsce, momentami wydaje mi się nawet, że większe niż kosmos. Halo, a gdzie ja? Ja, ze swoimi siedemdziesięcioma-kilkoma obserwatorami (którym bardzo dziękuję, że jeszcze ze mną wytrzymują)? Ale to już nawet nie o oglądalność chodzi…

19 marca, 2016

Najpierw film, potem książka - warto? 1/2

Drugiej połówki szukajcie u Książniczki :) podrugiejstronieksiazki.blogspot.com

„-Ja wolę najpierw przeczytać książkę, potem obejrzeć film. –Ale dlaczego? –No nie wiem… Książka była pierwsza, więc to chyba logiczne?” Nie! to nie jest logiczne!
Większość osób grzecznie podąża za utartym schematem, nie zastanawiając się nawet po co to robi. Jeżeli do nich należycie – pozwólcie sobie wytłumaczyć kilka rzeczy. 

16 marca, 2016

Bezdomna _ Katarzyna Michalak

Katarzyna Michalak to jedna z tych pisarek, którą albo polubisz, albo znienawidzisz. Dlatego warto mieć gdzieś z tyłu głowy, że moja opinia będzie zawierała sporo subiektywizmu.

13 marca, 2016

Osobliwe i cudowne przypadki Avy Lavender _ Leslye Walton

Długo się zabierałam za tą recenzję, oj długo. Być może dlatego, że do tej pory mam co do książki bardzo mieszane uczucia?

Książka zdobyła ostatnimi czasy niemałą popularność w polskiej blogosferze, a także na booktubie. Czyżby ze względu na swoją osobliwość? Oryginalna, nietuzinkowa, wyjątkowa, nieprzeciętna. Mówimy, że tego szukamy w książkach, ale jak przychodzi co do czego… Ciężko powiedzieć cokolwiek sensownego o takiej historii, która nie daje się ułożyć w żadne istniejące kanony literackie.


Saga rodzinna, czy raczej młodzieżówka? Young Adult? Na pewno nie. No to może New Adult? Bynajmniej! Elementy fantastyczne wcale nie wskazują na fantasy, a sceny mimetyczne nie pomagają w stwierdzeniu, czy może to jednak literatura obyczajowa. W takim wypadku zrzucam określenie tej… cudacznej powieści zorientowanym i przechodzę do meritum.

Ava rodzi się w specyficznej rodzinie, a razem ze swoim bratem bliźniakiem tworzą niesamowity duet, czy może raczej mieszankę nieprawdopodobieństwa. Główna bohaterka rodzi się… ze skrzydłami. A stanowią one jej nieodłączny element, tak samo jak ręka czy noga, z tym że wydają się być zupełnie nieprzydatne. Mimo tej dozy surrealizmu w postaci Avy, powieść porusza tematy odpowiednie dla nastoletniego grona odbiorców.

Wiem, że „Osobliwe i cudowne przypadki…” zyskały sobie wielu zwolenników, jednak ja do nich nie należę. Książka podobała mi się, bo i owszem, ale ja chyba odkryłam w sobie zamiłowanie do jednolitości. Nie oznacza to, że czytam tylko powieści jednowątkowe, bo nie, ale jednak ciągnie mnie do tych, gdzie jeden z tematów przewodnich wysuwa się zdecydowanie przed inne. Nie podoba mi się miszmasz wielu wątków zestawionych na równi i, tak jak tutaj, pomieszanych ze sobą. Może stąd też wywodzi się moja niechęć do zbiorów opowiadań. Także jeśli jesteście, w przeciwieństwie do mnie, miłośnikami wielowątkowości szczerze polecam Wam tą historię.

Co zdecydowanie wychodzi na plus, to stopniowe poznawanie i zgłębianie tajemnic świata przedstawionego. Autorka potrafi utrzymać czytelnika w napięciu i to takim, że jak zaczarowany będzie wodził oczami po stronie, już nie mogąc doczekać się, co kryje następna. I to nie będzie takie sobie zwykłe podniecenie, jakie nam, Książkoholikom, towarzyszy przy standardowych książkach. Ponieważ autorka robi to w sposób niesamowity (ta niesamowitość po prostu leży naturze „Osobliwych i cudownych przypadków…”). Wydarzenia, które normalnie powinny wstrząsać, opisuje z patologicznym stoicyzmem, poświęcając im minimalną liczbę wyzutych z emocji słów. Natomiast przyziemne sprawy traktuje jak świętość i buduje na nich niesamowitą gradację napięcia. Taki paradoks. Ale świetny.

Ciekawym zabiegiem okazało się również wplecenie realizmu magicznego, czyli troszkę fantazji do codziennego życia. To właśnie skrzydła okazały się pewnego rodzaju mostem pomiędzy tym co rzeczywiste, a tym co symboliczne.

Polecam książkę na pewno wszystkim miłośnikom bookowego aesthetic, ponieważ została naprawdę przecudnie wydana. Poza tym czytając ją, gwarantujecie sobie niesamowitą przygodę z osobliwą rodzinką Avy. Jednakże nie bierzcie się za „Osobliwe i cudowne przypadki…”, jeśli szukacie poważniejszej lektury. Bo poza swoją oryginalnością, pozycja posiada również niezłe pokłady infantylizmu, co, przyznam, mnie momentami uwierało, ale nie aż tak bardzo, żeby zarzucić czytanie ;) Za bardzo wciągała, nie potrafiłabym tego zrobić…
Krótko: to jedna z tych książek, które trzeba przeczytać samemu, aby stwierdzić, czy było warto.

Za możliwość przeczytania książki dziękuję serdecznie wydawnictwu SQN





10 marca, 2016

BOOK TOUR || Żar prawdy

Zanim zacznę recenzję, chciałabym serdecznie podziękować
Klaudii za zorganizowanie wydarzenia
Martynie za przesyłkę
Emilii Kubaszak za napisanie cudownej powieści i użyczenie jej egzemplarza


Książkę czytałam w ramach Book Touru.


Anita – zmęczona życiem studentka, tonąca w literaturze (szkoda, że nie naukowej, bo już dawno powinna obronić magisterkę) i własnej rozpaczy. Książki pomagają jej przetrwać dzień i chronią ją przed letargiem. Aż do momentu, gdy trafia na „Żar prawdy”. Zapowiedź całkowitej zmiany życia i kuszenie odkryciem nowego „ja”, czyli na pierwszy rzut oka poradnik (których, jak wiecie, nie trawię). Ale to coś więcej – to historia autobiograficzna, w której Basia opisuje własną przygodę z sektą.


Dochodzi do takiej sytuacji, gdzie czytamy dwie książki na raz. Jeden rozdział o Anicie, drugi u Basi i tak schematycznie przez resztę powieści. O ile przy pierwszych rozdziałach taki sposób narracji wytrącał z rytmu czytania, o tyle potem stawał się już lekko irytujący. Koncepcja sama w sobie wydaje się być świetna i innowacyjna (czemu nie przeczę), jednak nie została do końca wykorzystana. Dlaczego? Proste. Przez całą książkę nie zadziało się nic, co by jakoś scaliło dwie zupełnie różne fabuły, zsynchronizowało… Nic! Aż do samego końca, kiedy autorka obroniła swój zamysł śpiewająco.

Anita okazała się być raczej postacią szablonową, zresztą jak jej książkowa przyjaciółka Basia. Jednak nie odebrałam tego jakoś szczególnie źle, ponieważ w postaci zarówno jednej jak i drugiej udało mi się wychwycić elementy, które potwierdzały rzetelność autorki w sprawie wytworzenia portretu psychologicznego bohaterów.
Będąc już przy psychologii, jak zwykle – nie odpuszczę. Ponieważ każdy najdrobniejszy nawet szczegół niezgodny z faktycznym stanem nie przejdzie u mnie bez echa. Mam tu na myśli fakt postrzegania osoby, która odbyła leczenie w szpitalu psychiatrycznym. Bądź co bądź, ale płytkość, niezrozumienie i nieświadomość społeczeństwa w tym względzie nie osiągnęła chyba jeszcze aż tak niskiego poziomu? Wydawało mi się (a może to mój wymysł?), że funkcjonariusz policji rozumie, iż „chory psychicznie” nie oznacza „psychopata”, „niepoczytalny” ani „wariat”. Mamy XXI wiek! To już nie te szpitale, gdzie pacjentów przypina się łańcuchami do wypustek w surowych ścianach i traktuje gorzej niż więźniów. Jak widać, tutaj policjant nie otrzymał „najświeższych” wiadomości, a ja wymawiam autorce stworzenie tak płaskiego bohatera.  I pal sześć, jeśli to byłby jeden funkcjonariusz. Ale nawet rodzice chorej wstydzili się za to – wywieźli ją do innego województwa, sfałszowali zwolnienie lekarskie i oszukali szefową córki. Ja zapewniam, że takie rzeczy w cywilizowanych rodzinach się nie dzieją – nikt nie chowa swojego dziecka przed światem, bo ma depresję. A psycholog to nie „spec od czubków”.

Skoro już się trochę powyżywałam (moja klawiatura kiedyś padnie przy takiej recenzji…) to teraz już same miłe i przyjemne – „Żar prawdy” pochłonęłam w dwa dni. Może to kwestia coraz silniejszych emocji, które mną targały podczas czytania każdego kolejnego rozdziału, a może po prostu dobra narracja. Nawet z tą przywarą dualizmu, autorka pisze lekko i naprawdę ładnie, dzięki czemu czyta się świetnie. Kubaszak używa krótkich zdań, czasem nawet urwanych. Jeśli ktoś lubi – polecam. Osobiście gustuję raczej w hiperbolach, niedopowiedzeniach, przemilczeniach i sążnistych zdaniach. Tak mam. Ale oczywiście taki styl mi nie przeszkadza, na pewno przyspiesza brnięcie przez kolejne zaskakujące wydarzenia w fabule.
Wystąpiły też niestety niuansiki, które były dość nieprzyjemne dla oka. Ale jeśli kogoś o to obwiniać, to wydawnictwo. Brak przecinka, niepotrzebna literka lub brak literki, brak numeru strony i tego typu rzeczy. Szczerze mówiąc, ja zwracałam na nie uwagę tylko dlatego, że zaznaczyły je poprzednie czytelniczki. Czytam szybko (bardzo), więc nawet takich drobnostek nie zauważam.

Oczywiście z całego serca polecam Wam powieść Emilii Kubaszak i gwarantuję niezapomniane przeżycia. Może, tak jak ja, nie będziecie mogli się od niej oderwać, bo będzie Wami miotać oburzenie i zachwyt jednocześnie?

Życzę Agnieszce oraz wszystkim kolejnym czytelniczkom z Book Touru, miłej lektury :)

08 marca, 2016

CO KAŻDA KOBIETA CZYTAĆ POWINNA // dzień kobiet

Witajcie Książkoholicy, a szczególnie Kochane Książkoholiczki! Dzisiaj, z okazji Dnia Kobiet przygotowałam dla Was coś w temacie. Top 10 najlepszych powieści dla kobiet oraz mały bonusik ;)



1. „Tysiąc wspaniałych słońc” – Khaled Hosseini [recenzja]
Hosseini to chyba jedyny znany mi autor (podkreślam płeć męską), który dla kobiet pisze… No właśnie pisze dla kobiet, ale jak? Przede wszystkim zaskakująco dobrze. Emocjonalnie wczuwa się w rolę własnych bohaterów, pozwalając na to również czytelniczce. Szczególną pozycję w jego książkach zyskuje właśnie płeć piękna. Bohaterki nieraz doświadczają znieważenia i chwil trudnych ze względu na to, że… są kobietami. Jednak to, co je określa, to siła charakteru. Dzieła Hosseiniego naładowane są ponurym optymizmem, jednak nie warto zniechęcać się po pierwszych stronach, bo za wytrwałość w zakończeniu czeka Was piękna nagroda.
Polecam raczej „Tysiąc wspaniałych słońc” niż „Chłopca z latawcem”, chociaż i jedna i druga książka zachwycają, to debiut nie dorówna dojrzalszemu dziełu w tym wypadku.

2. „Jeździec miedziany” – Paullina Simmons
Romans, od którego nie można się oderwać? Książkowy ship z przystojnym żołnierzem? Łzy, rozstania, ekstazy i uniesienia? To tutaj! Dobrze trafiłyście, jeśli szukacie czegoś takiego. Wątek historyczny nie tyle co dopełnia wszystkiego, ale raczej… załatwia sprawę, bo bez niego książka byłaby nijaka. Dzięki faktom z II wojny światowej, a szczególnie oblężeniu Leningradu oraz emigracjom Rosyjskim całość wydaje się jakby… bardziej intelektualna i wzniosła. Jednak radzę Wam pozostać przy serii z Tatianą i Aleksandrem, nie wpadać w nadmierną euforię, nie rzucać się na resztę dzieł Simmons, bo możecie się zawieść i zepsuć sobie bardzo dobre wrażenie.

3. „Sekretne życie pszczół” – Sue Monk Kidd [recenzja]
Jedna z moich ulubionych książek i jedna z takich, która zostaje w pamięci na naprawdę długo. Wspaniała historia o białej dziewczynce pod opieką czarnej kobiety oraz i podróż w  poszukiwani lepszego świata. Jednak czy „lepszy świat” faktycznie różni się tak bardzo od doczesnego? Czy to tylko złudzenie, że trawa po drugiej stronie płotu jest bardziej zielona?

4. „Urodziłam się dziewczynką” – różni autorzy
To również zbiór opowiadań (może jednak nie powinnam być im tak przeciwna…? Ok. zdarzają się niezłe, przyznaję, ale nadal wolę powieści). Tym razem łączy w sobie gorzką prawdę wcale nie tak odległą od nas, bo wystarczy 3-4h powietrznej podróży, aby znaleźć się w zupełnie innym wymiarze, gdzie dziewczynka z góry skazana jest na potępienie. Za swoją nieczystość, za słabość i za nieporadność. Nie może się nawet postawić, nie ma wyboru – po prostu się urodziła, a to największy błąd w jej życiu. W krajach 3. świata już nawet nie chodzi o kulturę macho, ale o coś straszniejszego. O kategorię podludzi – tak się tam mówi o dziewczynkach.
Przeczytam opowiadania jeszcze raz i obiecuję, ze porządnie to zrecenzuję, bo sama też chciałabym sobie odświeżyć jakieś zaprzeszłe lektury, o których do dziś pamiętam.
PS Ostatnio widziałam w Biedronce za 10 zł, możecie poszukać!

5. „Duma i uprzedzenie” – Jane Austen [recenzja]
Klasyka sama w sobie, mam nadzieję, ze nie muszę Wam o tej pozycji opowiadać. Zajrzyjcie koniecznie do recenzji, która, swoją drogą, bije na moim blogu rekordy popularności. To złożony romans, który wcale nie jest sztampowy, a ukazuje obyczajowość XIX-wiecznej Anglii, tworząc klimat, który tak pokochałam. Jane Austen zdecydowanie zdobyła moje serce, aktualnie mam w planach kolejne jej książki i wam też polecam po nie sięgnąć.

6. „Krucha jak lód” – Jodi Picoult [recenzja]
To dzieje się obok nas. Codziennie słyszymy o tym w wiadomościach i współczujemy. Bo choroba dziecka wymaga stałego poświęcenia, energii i pieniędzy. A czy zastanawiamy się czasem jak to wszystko wygląda „od kuchni”? Jak choroba dziecka wpływa na rodzinę? Picoult to jedna z moich ulubionych autorek w ogóle. Uwielbiam wracać do jej powieści, ponieważ wspaniale radzi sobie z trudnymi realiami nie tylko jeśli chodzi o czysty reportaż. Ona zmienia nasze myślenie. Spróbujcie.

7. „Zbyt wiele szczęścia” – Alice Munro
Noblowa książka z 2014 roku, jeśli się nie mylę, która, o ile się dobrze wczytacie, uświadomi Wam kim kobieta w dzisiejszym świecie jest. A dokładniej – kim być musi, jakie wymagania i wyzwania przed nią stoją? To, że nie utożsamiałam się z bohaterkami, nie oznacza, że nie rozumiałam ich dramatu. Autorka bardzo dobrze przekazała cierpienie, jakie wiąże się z codziennym byciem kobietą. Dorosłą. Zaznaczam, że nie jest to książka dla nastolatek, ja sama przeczytałam ja za wcześnie i  tak nie zrozumiałam prawdopodobnie większości przesłania. Jednak jeśli czujecie się na siłach, żeby przyjąć na klatę bolesną rzeczywistość – bierzcie się za „Zbyt wiele szczęścia”

8. „Cukiernia w ogrodzie” – Carole Matthews [recenzja]
Ponieważ to powieść dla kobiety w każdym wieku. Czytałam ją ja i całkiem miło spędziłam z nią czas. Myślę, że sekret tkwi w tym międzypokoleniowym przesłaniu i fantastycznym klimacie zalewów angielskich. Przepyszna historia.
PS To nie książka kucharska! ;)

9. „Płótno” – Agata Kołakowska [recenzja]
To właśnie jedna z tych pozycji, którą polecam każdemu, a przynajmniej się staram. Zdecydowanie na to zasługuje, ponieważ ma w sobie tyle ciepłego optymizmu, że przewracając kolejne strony aż serce rośnie. Uwielbiam „Płótno”, często wracam do niego myślami, szczególnie przydaje się gdy mam wielkiego doła. I to nawet nie w myśl zasady „bo inni mają gorzej” (czyli np. główna bohaterka dotknięta szeregiem nieszczęść), ale książka zawiera w sobie naprawdę dużo mądrości życiowej, która przydaje się nie tylko w najgorszych momentach.
Polecam serdecznie również „Zaciszny Zakątek” i „We dnie, w nocy” Agaty Kołakowskiej i w ogóle twórczość autorki, ale jednak „Płótno” jak na razie jest moim faworytem :)

10. „Dziennik Bridget Jones” – Helen Fielding [recenzja]
Przyznam, że z początku nie byłam zachwycona tą książką, ale po obejrzeniu filmu spojrzałam na nią nieco łaskawiej. Fielding potrafi być do bólu prawdziwa bez szokowania czytelniczki, stosowania drastycznych zabiegów i tym podobnych. To dziennik obyczajowy, który jest uniwersalny dla każdej kobiety, można, a nawet trzeba nabrać dystansu do siebie czytając go. Autorka ujmuje prostotą i lakonicznością, co w literaturze kobiecej zdarza się, przyznajcie, rzadko. Dlatego to jedna z tych wyjątkowych i oryginalnych, a zarazem egalitarnych pozycji dla każdej kobiety.

Co poleca moja mama? :)

„Przeminęło z wiatrem” – Margaret Mitchell

Lektura o niezależności, uporze czasem o zwykłej naiwności. Niewątpliwie  jest to książka potwierdzająca siłę kobiet w trudnych czasach. Chociaż czytałam ją wiele lat temu to do dziś czuję klimat Ameryki z czasów  wojny secesyjnej.

04 marca, 2016

#57 Maszeńka

Mówi się, że „Maszeńka” to najbardziej rosyjska powieść Nabokova. Czy najbardziej? Tego jeszcze nie wiem, ale stwierdzam, że rosyjska zdecydowanie jest. U mnie poszła na pierwszy ogień, dzięki niej udało mi się wspaniale zamknąć okres zimowy, jeśli chodzi o książki, a przy tym otworzyć nowy rozdział zatytułowany nazwiskiem autora. Bo na „Maszeńce” na pewno się nie skończy.


Życie emigracyjne rosyjskich uchodźców w roku 1926 to temat ważny, aczkolwiek nieco omijany, zwłaszcza w Polsce. Dlatego przy czytaniu trzeba się przestawić, jak główny bohater - Ganin, na inny poziom. Poziom metafizyczny, tutaj świat marzeń i imaginacji, wyidealizowanej przeszłości i błogostanu możliwego do osiągnięcia tylko w naszych wyobrażeniach wspomnień.
A „teraz”? Istnieje, gdzieś w czasoprzestrzeni, oczywiście. A ludzie? Jak najbardziej, nawet widać ich jako cienie, bezmyślnie sunące po szarych berlińskich ulicach. Więc są. tylko jaki z nich pożytek i czy w ogóle coś znaczą, skoro liczy się tylko wtedy?

„Maszeńka” to popis intelektu autora, który kryje się, ale niezbyt skromnie, w każdym zdaniu, słowie, literze. Tutaj żadna kropka nawet nie została postawiona bez przyczyny. Każdy wyraz odnalazł swoje właściwe miejsce, aby wpasować się perfekcyjnie w całą konstrukcję powieści.
A teraz powstaje pytanie – czy ta (bardzo udana) próba literacka może nosić miano powieści, skoro czytelnik pochłania ją w godzinę i nie kryje złości – dlaczego tak krótko? Ledwo ponad 100 stron żywego kunsztu literackiego powinno raczej przywodzić na myśl opowiadanie, uwzględniając także małą liczbę wątków i krótki czas akcji. A jednak Nabokov dumnie upierał się, aby „Maszeńka” była powieścią. Dla mnie to wielka niewiadoma, ale nawet krytycy literaccy posłusznie odnieśli się do (niepierwszego) wymysłu autora i tak już zostało – powieść.

A więc POWIEŚĆ Nabokova zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Ja, zagorzała fanka symboliki, nie potrafiłam się oprzeć poczynaniom pisarza. Cóż on wyczyniał swoim piórem! Oprócz tych wysublimowanych poszlak, dobór słów, tak subtelny i dokładnie wymierzony, sprawił, że czytelnik znalazł się… w samym środku własnej podświadomości! Wspomnienia z dzieciństwa, tęsknoty i niespełnione marzenia z przeszłości nieraz stanowią silnik napędowy w naszym codziennym życiu. Bo przecież codzienność jawi nam się tak żywo i brutalnie, a jeśli nie, to na pewno szaro, brudno i beznadziejnie. A przeszłość? Sielankowy obraz krainy wiecznej szczęśliwości, najczęściej tak wykrzywiony przez nasze wyobrażenia, że aż nierealny. Czy cofnęlibyśmy czas? Gdy bohater otrzymuje taką możliwość…

Może dla niektórych z Was taka zawiłość okaże się zniechęceniem i zahamuje Was przed wspaniałą przygodą, jaką byście odbyli z Ganinem, więc rozwiewam Wasze wątpliwości. Dzięki wydawnictwu Muza, jak zwykle niezawodnemu, KAŻDY czytelnik odnajdzie się w tej historii. Pomijam już fakt, ze książka została wydana po mistrzowsku, jeśli chodzi o oprawę graficzną, ale świetnym pomysłem od wydawców okazało się zamieszczenie po powieści posłowia. Niektórym może rozjaśni nieco zawiły świat czterech ścian berlińskiego hotelu, który tak naprawdę jest w całości wypełniony myślami głównego bohatera. Mi pomógł sobie wszystko usystematyzować i potwierdził, jak świetną książkę właśnie przeczytałam.


Naprawdę, dawno nie udało mi się przeczytać tak dobrej pozycji. To wydawniczy debiut Nabokova, chociaż pisywał wcześniej opowiadania czy powieści w rozdziałach do czasopism rosyjskich. I mimo, ze debiut, to jednak genialny. Nie umiem nawet wyrazić sowami jej genialności, chcę Was po prostu zmusić do przeczytania „Maszeńki”. Poświęćcie tą godzinę, dwie i oddajcie hołd królowi literatury rosyjskiej współczesnej. 

02 marca, 2016

#56 [PREMIERA] Cukiernia w ogrodzie


Chciałabym zacząć od… okładki, w której zakochałam się od pierwszego wejrzenia w  jakże rozkosznej i uroczej książce. Nie dość tego, bo dodatkowo dobrze odzwierciedla zawartość, a to mój tak naprawdę jedyny wymóg dotyczący obwoluty.

To znaczy… powieść nie jest o babeczkach, ale za to robi na nie ogromnego smaka. „Cukiernia w ogrodzie” przesycona klimatem angielskich zalewów, nieśpiesznych popołudni w akompaniamencie zielonej herbaty podanej w porcelanowej filiżance i imbirowego ciasta na pastelowym talerzyku stała się moim drugim światem na czas czytania.
Fay ma na karku nie tylko czterdziestkę, ale również despotyczną i wymagającą matkę, wciąż nieposłuszną i buńczuczną siostrę oraz niesformalizowany związek, który stanowi monotonną udrękę dnia codziennego. Czy cokolwiek lub ktokolwiek może odwrócić złą passę? (Jak się pewnie domyślacie – może).

Carole Matthews, mimo schematycznej i przewidywalnej fabuły, jak Nicholas Sparks genialnie radzi sobie z czytelnikiem, wikłając go w życie głównego bohatera i podając jak na dłoni wykreowany świat. Już z samego początku widać, że nie mamy do czynienia z wymagającą lekturą, ale mało ambitna nie znaczy zła! Każdy chyba od czasu do czasu lubi zatracić się w sielance, wyrzucić swoje problemy gdzieś za okno i skryć się samemu pod kołderką z książką i jeszcze najlepiej, na wzór bohaterów, z ciastem i herbatką. Gdy „Cukiernia w ogrodzie” zawita u Was, usłyszycie delikatny szum wody i cichy gwar rozmów przy stołach, poczujecie zapach świeżo zmielonej kawy i korzennych przypraw. Poznacie Anglię od kuchni – dosłownie.

Poza tym, bardzo spodobało mi się ujęcie relacji międzypokoleniowych oraz w ogóle międzyludzkich. Autorka stawia przed główną bohaterką, a równocześnie i przed czytelniczką ważne pytanie – czy ZAWSZE stopień pokrewieństwa i czas spędzony z danym KIMŚ odpowiada dobrym emocjom, jakie nam towarzyszą podczas spotkania? Czy forma „przynależności” przekłada się na faktyczną bliskość? A także o czym mówi nasz wiek? Czy raczej… czy w ogóle o czymś mówi? Nie musicie odpowiadać mi ani sobie na te pytania – wystarczy że przeczytacie „Cukiernię w ogrodzie”, która z pewnością pobudzi Was do przemyśleń.

Ta powieść jest jedną z lepszych, które mogę polecić „na rozluźnienie”. Można się wyłączyć, przy czym czerpać czystą rozkosz z atmosfery słodkiego świata. Sam smak. Czytajcie, kupujcie i dajcie znać, jak Wam się podoba!
Osobiście, chętnie sięgnę po kolejne powieści autorki, myślę, że w jakąś przerwę szkolną, ażeby się nie nadwyrężać za bardzo myśleniem przy czytaniu… Może ktoś Was słyszał o serii Klub Miłośniczek Czekolady? Zbieram opinie, bo podobno warto! :)

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Harper Collins